10 grudnia

Recenzja: Jak zawsze - Zygmunt Miłoszewski

Recenzja: Jak zawsze - Zygmunt Miłoszewski

Ile razy zastanawialiście się nad tym, co by było, gdyby tak cofnąć czas? Jak potoczyłyby się Wasze losy? Ba! Jak potoczyłaby się historia, gdyby coś kiedyś zadziało się inaczej? A gdybyś u kresu życia, mając te osiemdziesiąt parę lat, mógł cofnąć się pięćdziesiąt lat wstecz, do swoich najlepszych lat młodości i dostać szansę, aby przeżyć swoje życie raz jeszcze? Czy wszystko potoczyłoby się JAK ZAWSZE?
Jak zawsze” Zygmunta Miłoszewskiego to moje pierwsze spotkanie z tym autorem. Co prawda od dawna mam chrapkę na poznanie jego najsłynniejszej serii z Teodorem Szackim, ale jeszcze jakoś się to nie zdarzyło. Może to i dobrze, bo podobno to zupełnie inny rodzaj literatury, a zatem udaje mi się uniknąć porównań. Próba zgłębienia tajników nowego dla niego gatunku okazała się niezwykle owocna. A dzieło, które stworzył to świetna tragikomedia ironiczno-romantyczna.
Główni bohaterowie przeżywają właśnie 50 rocznicę swojego pierwszego stosunku. W tajemniczych okolicznościach oboje dostają jeszcze jedną szansę – cofają się do roku 1963, do alternatywnej wersji Warszawy. Jeszcze raz stają przed życiowymi wyborami, przed jeszcze jedną szansą przeżycia swojego. To wszystko ma miejsce w niby tej samej, ale zupełnie innej polskiej rzeczywistości. Jestem zafascynowana pomysłem na tę powieść. Co byłoby gdybyśmy po wojnie nie znaleźli się w bloku wschodnim? Jak ukształtowałyby się losy milionów Polaków, gdyby nie czasy PRL, puste półki i walka o każdy towar? Gdyby dano nam wolność wyboru i dobrobyt, idealne warunki do intensywnego rozwoju i sojuszu z Zachodem? Jak jako Polacy wykorzystalibyśmy daną nam szansę? Między innymi do takich refleksji skłania lektura „Jak zawsze”.
Jak zawsze” to również intrygująca podróż po Warszawie, jakiej nie znamy. Jest rok 1963, ale stolica znacząco różni się od tego, jak zapamiętali ją główni bohaterowie. Chodzą tymi samymi ulicami, ale widzą zupełnie inne miasto, choć niektóre dzielnice i ulice funkcjonują w swojej „tradycyjnej” formie. W alternatywnej Warszawie roku 1963 na inne elementy kładziony jest nacisk, powstają inne obiekty i pomniki. Brakuje wizytówki Warszawy – Pałacu Kultury i Nauki. Nawet gdyby fabuła była słaba, to warto byłoby przeczytać tę książkę dla samym opisów tego miasta.
Na uwagę zasługuje też genialne poczucie humoru i sposób poprowadzenia narracji. W pierwszej osobie historię opowiada Grażyna – (prawie) 80-latka w ciele niespełna 30-letniej kobiety próbująca odnaleźć się świecie, w którym role przypisane kobiecie znacząco różniły się od obecnych obyczajów. Grażka ma naprawdę fajne poczucie humoru, do tego jej przemyślenia bardzo trafnie oddają obraz nas samych – współczesnych ludzi, a przede wszystkim naszą polską mentalność. Zdradzę jeszcze, że bohaterka bez ogródek opowiada o swojej seksualności, co czasami bawi, a czasami również jest pretekstem do refleksji o nas samych. Rozdziały opowiadane przez Grażynę przeplatane są przez tradycyjną, 3-cio osobową narrację ukazującą perspektywę Ludwika – mężczyzny, z którym spędziła ostatnie 50 lat. I w tym przypadku historia pełna jest trafnych i ironicznych opisów odnoszących się do dawnych i aktualnych czasów.
Najważniejsze jest to, że „Jak zawsze” to bardzo trafny obraz nas – Polaków. Kim jesteśmy jako naród, jakie wartości wyznajemy i co jest naszą największą wadą narodową? W sposób lekki i przystępny Pan Miłoszewski prezentuje to ze świetnym, ironicznym poczuciem humoru. „Jak zawsze” to nie tylko doskonała rozrywka, ale także punkt zaczepienia dla dalszych rozważań. Lubię, kiedy literatura, powiedzmy „rozrywkowa”, niesie za sobą jakieś większe przesłanie.

Ja jestem zachwycona tą powieścią. „Jak zawsze” ujmuje oryginalnym pomysłem na podróż w czasoprzestrzeni do alternatywnej przeszłości narodu polskiego. Autor bawi się przy tym formą oferując nam świetną rozrywkę połączoną z lekcją o nas samych. Książka choć zabawna i dowcipna skłania do wielu refleksji nad współczesnym człowiekiem oraz nad naszymi cechami narodowymi. 

26 listopada

Recenzja: Czasami kłamię - Alice Feeney

Recenzja: Czasami kłamię - Alice Feeney

Dobry thriller, to dla mnie przede wszystkim zaskakujące zwroty akcji i napięcie towarzyszące nam przez całą lekturę. „Czasami kłamię” - debiutancka powieść Alice Feeney spełnia te kryteria idealnie. Sięgając po tę książkę niejednokrotnie otworzycie usta ze zdziwienia, jak bardzo pokręcona jest historia dwóch sióstr: Amber i Claire.

Amber jest w śpiączce. Utraciła zupełną kontrolę nad własnym ciałem, a jednak jej umysł pracuje na najwyższych obrotach. Rozdział po rozdziale, bohaterka odkrywa przed sobą samą i przed czytelnikiem dni poprzedzające wypadek samochodowy, któremu uległa w święta Bożego Narodzenia. Historię te przeplatają migawki teraźniejszości, przy szpitalnym łóżku czuwają mąż i siostra, pacjentkę odwiedza również tajemniczy mężczyzna, którego podświadomie boi się Amber. Właściwą fabułę przeplatają zapiski z pamiętnika 10 letniej dziewczynki ukazując genezę zdarzeń, do których dochodzi tu i teraz. Już samo to wydaje się nieco poplątane, czyż nie? A teraz dołóżmy do tego fakt, że Amber czasami kłamie. Co jest prawdą, a co nie? Komu wierzyć i czyją stronę wybrać? A przede wszystkim.. o co w tym wszystkim chodzi? To skomplikowane, ale dopiero czytając tę książkę odkryjecie jak bardzo.

Na uwagę zasługuje przede wszystkim pomysł przyjęcia pierwszoosobowej narracji osoby, która niemal całkowicie odcięta jest od zewnętrznego świata. Nie może otworzyć oczu, nie panuje nad swoją fizjologią, przy życiu podtrzymują ją maszyny, ale jest tutaj z nami. Ona słyszy, ale nie jest w stanie nawiązać kontaktu ze światem zewnętrznym. A więc tylko leży, myśli i czuje. To zaskakujący pomysł, ale moim zdaniem bardzo udany. Szokującym doznaniem było również odkrywanie szczegółów relacji pomiędzy siostrami. Autorka mistrzowsko zbudowała historię Amber i Claire. Za każdym razem, kiedy wydawało mi się, że trochę rozumiem o co w tej relacji chodzi, okazywało się, że to szalona gra. A przecież Amber czasami kłamie…

Akcja w „Czasami kłamię” toczy się błyskawicznie, właściwie każdy rozdział przedstawia nam jakiś nowy ważny element układanki. To bardzo zawiła i nieprzewidywalna układanka. Na pewno czytając książki tego typu, podobnie jak ja, próbujecie przewidzieć zakończenie, przechytrzyć autora, aby móc z dumą (i rozczarowaniem) oznajmić, że przejrzeliście go na wylot. W tym przypadku historia jest tak pokręcona i szokująca, że po prostu nie da się przewidzieć jak potoczy się akcja. Nawet jeśli będzie Wam się wydawało, że wiecie, do czego to wszystko zmierza, na koniec i tak szczęka uderzy wam o podłogę, gdy poznacie finał. To jedna z najbardziej pokręconych i zaskakujących książek, jakie czytałam w ostatnim czasie.


Przyznaję, że pojawiały się momenty, w których dochodziłam do wniosku, że autorka przesadziła, że to, do czego dochodzi w tej historii to już za daleki odlot. Chociaż z drugiej strony, te wszystkie zdarzenia składają się na historię, która na długo zapada w pamięć. Bo choć już na początku wiemy, że książka ta skrywa pewne tajemnice, to nie sposób przewidzieć, że to tylko wierzchołek góry lodowej. Ja polecam gorąco tę lekturę. Fakt, że akcja toczy się w okolicach Bożego Narodzenia sprawia, że jest to idealny czas na jej lekturę! 

19 listopada

Recenzje: Większość bezwzględna - Remigiusz Mróz

Recenzje: Większość bezwzględna - Remigiusz Mróz

W kręgach władzy w końcu mogę nazywać moją ulubioną serią Remigiusza Mroza! A jest to możliwe z dwóch powodów: po pierwsze, nareszcie doczekałam się premiery Większości bezwzględnej – drugiego tomu z serii, który sprawia, że Wotum nieufności nie jest już niezależną powieścią. Po drugie, jestem po jej lekturze i… och, co to było!?! Akcja w drugim tomie nie zwalnia, wręcz przeciwnie, dzieje się o wiele więcej, a Remigiusz zdecydował się na kilka bardzo odważnych rozwiązań.

Nie będę zdradzać zbyt wielu tajników fabuły, bo książka ta jest kontynuacją wydarzeń z Wotum nieufności (uwaga, jeśli nie czytaliście jeszcze pierwszej części, nie czytajcie opisu wydawniczego, bo jest tam mega spoiler – dla mnie nie do wybaczenia). Akcja zaczyna się miesiąc po finale pierwszego tomu. W kręgach władzy trwa kryzys, afera goni aferę, a niedługo w Polsce ma odbyć się międzynarodowy szczyt. Pojawią się doniesienia o rzekomym zagrożeniu terrorystycznym, w sejmie panuje zamęt, powstają układy i układziki, politycy sięgają po różnego rodzaju manipulacje i pakty, aby tylko osiągnąć swoje cele. A wszystko to osadzone jest w realiach naszego polskiego systemu prawnego. Ja jestem zachwycona!

Już przy Wotum nieufności wspominałam, jak fascynujący świat polskiej polityki wykreował autor. W Większości bezwzględnej ten świat wciąż jest tak samo interesujący, wciąż cechuje się dużym realizmem (w końcu po polskich politykach można się spodziewać wszystkiego!). Po lekturze drugiego tomu, muszę stwierdzić, że choć stworzona przez Remigiusza seria zalicza się do gatunku political fiction, nie sposób nie dostrzegać inspiracji z prawdziwej sceny politycznej. Już w pierwszym tomie widziałam pewne podobieństwo Hauera do jednego z polityków (w którym się utwierdzam), w tej części pojawia się Zwornicki, którego też trudno nie powiązać z jednym z obecnych posłów. Doceniam również wszystkie postacie stworzone przez Remigiusza na potrzeby serii, a także fakt, iż autor nie pozwala nam się nudzić wprowadzając nowe osoby, które wpływają na rozwój akcji razem z poznaną w pierwszym tomie grupą.

W drugim tomie dostrzegam dodatkowo wartość edukacyjną. O ile na przykład w serii z Chyłką, Remigiusz pozwala sobie na sporo odstępstw od przepisów polskiego prawa, o tyle w przypadku Większości bezwzględnej odnoszę (mam nadzieję słuszne) wrażenie, że poruszamy się w meandrach prawdziwego prawa. Lektura pozwala zagłębić się w zawiłości polskiej konstytucji, dopatrzyć się jej słabości i wielości możliwości interpretacyjnych. Gdybym była na studiach, książka ta z pewnością pozwoliłaby mi lepiej przyswoić wiedzę z prawa konstytucyjnego ;-) Ale nie obawiajcie się! To, że jest wiele odniesień do naszej Konstytucji wcale nie jest nudne! Wręcz przeciwnie, nadaje powieści jeszcze większego realizmu.

Nie sposób również nie wspomnieć o zakończeniu. Remigiusz Mróz przyzwyczaił nas już do zaskakujących finałów, ale tym razem zdecydował się na coś, czego nawet po nim się nie spodziewałam. Wciąż jestem w szoku. Jestem ciekawa, w jaki sposób autor dalej pokieruje akcją w tej alternatywnej polskiej rzeczywistości politycznej. Ma teraz duże pole do popisu. Choć przy wydarzeniach, które się tam dzieją jakoś łatwiej jest spoglądać na niewinne igraszki naszych prawdziwych polityków.


PS. Nie jestem aktualnie pewna, czy bardziej nie mogę się doczekać kolejnego tomu, czy serialu jaki powstaje na podstawie serii! Chyba jednak z większym utęsknieniem czekam na Władzę absolutną...

07 listopada

Recenzja: Komisarz - Paulina Świst

Recenzja: Komisarz - Paulina Świst


Tajemnicza Paulina Świst powraca z nową książką! Nie tak dawno głośno było o „Prokuratorze”, debiutanckiej powieści autorki, w której wkroczyliśmy w świat śląskiego półświatka. Gorący romans Kingi i Zimnego zaostrzył apetyt na więcej. I oto jest ona, kontynuacja zatytułowana „Komisarz”. Czego możemy się spodziewać w nowej powieści?

W „Komisarzu” Kinga i Zimny ustępują miejsca Zuzannie i Wyrwie. Zuzanna to typowa córeczka tatusia. Tylko, że tym tatusiem jest jeden z najważniejszych śląskich biznesmenów. Zuza całe życie trzymana była w złotej klatce, wychuchana i oderwana od prawdziwego życia. Radosław Wyrwa to komisarz gliwickiej policji, którego mieliśmy okazję poznać w „Prokuratorze”. Otrzymuje on zlecenie rozpracowania zorganizowanej grupy przestępczej zajmującej się handlem ludźmi. Jego ścieżki krzyżują się z Zuzanną, której komisarz musi zapewnić ochronę. W rozwiązanie sprawy powiązanej ze śląską mafią angażują się dobrze znani z „Prokuratora” Kinga Błońska i prokurator Zimnicki. Pojawiają się także inne (lubiane i nielubiane) postaci z poprzedniej powieści autorki.

Tym razem narracja prowadzona jest przez Zuzannę i Wyrwę. Bardzo lubiłam poznawać punkt widzenia Kingi i Zimnego w „Prokuratorze”, ale cieszę się, że autorka odsunęła te postacie na drugi plan. Ciągnięcie ich wątku miłosnego zakrawałoby na telenowelę. Myślę, że rozwiązanie zastosowane przez Paulinę to dobry kompromis. Lubiana para została, ale pierwsze skrzypce grają zupełnie nowe osoby.

Akcja w nowej powieści Pauliny Świst nie zwalnia tempa. Co do wątków miłosnych i erotycznych, to muszę stwierdzić, że w „Prokuratorze” było goręcej. Zuzanna dopiero odkrywa czego tak naprawdę chce od życia, jest nieco nieporadna i trochę mdła. Nie budzi takiej sympatii jak Kinga, główna bohaterka Prokuratora. Namiętnych scen nie ma wiele, a jeżeli już są, to nie jest to już „ostry seks i ostra jazda” jak szumnie głosi opis na okładce. Nie mówię, że to źle. Przynajmniej odrzucamy porównania do „50 twarzy Greya”. Mam wrażenie, że tym razem autorka większą uwagę zwraca na wątki kryminalne, prowadzona sprawa zajmuje zasłużoną ilość miejsca w fabule. Jeśli miałabym porównać wątki kryminalne, to Komisarz wygrałby z Prokuratorem. Prowadzona sprawa jest dużo bardziej złożona i ciekawa. Wątki poboczne z obu części przeplatają się i zazębiają odkrywając przed czytelnikiem kolejne fakty. Przestępcza i mafijna śląska rzeczywistość wykreowana przez autorkę już niedługo nie będzie kryła przed nami żadnych tajemnic. A może to dopiero wierzchołek góry lodowej? Tak czy owak, może to stanowić dobrą podstawę dla kolejnych części!

Świat stworzony przez Paulinę Świst w jej powieściach zaczyna mi się podobać. Nie żebym lubiła mafijnych gangsterów i szemrane interesy, ale to nie jest po prostu tropiony złoczyńca, ale cały system naczyń połączonych, który chętnie będę rozpracowywała razem z (być może nowymi) bohaterami w kolejnych częściach, które mam nadzieję powstaną.


Jedno się nie zmieniło w stosunku do „Prokuratora” - zabierając się za „Komisarza” spodziewajcie się wciągającej lektury, którą trudno będzie odłożyć na półkę nieprzeczytaną. Szybka i trzymająca w ciągłym napięciu akcja sprawia, że nawet się nie obejrzycie, a dotrzecie do zaskakującego zakończenia, jakie przygotowała dla nas autorka.  

01 listopada

Recenzja: Ciemna strona. Mud Vein – Tarryn Fisher

Recenzja: Ciemna strona. Mud Vein – Tarryn Fisher



„Ciemna strona. Mud Vein” to najnowsza powieść Tarryn Fisher, autorki takich bestsellerowych powięsci jak „Margo” i „Bad mommy”. Każda kolejna książka tej autorki to podróż po ludzkiej psychice, to skomplikowane osobowości i nietuzinkowe pomysły na wciągające historie. Jej książki to także utrzymująca w ciągłym napięciu narracja, która sprawia, że trudno oderwać się od lektury. Co tym razem oferuje nam autorka w „Ciemnej stronie”?

Popularna pisarka (główna bohaterka i narratorka) budzi się uwięziona w obcym domu na krańcu świata. Została porwana, ale porywacz się nie ujawnia. Senna musi odkryć czy i w jaką grę została wciągnięta, a przede wszystkim gdzie w jej przeszłości kryją się wskazówki pozwalające na rozwikłanie tajemnicy. Może nie brzmi to jakoś oryginalnie, ale zapewniam Was, że Tarryn Fisher nie raz zaskoczy tym, w jaki sposób pokierowała akcją w tej książce. Czuć w tej historii powiew świeżości, autorka odchodzi od utartych schematów i wciąż poszukuje nowych sposobów na to, aby wgnieść czytelnika w fotel. Tym razem muszę przyznać, że jej się to udało. Choć początkowo nie byłam przekonana do fabuły „Ciemnej strony”, to jako całość tworzy przyprawiającą o dreszcze historię. Chwała Tarryn za to, że w końcu udało jej się nie zepsuć dobrego pomysłu na powieść słabym zakończeniem!

Jak na Tarryn Fisher przystało, w „Ciemnej stronie” nie brakuje skomplikowanych konstrukcji psychologicznych. Po raz kolejny stworzeni bohaterowie stanowią najmocniejszy punkt tej książki. Czytając powieści autorki ma się wrażenie, że normalni ludzie nie istnieją, że każdy kryje jakąś swoją ciemną stronę. To właśnie w tych mrocznych zakamarkach kryje się prawda o nas samych. I być może to nadaje powieści uniwersalny charakter. Choć może trudno jest zrozumieć skomplikowaną psychikę głównej bohaterki i jej wybory, a w jej przeszłości kryje się za dużo „wszystkiego”, to ja uwierzyłam, że gdzieś kiedyś na tym świecie mogłaby żyć taka Senna Richards. Jedyne do czego mogę się przyczepić to okładkowa informacja o tym, że jest to „mroczna, hipnotyzująca historia, która może się przydarzyć każdemu”. W to akurat trudno uwierzyć, jak dla mnie taka kompilacja zdarzeń nie może się zdarzyć. Chociaż kto wie…

Ciemna strona” to zaskakujący thriller psychologiczny ze skomplikowanym wątkiem romantycznym. To książka, która wciąga i sprawia, że zatracamy się w lekturze. Uważam, że to bardzo mądra książka, która pozwoli spojrzeć we własną przeszłość w poszukiwaniu swojej ciemnej strony. Każdy z nas skrywa coś, co wpływa na to jacy jesteśmy dziś i jak postrzegamy świat. Problem pojawia się gdy ciemna strona zaczyna rządzić człowiekiem. Tak czy owak.. wszyscy umrzemy, pytanie tylko kiedy i co uda nam się przeżyć przed tym ostatecznym końcem.

Najnowszą powieść Tarryn Fisher polecam na długie zimowe wieczory. Przygotujcie się na skomplikowane osobowości i niestandardowe zwroty akcji, a także na śnieg, dużo śniegu. Według mnie to najlepsza z czytanych przeze mnie powieści tej autorki.


24 października

Recenzja: Siewca wiatru – Maja Lidia Kossakowska

Recenzja: Siewca wiatru – Maja Lidia Kossakowska

Tym razem nie opowiem Wam o żadnej wydawniczej nowości. W moje ręce trafiła bowiem anielska fantastyka, którą można już chyba włączać do kanonu polskiej fantastyki. Zapraszam Was do Królestwa Niebieskiego, krainy miodem i mlekiem płynącej… ale czy na pewno tak wygląda Niebo?

Jeżeli jesteście znudzeni wizją Królestwa Niebieskiego, w którym małe, tłuste aniołki przepasane prześcieradłem, z aureolką i harfą siedzą na chmurkach, delektują się wieczną radością i szczęściem kąsając co lepsze kąski i popiją boski nektar… to mam dla Was coś odpowiedniego! Maja Lidia Kossakowska stworzyła niesamowity świat, w którym Pana nie ma, a w niebiosach panuje chaos. Ale burdel w tym niebie! Cóż za nieokrzesane anioły i archanioły zabrały się za wprowadzanie swoich porządków w Królestwie?!

Pozostawione same sobie, niepilnowane i obdarzone wolną wolą zastępy niebieskie nijak mają się do naszych wyobrażeń o aniołach i archaniołach. Nic co ludzkie nie jest im obce. Zdarza im się przeklinać (wcale nie tak rzadko), pić alkohol, a nawet bywać w burdelach. A do tego wszystkiego potrafią kochać i nienawidzić. Pan milczy, a archaniołowie podzielili się władzą w Królestwie próbując utrzymać nieobecność Pana w tajemnicy. Tymczasem Cień jest coraz bliżej. Siewca Wiatru (Antykreator) nadchodzi, ale kto stawi mu czoła? I jak, skoro Daimon – Niszczyciel Światów, Abbadon bez dotknięcia Pana jest bezradny?

Chociaż klimat bitew, walki dobra i zła, brutalnych wojen to niezupełnie moje klimaty, to Kossakowska ujęła mnie kreacją bohaterów i genialnie skonstruowanym światem. Wśród głównych bohaterów nie mogło zabraknąć Archaniołów: Gabriela (vel Gabrysia, Dżibrila), Michała (Michasia, Michalea), Razjela, czy Rafaela. Pojawia się nawet Lucyfer (ksywa Lampka), który jest zszokowany jego wygnaniem z Królestwa. Oczywiście jest i wspomniany wcześniej Daimon Frey – główny bohater powieści. Powiedzieć, że stworzone postaci są charakterne, to mało. Wszyscy mają bogate osobowości, własne poczucie humoru i swój specyficzny sposób postrzegania rzeczywistości. Anielscy przyjaciele chodzą na piwo do tawerny „Pod Gorejącym Krzewem”, a na Ziemi mają swoje ulubione miejsca.

Mimo że książka traktuje o wydarzeniach dramatycznych i ostatecznych, wprowadzone przez autorkę dialogi bywają bardzo zabawne. Właściwie to one sprawiają, że nawet gdy fragmentami sama fabuła nie porywa jakoś specjalnie, to toczące się w Królestwie (i trochę poza nim) rozmowy wciągały i zmuszały do dalszej lektury. Niejednokrotnie podczas lektury głośno się zaśmiałam, a przyznam, że rzadko mi się to zdarza.

- Puść trony! - Utknęły! - Chalkedry? - Walczą ze smokami! - Kurwa! - Kurew też nie mam! - wrzasnął wściekle Gabriel, a oko zachrzęściło i zamarło. - Fajnie – mruknął Pan Zastępów.


Co do świata, a właściwie wszechświata razem z niebem i piekłem, bytem i nicością, dziełem stworzenia… i tak dalej – to co stworzyła Kossakowska jest po prostu idealne. Liczne odwołania do kultury, a także określenia biblijne zaadaptowane na potrzeby powieści nadają pewnego realizmu (a pamiętajmy, że to wciąż fantastyka!). Ponadto, stworzony świat jest wielowymiarowy, a my podczas lektury odkrywamy jego kolejne mroczne i niemroczne zakamarki. Ale żeby poczuć klimat tego świata, „Siewcę Wiatru” trzeba po prostu przeczytać!

15 października

Recenzja: Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu - Marcin Wójcik

Recenzja: Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu - Marcin Wójcik

Po dzisiejszej recenzji mogą zabrzmieć głosy oburzenia, bo dziś o wcale nie łatwym temacie jakim jest celibat w Kościele Katolickim. Marcin Wójcik, absolwent Papieskiej Akademii Teologicznej, a przede wszystkim bardzo dobry reporter, pokusił się o zgłębienie bardzo śliskiego tematu. I przyznam, że podszedł do niego bardzo rzetelnie.

„Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu” to zbiór historii ukazujących różne podejście do kwestii czystości i wstrzemięźliwości polskich duchownych. Historie przeplata spora dawka faktów dotyczących historii celibatu. Mam wrażenie, że każdy ksiądz (czy kandydat na duchownego) inaczej definiuje to, czym tak naprawdę jest ten celibat i z tą swoją definicją kroczy przez życie duchowne. Dopiero gdy pojawiają się zgrzyty pomiędzy własną definicją, oczekiwaniami Kościoła i własnym postępowaniem pojawiają się problemy.

Choć autor przyznaje, że w książce możliwe było ukazanie tylko pewnej części Kościoła, to uważam, że całkiem dobrze udało mu się ukazać wielowymiarowość problemu celibatu. Opowiedziane historie odwołują się do różnych doświadczeń, innych postaw i „wykroczeń”. Cieszę się, że Pan Marcin Wójcik nie ograniczył się do opisania kilku historii księży mających nieślubne dzieci, ale zahaczył również o temat homoseksualizmu, pedofilii, uzależnień, przemocy. Co ważne, ukazano także perspektywę księży, którzy z pełnym poświęceniem zgadzają się na celibat i trwają w nim, walcząc ze swoimi słabościami. Poznajemy nawet przykład z Kościoła Prawosławnego, gdzie celibat nie obowiązuje.

Duży szacunek dla autora za umiejętność bezstronnego podejścia do tematu. Pan Wójcik starannie prowadzi narrację, ale nie ocenia i nie wydaje wyroków. W niejednoznacznych sprawach przedstawia stanowisko wszystkich stron i pozostawia czytelnikowi możliwość oceny zgodnie ze swoim sumieniem.Tam gdzie to możliwe prosi o zabranie głosu ekspertów (w tym seksuologa Zbigniewa Lwa-Starowicza!).

Chce się rzec, że za sprawą autora docieramy do najmroczniejszych zakamarków Kościoła Katolickiego. Jeśli przytaczane w książce statystyki nie kłamią, to 60% księży jest lub było w związku z kobietami. Jeśli dołożyć do tego trudne do oszacowania statystyki dotyczące homoseksualizmu w seminariach i wśród duchownych w ogóle, to… no cóż, nie są to żadne zakamarki, a wielkie jasno oświetlone sale.

Początkowo miałam wrażenie, że książka ta w żadnym wypadku nie jest atakiem na Kościół jako instytucję, bo opisywane historie dotyczą indywidualnych jednostek. Przecież człowiek to słaba istota i ma prawo do błędów. Ale im dalej w las tym ciemniej. Po skończonej lekturze nie mam pretensji do księży, którzy postanowili ułożyć sobie życie zakładając rodziny. Jednego nie potrafię przeboleć – zamiatania pod dywan problemów i postawy władz kościelnych w sytuacjach gdy innym działa się krzywda (sprawy dotyczące pedofilii, czy wykorzystywania seksualnego). Sięgając po lekturę „Celibatu” poznacie historie miłosne, które w żaden sposób nie bulwersują (no, przynajmniej mnie… póki nikogo nie ranisz rób sobie co chcesz księże!), ale poznacie również opowieści, po których jestem głęboko rozczarowana postawą Kościoła. No cóż, takie historie i tak prędzej czy później wypływają, nawet jeśli Kościół odwraca oczy. A niestety odwraca je bardzo często, a do tego mocno je zaciska. 

Może i książka ta nie omawia nowego zjawiska, no bo kto nas nie słyszał w swoim otoczeniu o księdzu, który ma nieślubne dziecko, albo zrzucił sutannę dla kobiety/mężczyzny. Takie zdarzenia są już tak powszechne, że nie wywołują większych kontrowersji. Mimo to, bardzo się cieszę, że powstał ten reportaż, a także że po niego sięgnęłam, bo to bardzo interesująca i wciągająca lektura, która skłania do refleksji, że tak naprawdę w obecnej sytuacji nie ma dobrego rozwiązania. Same problemy z tym celibatem, ale czy bez niego byłoby łatwiej? 


08 października

Recenzja - Lewy. Jak został królem - Łukasz Olkowski, Piotr Wołosik (audiobook)

Recenzja - Lewy. Jak został królem - Łukasz Olkowski, Piotr Wołosik (audiobook)


Nie jestem wielką fanką piłki nożnej, tym bardziej nie czuję się ekspertką w tej dziedzinie. Po biografię Roberta Lewandowskiego sięgnęłam za sprawą Audioteki, w której książka ta dostępna jest w formie audiobooka. Na początku roku sięgnęłam po biografię Kuby Błaszczykowskiego, którą razem z piłkarzem napisała Pani Domagalik. Byłam zachwycona, o czym zresztą możecie poczytać tutaj. Pomyślałam zatem, że przy okazji świetnych występów Lewego na meczach w eliminacjach do Mistrzostw Świata w Rosji, interesującą odskocznią od bieżących lektur będzie biografia naszego orła. Co oferują nam zatem Łukasz Olkowski i Piotr Wołosik, czyli autorzy książki „Lewy. Jak został królem”? Już spieszę z odpowiedzią.

W książce przedstawiono chronologię wydarzeń ukazując drogę, jaką przeszedł piłkarz: od małego Bobka, do światowej sławy gwiazdy futbolu – marki samej w sobie, którą wielbią miliony. To taki standardowy opis dziecięcej kariery młodego Lewandowskiego, jego pierwszych sukcesów i porażek. W książce znajdują się jednak praktycznie same znane wcześniej fakty. Pierwsza część biografii opisująca dziecięce zawzięcie i rozwój sportowy Lewego zainteresował mnie jednak z innego powodu. Z opisu wydarzeń wyłania się obraz dostępnej w latach 90. infrastruktury i organizacji szkolenia sportowego młodych sportowców. To okres, kiedy nie było jeszcze „Orlików” na każdym większym osiedlu, jakość nawierzchni boiska wołała o pomstę do nieba, a zaplecze techniczne (np. szatnie w dziurawych barakach) pozostawały wiele do życzenia. A jednak dało się. Lata wyrzeczeń, ciężka praca podejmowana od wczesnych lat dzieciństwa przyniosły efekty. Pamiętajmy, że Robert ani żaden inny piłkarz światowej klasy nie urodził się na boisku, a to co osiągnęli to efekt ich wyborów i determinacji. Kolejne rozdziały, to opis kariery, kolejnych transferów i wspomnienie sensacji medialnych, o których i tak było głośno w mediach.

Autorzy stworzyli biografię Roberta Lewandowskiego w oparciu o informacje pochodzące z wywiadów i opowiadań znajomych oraz osób z otoczenia Lewego. Zabrakło jednak wypowiedzi i punktu widzenia najbliższych oraz oczywiście samego Roberta. Pisanie biografii za plecami głównego zainteresowanego sprawia, że brakuje tego emocjonalnego przekazu, jaki dawało się wyczuć w (auto)biografii Błaszczykowskiego (przepraszam, ale chyba nie obejdzie się bez porównań). Tutaj zabrakło charakterystyki tego, jaki jest Lewandowski prywatnie, a przecież to również ma ogromne znaczenie w drodze na szczyt!

Książkę czyta się (słucha) całkiem przyjemnie, choć nie wywołała ona we mnie żadnych większych emocji. Nawet wyjaśnienia zawirowań w znajomości z Błaszczykowskim przedstawione są jakoś bez polotu. Może lepiej gdyby autorzy wzięli przykład z Kuby i przemilczeli ten wątek skoro nie mogli nawet wpleść w niego stanowiska Lewandowskiego. To nie jest biografia, po której albo pokochasz, albo znienawidzisz opisywaną osobę. Przyjmuję tę dawkę informacji jako interesującą, ale moja opinia o Robercie nie ulega zmianie. Wciąż uważam, że jest to świetnie wypromowany produkt marketingowy, a sposób ukazania go w biografii tylko to potwierdził.


Z tej biografii absolutnie nie dowiecie się jaki naprawdę jest Robert Lewandowski. Nie da się tego zrobić pisząc biografię na podstawie doniesień medialnych i opinii otoczenia bez uwzględnienia głosu najbliższych i Lewego. Poznacie jednak jego drogę kariery sportowej. Uporządkujecie swoją wiedzę na temat tego, kiedy i w jakich klubach grał, a także w jakich okolicznościach dochodziło do transferów pomiędzy klubami. Wreszcie, przypomnicie sobie jego karierę w kadrze narodowej.  

17 września

Recenzja: Dwór cierni i róż – Sarah J. Maas

Recenzja: Dwór cierni i róż – Sarah J. Maas

Fantastyka młodzieżowa ma to do siebie, że błyskawicznie wciąga i stanowi dobrą odskocznię od codzienności. „Dwór cierni i róż” to książka porównywana do baśni o Pięknej i Bestii, adresowana do fanów twórczości George. R.R. Martina. „Dwór cierni i róż” to także obietnica podróży do magicznego świata czarodziejskich istot. Co z tego okazało się prawdą?

Główna bohaterka – Feyra poluje, aby zapewnić byt swojej rodzinie. Podczas jednej z wypraw do lasu zabija ogromnego wilka, który okazuje się być faerie, czarodziejską istotą zza muru oddzielającego świat ludzi. W ramach zadośćuczynienia musi udać się na resztę swojego życia za mur, do Prythianu. Goszcząc na dworze pochodzącego z Wysokiego Rodu Tamlina poznaje prawa rządzące Prythianem, ale również Tamlina – bestię, która zabrała Feyrę z jej ubogiej chaty. Sprawy, jak to zwykle bywa w zaczarowanych miejscach, komplikują się. Prawdziwa akcja rozkręca się mniej więcej w połowie książki. Główna bohaterka staje przed koniecznością dokonania trudnych wyborów i podejmowania odważnych decyzji.

Mocną stroną powieści Pani Maas jest wykreowany przez autorkę świat – Prythian. Dwory składające się na tę zaczarowaną krainę odpowiadają porom roku (Dwór Wiosny, Dwór Lata, Dwór Jesieni), a także porom dnia i nocy (Dwór Nocy, Dwór Dnia, Dwór Świtu). Autorka doskonale operuje słowem przedstawiając stworzony przez siebie świat. W książce nie brakuje barwnych opisów Dworu Wiosny, który zachwyca i stwarza wrażenie krainy mlekiem i miodem płynącej. Jednocześnie opisy te w ogóle nie nużą – udało się zachować tu odpowiednie proporcje. Świat pełen magicznych istot, gdzie króluje magia i wszystko jest możliwe sprawiał, że ilekroć sięgałam po tę lekturę czułam się jakbym wyruszała w podróż do tego świata.

To co mnie osobiście nie przekonało, to kreacja głównej bohaterki. Feyra jest narratorką powieści, daje nam się zatem świetnie poznać, za każdym razem przedstawia nam swój tok rozumowania. A muszę przyznać, że wielokrotnie zachowuje się irracjonalnie. Na początku jest bardzo (ale tak naprawdę bardzo) irytująca. Potem się trochę rozkręca, ale do końca tomu nie udało jej się zatrzeć tego pierwszego wrażenia. Pozostali bohaterowie są o wiele bardziej interesujący.


Autorka sprawnie żongluje znanymi motywami układając je w nową, dość zgrabną historię. Mamy elementy znane z baśni: bestia, klątwa i miłość oparta na pokonywaniu uprzedzeń, jest też oczywiście zła królowa i czyhające niebezpieczeństwo. Zdarzenia z pozoru bezsensowne i nielogiczne z czasem układają się w pogmatwany kłębek zdarzeń prowadząc w końcu do rozwiązania. 

Choć nie dane było mi sięgnąć po książki George. R.R. Martina, to byłabym daleka od porównywania i autorów i ich twórczości. Poziom zagmatwania wątków choćby w Grze o tron to jednak zupełnie inna liga. Niemniej nawiązanie do motywów z Pięknej i bestii uważam za trafne, a wykreowany magiczny świat stanowi najmocniejszy punkt tej książki. Książka jest na tyle intrygująca, że sięgnęłam po drugi tom z serii. 

07 września

Recenzja: Dzień czwarty - Sarah Lotz

Recenzja: Dzień czwarty - Sarah Lotz

W końcu zawiało grozą! Tajemnica, niepokój i mroczne wydarzenia na pewnym wycieczkowym luksusowym statku składają się na ciekawą i oryginalną powieść grozy. Będąc po lekturze kolejnej książki Sarah Lotz mogę stwierdzić jedno: ta autorka lubi bawić się formą. Tym razem jednak eksperyment zakończył się sukcesem.

Kluczowych bohaterów powieści poznajemy w sylwestra, czwartego dnia rejsu wycieczkowca „Piękny Marzyciel”. Na statku w końcu dzieją się jakieś ciekawe rzeczy: tu ktoś kogoś morduje, tam ktoś planuje samobójstwo, ktoś pomaga wywoływać duchy, a ktoś inny próbuje zebrać dowody do artykułu na swojego bloga. Wiecie… takie tam typowe zabawy na statku wycieczkowym. Czwartego dnia do tego wszystkiego dochodzi awaria. Pomoc nie nadchodzi, statek gdzieś tam sobie dryfuje po wielkiej wodzie, utracono łączność (nie ma internetu!). Do tego dochodzi epidemia groźnego wirusa, a toalety przestają działać (tak, to taki typowy morski wirus). Nic dziwnego, że w końcu wybucha panika. A jakby tego było mało przychodzi tropikalny sztorm. Sporo tego jak na jedną zwyczajną wycieczkę, prawda? A to jeszcze nie wszystko. Może dorzucimy do tego podróż między wymiarami? A może nadejście duchów albo diabła? Dlaczego by nie.. już nic gorszego nie spotka pasażerów „Pięknego Marzyciela”, czy może jednak...?

„Dzień czwarty” wciąga. Mimo, że autorka pozostała przy standardowej trzecioosobowej narracji, to na powieść przeplata przedstawienie perspektywy kilku pasażerów i kilku członków załogi statku. Do tego na ostatnią część składa się zupełnie inna forma relacjonowania wydarzeń opisywanych w powieści. To dość intrygujące jak zmienia się punkt widzenia w zależności od tego, kto jest świadkiem tych wszystkich wydarzeń.

Mam wrażenie, że autorka próbuje zabawić się z czytelnikiem. Zwodzi go, próbuje wyprowadzić na manowce. Kiedy z początku może się wydawać, że wydarzenia skoncentrują się wokół pewnych wydarzeń, kolejne zwroty akcji prowadzą w zupełnie innym kierunku. Żonglowanie przez autorkę gatunkami: od thrillera, przez horror aż po powieść katastroficzną może prowadzić do dezorientacji, co wcale nie uważam za wadę. Chyba przez to, książka ta stała się intrygującą lekturą, od której trudno się oderwać. Sięgając po nią spodziewajcie się ciągłej niepewności. Fabuła zaskakuje kierunkami, w których się rozwija.

Sarah Lotz stworzyła coś nietuzinkowego. Tym razem jednak, autorce udało się zachować odpowiednie proporce pomiędzy dbałością o formę i fabułę. O ile „Troje” (książka, o której możecie poczytać tutaj) okazało się dla mnie wielkim niewypałem, o tyle „Dzień czwarty” mogę polecić z czystym sumieniem wszystkim tym, którzy lubią być zaskakiwani, a literatura grozy potrafi wywrzeć na nich duże wrażenie. We mnie trochę niepokoju wzbudziła. I to nie duchów wystraszyłam się najbardziej…

27 sierpnia

Recenzja: Troje – Sarah Lotz

Recenzja: Troje – Sarah Lotz

Troje” Sarah Lotz miało być intrygującą i pełną grozy historią z katastrofami lotniczymi w tle. Zachęcona dobrymi recenzjami sięgnęłam po tę lekturę pewna, że tym razem na pewno się wystraszę. Nie wystraszyłam się, a „Troje” nie okazało się być tą książką, której się spodziewałam, kryło w sobie zupełnie inną książkę.

W jeden dzień w niewyjaśnionych okolicznościach rozbijają się cztery samoloty na różnych kontynentach. W opinii biegłych nikt nie miał prawa przeżyć tych katastrof. A jednak odnalezionych zostaje troje pasażerów – żywych i niemal niedraśniętych. Są to dzieci z różnych krańców świata. Wokół nich zaczynają dziać się dziwne rzeczy, powstaje wiele teorii spiskowych na wyjaśnienie tych nieprawdopodobnych wydarzeń. O tym wszystkim dowiadujemy się z książki napisanej w książce, na którą z kolei składa się szereg doniesień prasowych, wywiadów, reportaży, urywek rozmów, nagrań i innych materiałów, które zgromadziła główna bohaterka opisując historię katastrof i ocalonego trojga dzieciaków. Brzmi dość pokrętnie, prawda? Sarah Lotz zdecydowała się na odstąpienie od zwykłej narracji, której chyba najbardziej zabrakło mi w tej książce. Pomysł na stworzenie w „Troje” książki „Czarny czwartek. Od katastrofy do spisku. Analiza fenomenu Trojga”, która stanowi właściwie całą powieść „Troje” był jak dla mnie zbyt dziwny… i nudny.

Zaobserwowaliście jak media atakują temat każdej większej katastrofy? Powstaje wówczas cała masa artykułów, materiałów medialnych, teorii spiskowych, robi się wywiady z ciocią, wujkiem, babcią i sprzątaczką ofiar oraz analizuje się wszystkie okoliczności na milion różnych sposobów. Po którym artykule o jednej katastrofie macie już dość? No właśnie… a tutaj takie „artykuły” i zapiski zajmują prawie 500 stron. Jeżeli w przeciwieństwie do mnie z wypiekami na twarzy śledzicie kolejne doniesienia o jakiejś katastrofie (daleko nie trzeba szukać, weźmy przykład naszego rządowego tupolewa), to książka prawdopodobnie Wam się spodoba. Jeżeli jednak podobnie do mnie macie dość po kilku tygodniach medialnej szarpaniny, to raczej nie jest to książka dla Was. Forma w jakiej została przedstawiona historia Trojga zupełnie do mnie nie przemówiła. Poprzez zastosowanie takiego „reporterskiego” stylu, dystans do omawianych wydarzeń stał się tak duży, że w ogóle nie robiły one na mnie wrażenia. Skakanie pomiędzy różnymi perspektywami ukazujące wspomnienia różnych osób oraz odnoszące się do różnych teorii i domniemań także zniechęcało mnie do dalszej lektury. O ile sam pomysł na historię uważam za całkiem dobry, o tyle sposób jego realizacji zgasił całe napięcie i nie sprzyjał stworzeniu atmosfery grozy. To co interesujące, to przedstawienie nawarstwiania się „afery” wokół katastrof i ocalonych dzieci oraz ukazanie do czego zmierza każdy rodzaj fanatyzmu. Gdyby w inny sposób opowiedzieć tę historię być może udałoby się zbudować obiecane napięcie i grozę sytuacji.


Rozbijające się samoloty pasażerskie, dziwnie zachowujące się ocalone dzieci i nastawienie na otrzymanie apokaliptycznej wizji przyszłości zapowiadały duże „wow”. Nie doczekałam się jednak ani jednego westchnienia zachwytu, za to nieco wynudziłam się podczas czytania tej powieści. Nie zniechęciło mnie to do latania. Ani trochę nie obawiam się też nadejścia Końca Świata.  Niemniej jednak zachęcam do lektury i wyrobienia sobie własnego zdania na temat "Trojga".  

25 sierpnia

Recenzja: Diabolika – S.J. Kincaid

Recenzja: Diabolika – S.J. Kincaid



„Diabolika” autorstwa S.J. Kincaid to jedna z tych książek zaliczanych do literatury młodzieżowej, którą warto przeczytać mając nawet więcej niż te -naście lat. To wciągająca i emocjonująca podroż w skolonizowany kosmos. To wizja przyszłości ludzkości, która w dalekiej przyszłości zmaga się z zupełnie innymi problemami i reprezentuje zupełnie inne postawy. To w końcu świat, w którym istnieją oni – diaboliki.

Nemezis jest diaboliką. Wygląda jak człowiek, ale jest zaprogramowanym do absolutnej lojalności humanoidem, stworzeniem, który powstał by chronić swoją panią. Diaboliki są strażnikami zamożnych ludzi, są agresywni, socjalizowani do bezgranicznego okrucieństwa w przypadku wystąpienia zagrożenia. Nemezis lojalna wobec swojej Pani, aby chronić ją wciela się w Sydonię i udaje swoją właścicielkę przed politykami i cesarzem. Imperium stoi przed poważnym zagrożeniem. Przez ignorancję rządzących postęp technologiczny zostaje zahamowany. Technologie, urządzenia i maszyny stworzone przez poprzednie pokolenia ulegają coraz częstszym awariom, podobnie jak maszyny stworzone po to, aby naprawiały inne urządzenia. Nie żyją już naukowcy, dzięki którym dokonywał się postęp technologiczny. Tymczasem zainteresowanie nauką uważane jest za największą herezję, którą należy zwalczać. Autorka stworzyła bardzo interesujący obraz społeczeństwa przyszłości - leniwego, ślepo wierzącego w dokonania przodków z zepsutą klasą polityczną, która (co akurat typowe) wyzyskuje „Zbędników”, czyli zwykłych ludzi. Nemezis musi udawać człowieka. Czy odkryje w sobie człowieczeństwo? Czy wpłynie na losy kosmosu? Tego dowiecie się z lektury.


„Diabolika” wciąga od pierwszych stron. Dużo się dzieje, akcja toczy się dość szybko. Mocną stroną jest pierwszoosobowa narracja prowadzona przez Nemezis. Dzięki temu łatwiej jest nam zrozumieć co czuje oraz jak bardzo jej sposób myślenia jest odmienny od ludzkiego. Świetnie udało się też uchwycić to, jakim przemianom ulega główna bohaterka. Pomimo niezbyt przyjemnych wydarzeń opisywanych w powieści, „Diabolikę” czyta się bardzo dobrze. Jest to emocjonująca historia od początku do końca. Nie zabrakło również zgrabnego wątku miłosnego, który nie jest irytujący. To, co mogę zarzucić to schematyczność jaką daje się odczuć. Ostatnio mam wrażenie, że większość fantasy młodzieżowych pisana jest według wyraźnego schematu, a pisząc taką powieść autorzy odhaczają poszczególne elementy składające się na akcję. Ponieważ jednak czytanie „Diaboliki” było przyjemne, to jak widać schemat ten się sprawdza, choć wolałabym częściej trafiać na coś bardziej oryginalnego.

14 sierpnia

Recenzja: Pikantne historie dla pendżabskich wdów – Balli Kaur Jaswal

Recenzja: Pikantne historie dla pendżabskich wdów – Balli Kaur Jaswal


Po tej lekturze „już nigdy nie spojrzę na bakłażana w ten sam sposób”. Kiedy przeczytałam tę „groźbę” na okładce „Pikantnych historii dla pendżabskich wdów” pomyślałam, że to książka o kuchni indyjskiej. Serio! :-) Dopiero, gdy sprawdziłam jak brzmi oryginalny tytuł tej powieści („Erotic Stories for Punjabi Widows”) uznałam, że może być interesująco. I nie powiem, że nie było. Ach ten temperament pendżabskich wdów!

Główną bohaterką powieści jest Nikki – córka indyjskich imigrantów wychowana w zachodniej kulturze, zbuntowana i negująca reguły panujące w tradycyjnej sikhijskiej społeczności. Jest młoda, niezależna, zdecydowanie sprzeciwia się aranżowanym małżeństwom i roli kobiet sprowadzającej się do życia w cieniu mężczyzn. Rzuciła studia prawnicze, które wybrali dla niej rodzice i poszukując swojej życiowej ścieżki decyduje się na prowadzenie zajęć z kreatywnego pisania dla imigrantów z Pendżabu. Szybko okazuje się, że uczestniczki kursu to dorosłe analfabetki, które wcale nie chcą nauczyć się pisania opowiadań, a raczej podstaw pisania i czytania. Kursantkami są pendżabskie wdowy, które znudzone nauką podstaw wolą dzielić się fantazjami erotycznymi snując podczas zajęć swoje opowieści. I tak oto fabułę książki przeplatają bardziej lub mniej gorszące historie erotyczne pendżabskich wdów. Wiedzcie jednak, że absolutnie nie jest to płytkie romansidło, żadne „50 twarzy Greya” ani inne seks-powieści. W przypadku tej książki, opowieści erotyczne (dość specyficzne, w końcu opowiadane przez pendżabskie wdowy) to tylko istotny dodatek do historii opowiadanej w „Pikantnych historiach...”

Ta lekka i zabawna lektura jest pretekstem do poruszenia ważnych kwestii dotyczących pozycji pendżabskich kobiet w społeczeństwie, aranżowanych małżeństw, honoru i kultury Wschodu. „Pikantne historie...” to także obraz pendżabskich emigrantów, którzy starają się odnaleźć w kulturze Zachodu. Niektórzy bez problemu przejmują nowe wzorce kulturowe, inni z kolei w zamkniętej enklawie przez kilkadziesiąt lat nie są w stanie nauczyć się nawet podstaw języka angielskiego. Pendżabskie wdowy mają swoje historie. We własnych gronie otwierają się i zaczynają mówić o swoich przeżyciach, potrzebach i sposobach ich zaspakajania. Jak można się domyślić wyniknąć mogą z tego same problemy. Co się stanie, gdy spisywane podczas zajęć opowieści wyciekną do szerszego grona odbiorców, albo co gorsza trafią do męskiej części społeczności? Czy siła kobiecości jednak zwycięży? Tego dowiecie się czytając „Pikantne historie dla pendżabskich wdów” (jak również tego, o co chodzi z tym bakłażanem).

To dość przyjemna lektura, mimo że nie zabrakło w niej dramatów (ale co się dziwić jeśli weźmie się poprawkę na społeczną rolę pendżabskich kobiet). Niektóre fragmenty mocno rozśmieszają, inne skłaniają do refleksji. Całość zamyka się w zgrabną opowieść, taką akurat na lato, kiedy fajnie jest posmakować trochę innej kultury ;-)  

08 sierpnia

Recenzja: Wotum nieufności - Remigiusz Mróz

Recenzja: Wotum nieufności - Remigiusz Mróz



„Wotum nieufności” od kilku miesięcy czekało cierpliwie na półce. Dopiero nieco rozczarowana „Czarną Madonną” postanowiłam dać szansę kolejnemu eksperymentowi Remigiusza Mroza. I bardzo się cieszę, że tyle zwlekałam z tą lekturą! Bo nie wiem jak wytrzymałabym prawie rok w oczekiwaniu na kontynuację rozpoczętej serii „W kręgach władzy”. A tak pozostało mi kilka miesięcy przebierania nóżkami do premiery kolejnego tomu! W końcu jakaś mroźna petarda, to najlepsza książka Mroza od czasu „Behawiorysty” (ale „Behawiorysta” wciąż na czele tabeli).

Prezydent Rzeczpospolitej rezygnuje ze sprawowania swojego urzędu. Zgodnie z konstytucją władzę w państwie przejmuje Marszałek sejmu – Daria Seyda. Uruchomiona zostaje machina zapisana w aktach prawnych i tradycji politycznej Polski. Ogłoszone zostają wybory prezydenckie, zgłaszają się reprezentanci poszczególnych ugrupowań politycznych gotowi do objęcia funkcji prezydenta oraz, jak to na nasze polskie realia przystało, wdrażane zostają różne pomysły na to jak dopchać się do politycznego koryta. Brzmi bardzo swojsko prawda?

Remigiusz Mróz stworzył alternatywny obraz współczesnej Polski, a zwłaszcza jej sfery politycznej. Mamy wykreowaną gwiazdę polityczną, która na bieżąco wrzuca do sieci snapy i walczy o uznanie różnych grup wyborców. Mamy Rosję (niestety bez Putina), która wtrąca się w nasze sprawy, mamy brudne polityczne gierki, trzecią władzę w postaci mediów, sondaże wyborcze, CBŚ, ABW, BOR-owików i wszystko to, co kształtuje naszą scenę polityczną. Fikcyjny świat polskiej polityki, który zbudował autor w I tomie „W kręgach władzy” fascynuje swoim realizmem. Do tego stopnia, że gdy zatopiona w lekturze, wyrwana z opisywanych wydarzeń zaczęłam przeglądać newsy byłam zdziwiona, że prawdziwe media milczą w sprawie zdarzeń opisywanych w „Wotum nieufności”.

Partie polityczne wymyślone na potrzeby powieści, postaci polityków, a także wszystkie wydarzenia koncentrujące się wokół kampanii wyborczej oraz wyborów prezydenckich zostały wykreowane tak dobrze, że nie mam im nic do zarzucenia. Jak w życiu tak i w książce czytelnik ma pełne prawo dokonać wyboru, któremu z kandydatów na prezydenta będzie kibicować. Szczególną rolę odgrywa dwójka faworytów: pełniąca tymczasowo obowiązki głowy państwa Seyda oraz polityczna gwiazda Patryk Hauer. Ciekawe, czy Wasze poglądy polityczne są tak mocno sprecyzowane, że będziecie twardo kibicować waszym faworytom, czy też weźmiecie pod uwagę inne czynniki. Lekturze towarzyszy sporo emocji, ale tym razem Remigiuszowi udało się dobrze wyważyć granice dramaturgi. O ile w przypadku jego pozostałych książek nasycenie wydarzeniami jest tak duże, że aż nieprawdopodobne, o tyle w przypadku „Wotum nieufności” przyjmuję te wydarzenia bez zastrzeżeń. Wierzę, że w naszym cudownym kraju wszystko zdarzyć się może. Może zatem to bardzo dobra książka, a może moja wielka wiara w polityków, którzy są zdolni do wszystkiego.

Jeżeli w prawdziwym życiu z zaciekawieniem obserwujecie sytuację polityczną w Polsce, ta książka zdecydowanie będzie się Wam podobać. A nawet jeśli zazwyczaj nie interesuje Was co w politycznej trawie piszczy, ale z wypiekami na twarzy obserwujecie przebieg kampanii wyborczej, dynamiczne zmiany w słupkach poparcia, dziwne zagrania polityków i pranie brudów, to też powinniście być zadowoleni. Ja jestem, nawet bardzo!


Ostatnia uwaga, a raczej dobra strategia czytelnicza: nie szukajcie na siłę powiązań pomiędzy postaciami wykreowanymi przez Remigiusza a naszymi prawdziwymi politykami. Potraktujcie świat z „W kręgach władzy” jako alternatywę dla tej naszej nie zawsze kolorowej politycznej rzeczywistości. Podobno kontynuacja ma sprawić, że realna polityka w Polsce okaże się tylko niewinną sielanką. Po poznaniu zakończenia „Wotum nieufności” spodziewam się wszystkiego w kolejnych częściach serii!

03 sierpnia

Recenzja: Po własnych śladach - Mariusz Koperski

Recenzja: Po własnych śladach - Mariusz Koperski



Pamiętacie jak pisałam o „Śmierci samobójcy”, czyli bardzo nieznanej zakopiańskiej powieści kryminalnej? Możecie o niej poczytać tutaj. Tymczasem całkiem niedawno swoją premierę miała jej kontynuacja, czyli „Po własnych śladach”. Kolejna książka Mariusza Koperskiego również została okrzyknięta zakopiańską powieścią kryminalną. Tym razem (na szczęście) nie spodziewałam się jednak barwnych opisów górskich szlaków ani akcji osadzonej gdzieś w górach. I chyba to uchroniło mnie przed rozczarowaniem.

Po rozwiązaniu sprawy, opisywanej w „Śmierci samobójcy”, sympatyczny i młody komisarz Karpiel przenosi się do Warszawy. Są święta Bożego Narodzenia, a Tomasz Karpiel wraca w rodzinne strony do rodziny. W wigilijną noc dochodzi do wypadku samochodowego, w którym ginie znienawidzony przez Karpiela biznesmen. Kilka lat wcześniej siostra komisarza uległa bowiem ciężkiemu wypadkowi samochodowemu, a sprawcą był nie kto inny jak Cyrwus, ofiara wigilijnego zdarzenia. Młody policjant szybko angażuje się w sprawę tajemniczego morderstwa. Również tym razem autor prowadzi nas przez zawiłości podhalańskiej kultury, która jest tłem dla wydarzeń opisywanych w książce, choć jest tego jeszcze mniej niż w pierwszej części. O ile jednak „Śmierć samobójcy” była klasycznym kryminałem, w którym nie było nic nadzwyczajnego, o tyle tym razem Pan Mariusz zastosował parę technik budzących zdumienie.

Zaskakujący fakt numer jeden, to wplecenie w fabułę zakopiańskiego kryminału elementów z pogranicza science fiction. Najnowocześniejsze technologie związane z projekcją oddziałującą na wszystkie zmysły – okej, mogłabym uwierzyć, że istnieją naprawdę. Ale że w Zakopanem? Nie mówię, że to był kiepski pomysł, jak dla mnie wzbogacenie akcji o wątki związane z wykorzystaniem technologii wnosi wartość dodaną do historii. Problem jednak w tym, ze odnosiłam wrażenie, że trochę to takie naciągane. Zaskakujący fakt numer dwa, to remiks kulturowy o jaki pokusił się Pan Koperski. Warto sięgnąć po ten kryminał choćby po to, aby sprawdzić w jaki sposób dr House mógł się przyczynić do rozwikłania tajemnicy morderstwa w sercu Tatr. Tak, chodzi o dr House’a z popularnego serialu o cynicznym lekarzu. Jak dla mnie jest to najmocniejsza zaleta „Po własnych śladach”. Dość zaskakujące połączenie, które ożywiło akcję. Właściwie dopiero wówczas udało mi się na dobre wciągnąć w fabułę książki.

Problem jaki mam z książką „Po własnych śladach” to trochę nieprzemyślany i chaotyczny rytm książki. Momentami wieje nudą, a momentami trudno było się oderwać od lektury. Pomieszanie chronologii wydarzeń też nieco zaburza odbiór i poziom zaangażowania w przedstawianą historię. I choć rozumiem, że zamysłem autora było wciągnięcie czytelnika w pewną grę, to jednak tym razem nie do końca się to udało.

Mimo wszystko uważam, że „Po własnych śladach” to całkiem niezły kryminał, który poleciłabym przeczytać w okolicach świąt Bożego Narodzenia. Siarczysty mróz, ośnieżone Zakopane i zimowy klimat świąt sprawią, że będzie to przyjemna i dość interesująca lektura. Przede wszystkim jednak, warto sięgnąć po nią po to, żeby dowiedzieć się jaką rolę w tym wszystkim odegrał dr House!

27 lipca

Recenzja: Czarna Madonna - Remigiusz Mróz

Recenzja: Czarna Madonna - Remigiusz Mróz

Obok tej gorącej (a zarazem mroźnej) premiery nie można było przejść obojętnie tego lata. Budowana przez wiele tygodni atmosfera tajemniczości i odsłanianie skrawków tajemnicy kawałek po kawałku sprawiły, że jeszcze na żadną książkę nie czekałam z tak wielką ekscytacją. Efektowny marketing, okrzyknięcie Remigiusza Mroza nowym Kingiem, aż w końcu kontrowersyjna okładka „Czarnej Madonny” zdają się robić wszystko, aby sięgnąć po najnowszą powieść Remigiusza Mroza.


Trzeba przyznać, że historia zaczyna się zachęcająco. W tajemniczych okolicznościach ginie samolot, który miał wylądować w Tel Awiwie z 530 pasażerami na pokładzie. Wśród nich jest Aneta, narzeczona Filipa, głównego bohatera „Czarnej Madonny”. Filip otrzymuje znaki, które wskazują na to, że za zniknięciem samolotu kryją się pozaziemskie moce. A kiedy okazuje się, że to nie tylko jedno tak tajemnicze zaginięcie samolotu, były ksiądz stara się rozwikłać tajemnicę, w której jak się wkrótce okaże, istotną rolę odgrywa obraz z wizerunkiem Matki Bożej w wersji nazywanej Czarną Madonną. Co się stało z zaginionym samolotem? Czy jesteśmy świadkami nadchodzącego Sądu Ostatecznego? Czy Apokalipsa według Świętego Jana właśnie się ziszcza? Czy czas ma jakiekolwiek znaczenie w obliczu wieczności? A wreszcie, czy siły zła są silniejsze od sił dobra? Tego dowiecie się sami, jeśli sięgnięcie po „Czarną Madonnę”.

W historii znaczącą rolę odgrywają siły nieczyste, czy mówiąc wprost – demony. I to chyba ten motyw sprawia, że „Czarnej Madonny” można się przestraszyć. W ostatecznym rozrachunku książka nie zniechęciła mnie do latania samolotami, ale sprawiła, że wieczorem gasząc światło czułam się nieco mniej pewnie niż zazwyczaj. Dreszczyk emocji był, ale jak widać nie umarłam ze strachu podczas lektury. Dzięki demonom momentami robiło się również obleśnie (o dziwo nie traktujcie tego jak zarzutu). Ależ te upadłe anioły potrafią sponiewierać człowieka! Uwaga spoiler: Sam i Dean Winchester z serialu „Supernatural” nie raczyli zjawić się, aby uratować sytuację. Może to i dobrze, bo cała historia skończyłaby się po kilkunastu stronach ;-)

Filip jest byłym duchownym. Jak na księdza przystało zna wszystkie modlitwy (również te po łacinie), a także całą historię Kościoła Katolickiego. Jak dla mnie, zna ją trochę zbyt dokładnie. Ponieważ to on jest narratorem w powieści, cała akcja przeplatana jest „świętością”. To najbardziej uduchowiona powieść, jaką czytałam od czasów najgłośniejszych dzieł Dana Browna. Z tym że, o ile w przypadku „Kodu Leonarda da Vinci” symbolika i historia Kościoła, była zgrabnie wpleciona w fabułę, o tyle w przypadku „Czarnej Madonny” przytaczanie różnych faktów związanych z religią wydaje się być nienaturalne. Oczywiście widać duży wkład pracy włożony w wyszukanie, opracowanie i wykorzystanie religijnych faktów historycznych do nadania wiarygodności stworzonej historii. Ja rozumiem, że specyfika gatunku, po jaki eksperymentalnie sięgnął Mróz tego wymaga, ale czytając byłam trochę przytłoczona nadmiarem tego wszystkiego. Do tego dochodzi jak dla mnie zbyt częste cytowanie fragmentów Nowego Testamentu oraz wszelkich możliwych modlitw. Mimo demonów, po lekturze czuję się uświęcona. Ta książka jest tak „święta”, że uznawanie jej jako kontrowersyjną ze względu na motyw Matki Boskiej na okładce wydaje się być dość absurdalne.

Przedstawiona historia wciąga, a podczas lektury bardzo chce się dowiedzieć co będzie dalej. Mróz jak zawsze bardzo dobrze budował napięcie, sprawiając, że pochłaniałam rozdział za rozdziałem. Mam więc mieszane uczucia względem „Czarnej Madonny”. Z jednej strony książka zapewniła mi kilka naprawdę emocjonujących wieczorów, z drugiej zaś sama historia była trochę jakby zbyt dziwna. Do tego wszystkiego rozwiązanie tajemnicy skrywanej w „Czarnej Madonnie” okazało się dla mnie zbyt pokrętne. Niby wszystko zostało wytłumaczone, jednak dla mnie cała historia koniec końców wydaje się być zbyt przekombinowana. Jak to na Mroza przystało nie brakuje elementu zaskoczenia. Tym razem zaskoczenie to, zamiast wprawić mnie w zachwyt sprawiło, że poczułam lekkie uczucie rozczarowania. Z całą stanowczością powiem, że „Czarna Madonna” nigdy nie będzie moją ulubioną powieścią. O wiele lepiej Mróz sprawdza się w innych gatunkach.

PS I jeszcze jedno: porównywanie Remigiusza Mroza do Kinga, to naprawdę marketingowy chwyt poniżej pasa. Ze szkodą dla wszystkich.
PPS Blurb książki kłamie. A tego nie lubię.

18 lipca

Recenzja: Lokatorka - JP Delaney

Recenzja: Lokatorka - JP Delaney
Czy pustka może być lekarstwem na traumę? Możesz wprowadzić się do olśniewającego, supernowoczesnego i ekstremalnie minimalistycznego apartamentu, jeśli tylko zgodzisz się na spełnienie szeregu warunków dotyczących użytkowania wnętrza i poddania się jego minimalistycznemu klimatowi. Odważysz się? A zatem zacznij od wymienienia listy rzeczy, bez których nie możesz żyć. A potem zasiądź do lektury „Lokatorki” JP Delaney i zastanów się jeszcze raz, czy na pewno tego chcesz.

Jeden apartament i dwie historie. Przeszłość przeplata się z teraźniejszością. Pierwsza była Emma, która po włamaniu do starego mieszkania stara się uporać z traumą i strachem. Wraz z chłopakiem przeprowadzają się do minimalistycznego mieszkania – arcydzieła architektonicznego. Parę przekonuje nowoczesny wystrój i bezpieczeństwo mieszkania, o które dba zaawansowane technologicznie specjalne programowanie zintegrowane z aplikacją na smartfona. Kolejna jest Jane, która po przeżytej traumie – urodzeniu martwego dziecka stawia na „nowy początek” w nowym, pięknym wnętrzu. Dwie z pozoru zupełnie różne historie, jednak coś je łączy. Kiedy Jane zaczyna dociekać, kim była poprzednia lokatorka jej mieszkania, akcja na dobre zaczyna się rozkręcać.

Lokatorka” to trzymający w napięciu thriller psychologiczny. Naprzemienna narracja dwóch bohaterek – lokatorek naprawdę ma sens w przypadku tej książki. Na przemian poznajemy perspektywę dwóch kobiet – jednej z przeszłości, drugiej z teraźniejszości. Miejsce akcji pozostaje niezmienne. Dreszczyku emocji dodaje myśl, że każdy zakątek tego pięknego wnętrza kryje w sobie jakieś tajemnice. Krótkie rozdziały trzymają w napięciu i sprawiają, że książkę czyta się niezwykle szybko. Autor dość dobrze oddaje sposób myślenia obu bohaterek, ich problemy i niekiedy spaczony ogląd rzeczywistości – jak to przystało na dobry thriller psychologiczny. Z każdym rozdziałem zbliżamy się nieco bardziej do odkrycia tajemnicy, a kiedy to się staje, może nie ma wielkiego zdumienia, ale wszystko zamyka się w zgrabną całość. Do mnie trafiła ta historia, bardzo podobało mi się też uchwycenie roli technologii w kształtowaniu poczucia bezpieczeństwa, a także obsesyjne dążenie do perfekcji.

Pamiętacie poprzednią recenzję, w której pisałam o „Bad mommy. Zła mama”? Nie sposób nie porównywać tych książek. Zbieżność gatunkowa i czasu premiery sprawiły, że obie pozycje wspięły się na szczyty list bestsellerów. Co je łączy? Przeprowadzka, motyw macierzyństwa, socjopaci, problemy psychiczne i pierwszoosobowe narracje. Jeśli miałabym jednoznacznie ocenić, która z tych książek jest lepsza, byłoby to bardzo trudne. Choć postać psychopatki jako głównej bohaterki „Bad mommy. Zła mama” wydaje mi się lepiej skonstruowana, a jej historia bardziej realna, o tyle „Lokatorka” może się poszczycić lepszym tłem: niezwykły apartament, wszechobecna technologia i tajemniczy Gospodarz – oprogramowanie, które dostosowuje funkcje mieszkania do nastroju i potrzeb mieszkańców. No czyż nie brzmi to niezwykle? No i jednak rozwiązanie tajemnicy z „Lokatorki” jest dla mnie znacznie lepszym zakończeniem, niż propozycja Pani Fisher w „Bad mommy. Zła mama”. Tak czy owak polecam lekturę obu i wyrobienie sobie własnego zdania na temat tego, która z nich jest lepsza. A może już czytaliście obie? Jeśli tak, to koniecznie dajcie znać, która podobała Wam się bardziej!

09 lipca

Recenzja - Bad mommy. Zła mama - Tarryn Fisher

Recenzja - Bad mommy. Zła mama - Tarryn Fisher

Zastanawialiście się kiedyś nad tym jak łatwo jest być stalkerem w dobie mediów społecznościowych? Nad tym jak rozwój technologiczny ułatwia życie psychopatom? Nie? To sięgnijcie po „Bad mommy. Zła mama” – najnowszą powieść Tarryn Fisher.

Wyobraź sobie, że wiedziesz sobie spokojne życie. Masz męża, śliczną córeczkę i jesteście po prostu szczęśliwi. Masz swój styl, lubisz nietuzinkowe elementy wyposażenia wnętrz, masz swoje ulubione restauracje, zajęcia i swój własny pomysł na instagramowy profil. Drobnostki, prawda? A gdyby tak Twoja nowa sąsiadka, z którą się zaprzyjaźniłaś kawałek po kawałku skradała małe cząstki Twojego życia kopiując je i przywłaszczając? W którym momencie poczujesz się niekomfortowo? W takie tarapaty wpakowała się Jolene. Do sąsiedniego domu wprowadza się tajemnicza Fig. Nowe sąsiadki szybko zaprzyjaźniają się… tylko czy ta przyjaźń jest bezpieczna? Dokąd to wszystko zmierza?

„Bad mommy. Zła mama” ma dość ciekawą konstrukcję. Na powieść składają się trzy części opisujące wydarzenia z perspektywy głównych bohaterów. Autorka stworzyła bardzo dobry portret psychologiczny psychopatki, niezłą postać socjopaty oraz obraz kobiety, której życie mocno się skomplikowało. Niestandardowym rozwiązaniem jest rezygnacja z przeplatania się narracji pomiędzy rozdziałami na rzecz skumulowanych części. Według mnie większe napięcie udałoby się zbudować, gdyby rozdziały te przeplatały się ukazując co rusz różny punkt widzenia i porządkując kolejność wydarzeń. Opis wydarzeń ukazany z perspektywy Fig jest niesamowicie ciekawym studium psychologicznym, podobnie jak druga część ukazująca logikę działania socjopaty. Trzecia część – historia opowiedziana z perspektywy Jolene okazała się trochę rozczarowująca. Myślę, że po trochę na zasadzie kontrastu względem wcześniejszych rozdziałów, a trochę przez zakończenie, które było mocno średnie. Ja czekałam na fajerwerki a dostałam co najwyżej zapalone zimne ognie.

Duży plus dla Tarryn za osadzenie akcji w bardzo realistycznej rzeczywistości co spotęgowało wrażenie, że taka historia mogłaby się przydarzyć każdemu z nas. Tak, tu i teraz. Wplecenie w akcję mediów społecznościowych, sposobów wykorzystywania Facebooka, Instagrama i innych aplikacji to sposób na zarysowanie cech naszego pokolenia cyfrowych nomadów, którzy za pośrednictwem sieci komunikują się i kształtują swój wizerunek. Być może opisana historia poniekąd będzie ostrzeżeniem względem nie tylko tego co publikujemy w sieci, ale także wysyłamy za pośrednictwem Internetu.

Bad mommy. Zła mama” to dobry thriller psychologiczny. Uwaga wciąga - całą książkę przeczytałam w jeden dzień. Krótkie rozdziały, trzymająca w napięciu akcja i chęć odkrycia jak zakończy się ta historia sprawiają, że trudno się oderwać od lektury. I choć poznawszy zakończenie nie zemdlałam z wrażenia, to sama lektura była naprawdę dobra.

01 lipca

Recenzja: Dzień dobry, północy – Lily Brooks-Dalton

Recenzja: Dzień dobry, północy – Lily Brooks-Dalton


Po książkę sięgnęłam zauroczona przepiękną okładką i obietnicą poznania zupełnie nowego oblicza samotności człowieka. Niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nigdy nie ocenia książki po okładce. Na tej gwiazdy mienią się i błyszczą robiąc na odbiorcy nieziemskie wrażenie. Gwiazdy są tutaj nieprzypadkowe. „Dzień dobry, północy” to przeplatające się dwie historie wybitnych w swoich dziedzinach badaczy kochających gwiazdy.

Augustine całe życie poświęcił badaniom gwiazd. Jego ostatnia placówka naukowa znajduje się na kole podbiegunowym, gdzie zostaje zupełnie sam, ponieważ odmawia wyjazdu podczas ewakuacji pozostałych członków ekipy. Sully bada kosmos, jest astronautką, członkinią załogi powracającego na Ziemię pojazdu kosmicznego. Załoga nie może nawiązać łączności z centrum kontroli lotów. Na ziemi, w cywilizowanym świecie dzieje się coś tajemniczego, niezbadanego, nie wiadomo czy ludzkość wyginęła, ani co się stało. Bohaterowie zaczynają przypuszczać, że są ostatnimi ludźmi na naszej planecie. W różny sposób odczuwają samotność i próbują sobie z nią radzić.

Książka jest pełna retrospekcji, w których poznajemy ważne momenty z życia bohaterów. Augustine, który zrezygnował z odczuwania emocji, w całości poświęcił się nauce i odkrywaniu tajemnic gwiazd. Samotna starość na odludziu skłania go do refleksji nad sensem tego wszystkiego. Dla niego to czas podsumowań i rozliczenia się z samym sobą. Z kolei członkowie załogi historycznej wyprawy w kosmos na ziemi zostawili swoje dotychczasowe życie. Niektórzy mieli rodziny, inni ambitne plany. Zostawili to, aby spełnić marzenie o byciu astronautą, badać wszechświat i zapisać się na kartach historii. Kiedy dociera do nich, że być może nie mają do czego wracać ich wyuczona samokontrola oraz przygotowania do stresujących sytuacji i długotrwałej izolacji okazują się nieskuteczne. W obliczu przenikliwego poczucia osamotnienia wszystko zaczyna tracić sens. Bo jeśli nie mają do czego wracać, to na co to wszystko?

Pomysł na książkę to według mnie strzał w dziesiątkę. Ukazanie problemu dotkliwej samotności w ten sposób, to z pewnością coś nowego i niestandardowego. Ja rozumiem, że istotą tej książki są odczucia i postawy jej bohaterów, a nie akcja i tło wydarzeń, jednak mi osobiście zabrakło wyjaśnienia tego, co tak naprawdę się stało ze światem, jaki znamy. Autorka nasyciła swoją opowieść długimi opisami, które bardzo spowalniały akcję. Ponieważ ja zdecydowanie lubię, gdy w książce dużo się dzieje, momentami bywałam znudzona lekturą. „Dzień dobry, północy” to bardzo spokojna i melancholijna powieść pełna przejmujących rozważań o tęsknocie, niespełnieniu, a także o tym co w życiu okazuje się najważniejsze. 
 
Tylko proszę, nie zrozumcie mnie źle, bo to całkiem dobra książka. Przedstawione historie bohaterów to piękny i zarazem smutny obraz naszych czasów, w których przedkłada się wartość poznawczą nad spełnieniem w życiu prywatnym. Ukazuje, że w tym ogromnym wszechświecie miłość do gwiazd może przesłonić wszystko inne. Uważam, że choć to nie jest typ lektury, którą czyta się z wypiekami na twarzy i niecierpliwym oczekiwaniem na to co będzie dalej, to warto odkryć co splata losy Augustina i Sully.

19 czerwca

Recenzja: Prokurator - Paulina Świst

Recenzja: Prokurator - Paulina Świst

Sięgając po „Prokuratora” - debiutancką powieść autorki skrywającej się pod pseudonimem Paulina Świst spodziewałam się czegoś na pograniczu „50 twarzy Greya” i thrillera prawniczego w stylu Remigiusza Mroza. Po lekturze stwierdzam, że jest to osadzony w świecie prawniczym romans z wątkami kryminalnymi.

Ona – młoda pani adwokat, on – obrotny prokurator. Nieoczekiwanie ich drogi się krzyżują. To oczywiście miała być przygoda na jedną noc (ostry seks po pijaku), jednak jak zwykle nic nie przebiega w życiu zgodnie z planem. Okazuje się, że oboje zaangażowani są w tę samą sprawę. Ona jest obrończynią znienawidzonego brata przyrodniego, on oskarżycielem. Jak możecie się spodziewać, to nieco komplikuje sprawę. 

Cieszę się, że w „Prokuratorze” nie chodzi tylko o epatowanie erotyzmem, ale także o dynamiczne poprowadzenie akcji i doprowadzenie jej do niezłego finału. Poza tym, „Prokurator” to także ciekawe przedstawienie świata śląskiej palestry.

Lektura „Prokuratora” była fajną weekendową rozrywką. Różne gatunki i kategorie książek mają według mnie realizować odmienne cele. W przypadku „Prokuratora’ nie oczekiwałam, że książka ta zmieni moje życie, pozwoli na odkrycie czegoś nowego, nieznanego. Po prostu chciałam się dobrze bawić i czerpać przyjemność z lekkiej i wciągającej lektury. I miałam czego chciałam. „Prokurator” wciąga od pierwszych rozdziałów. Emocje wzmaga sposób prowadzenia narracji - naprzemiennie rolę narratora przejmuje pani adwokat i pan prokurator. Choć z początku akcja nie posuwa się zbyt mocno do przodu, pikantne opisy i tak przyciągają odbiorcę, do tego dochodzi śmiała erotyka i zabawne (choć czasem prostackie) dialogi. Naprawdę chce się czytać. Ale uprzedzam, że język jest bardzo prosty, jak na świat elokwentnych prawników może nawet zbyt prostacki, co nieco drażniło, ale nie odbierało przyjemności lektury. Dla tych, którzy w „Prokuraturze” szukać będą wyłącznie ostrego seksu: uwaga zaspoileruję, że mniej więcej w połowie ten typ akcji trochę siada na rzecz wątku kryminalnego.

Jeszcze jedna ważna rzecz odnośnie „Prokuratora”! Akcja powieści toczy się na Śląsku. Bardzo lubię, gdy polscy pisarze wykraczają poza oklepaną i opisaną pincet razy Warszawę. Mój lokalny patriotyzm został połechtany uwzględnieniem mojego regionu. Część akcji toczy się nad jeziorem Turawa nieopodal Opola (na moim instagramie np. tutaj lub tutaj). I właściwie tylko w ten sposób w „Prokuratorze” znalazłam spodziewanego Remigiusza Mroza, który jak pewnie wiecie jest Opolaninem, a akcja „Behawiorysty” nieprzypadkowo rozgrywa się w Opolu i na Opolszczyźnie. Zdecydowanie więcej tu „50 twarzy Greya” - nie zabrakło nawet bezpośrednich odwołań do tego bestsellera.
Copyright © 2016 Uwaga czytam , Blogger