08 sierpnia

Chłopiec, który widział – Simon Toyne

Chłopiec, który widział – Simon Toyne


Jeśli przeczytacie opis wydawniczy na temat tej książki możecie poczuć się trochę zagubieni. „Chłopiec, który widzi mrok. Mężczyzna, który może go przed nim ochronić” kryje się w tym jakaś tajemnica, ale niekoniecznie zachęca do sięgnięcia po tę pozycję. A to źle, bo „Chłopiec, który widział” okazało się być jedną z najmilszych czytelniczych niespodzianek tego roku.

Zaczyna się bardzo brutalnie, bo torturowaniem starego krawca (uwaga: jest gorzej niż u Cartera!). Zabójca zostawia go na pożarcie wygłodniałym szczurom, a na ścianie pozostawia podpis „skończyć to, co zostało zaczęte”. Wnuczka ofiary wraz z synem podążając za wytycznymi pozostawionymi przez dziadka wyruszają w podróż przez pół Francji, aby spełnić ostatnią wolę ofiary. Towarzyszy im tajemniczy Albinos, Salomon Creed, który twierdzi, że jego celem jest uratowanie malca. Nie za bardzo wie jak, jest trochę zagubiony i… ma w sobie sporo z „superbohatera”. Tytułowy chłopiec, Leo posiada z kolei „super moc” - potrafi widzieć aurę człowieka i dostrzec w nim mrok. Może tytuł nie do końca oddaje to, o czym jest ta historia, bo „magiczne” zdolności chłopca wcale nie odgrywają tu najważniejszej roli. Gdybym sama miała zatytułować tę powieść prędzej posiliłabym się kreatywnością mordercy i nadała tytuł „Skończyć to, co zostało zaczęte”. Bo to wokół tego wszystko się kręci..

Na początku wspomniałam, że opis wydawniczy jest może trochę dziwny, może niespecjalnie zachęca do sięgnięcia po tę lekturę. Tymczasem już po kilku stronach przekonałam się o tym, jak dobrze zrobiłam podejmując ryzyko sięgnięcia po „Chłopca...”. Mnie skusiła obietnica nawiązania do Drugiej Wojny Światowej i holokaustu. Wiecie, albo nie wiecie, ale ja bardzo lubię tę tematykę. To znaczy niespecjalnie lubię książki historyczne, ale właśnie powieści osadzone w czasach wojny. Tymczasem akcja „Chłopca, który widział” dzieje się współcześnie, mamy zagadkę kryminalną do rozwiązania, jest ofiara, poszukujemy złoczyńcy. I już to byłoby materiałem na fajny kryminał. Opowieść przeplatają jednak fragmenty zapisków więźnia obozu pracy nazywanego Obozem Krawca, jednego z wielu obozów służących zagładzie Żydów w okresie Drugiej Wojny Światowej. Opisy te są naprawdę drastyczne, ukazują to, jak traktowani byli więźniowie – raczej nie dla osób o słabych nerwach. Z jednej strony więc mamy łatwą rozrywkę w postaci kryminału, z drugiej przytłaczające opisy ludzkiego cierpienia. Wszystko to łączy się w niebanalną całość. Choć sam autor miał trochę wyrzuty sumienia łącząc temat holokaustu z literaturą, której głównym zadaniem jest dostarczenie rozrywki, to ja uważam, że zrobił to bardzo dobrze i z wyczuciem smaku.

Chłopiec, który widział” jest bardzo fajnie skonstruowany. Dzieje się naprawdę dużo, mamy dużo akcji. Narracja poprowadzona jest z kilku perspektyw, dzięki czemu autor mógł poświęcić słuszną porcję uwagi wszystkim kluczowym bohaterom. Nie ma tu przypadkowych lub niedopracowanych postaci, każda z nich została dość konkretnie scharakteryzowana. Krótkie rozdziały, ciągła zmiana perspektywy, pościg, poszukiwanie rozwiązania zagadki związanej z zamordowanym ocalałym z Obozu Krawca – to wszystko sprawia, że książkę czyta się błyskawicznie, mimo że do najcieńszych nie należy.

Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się tak dobrej lektury. Mimo, że akcja dzieje się współcześnie historia związana z pewnym obozem koncentracyjnym ulokowanym na terenie Francji odgrywa istotną rolę w całej tej historii. Dzięki temu, „Chłopiec, który widział” nie jest najprostszą z możliwych form czytelniczej rozrywki, ale porusza ważne i poważne tematy takie jak trudna historia, jej wpływ na czasy współczesne, czy odkrywanie własnej historii i rodzinnych tajemnic.

Jeszcze jedna uwaga, bo pojawiało się sporo pytań: Salomon Creed jest bohaterem drugiej książki z serii, jednak brak znajomości pierwszego tomu w ogóle nie przeszkadza w lekturze – drugi tom to zupełnie odrębna historia, akcja dzieje się bowiem we Francji, a sprawa sięga aż do czasów Drugiej Wojny Światowej. Oczywiście są pewne elementy spinające obie części, ale śmiało można czytać bez znajomości tej pierwszej.

Polecam z całego serca!

Za możliwość lektury przedpremierowo dziękuję Wydawnictwu Albatros :)



05 sierpnia

Jak mogłaś – Heidi Perks

Jak mogłaś – Heidi Perks


Przyjaciółka by mi tego nie zrobiła!” to jedno z haseł promujących powieść „Jak mogłaś”, ale też główna myśl, jaka przychodzi mi na myśl, gdy wspominam niedawną lekturę. „Jak mogłaś” to nie tylko thriller psychologiczny, w którym mamy do czynienia z zaginięciem dziecka, ale także opowieść o przyjaźni, trudnej i wystawionej na wielką próbę.

Charlotte i Harriet są przyjaciółkami trochę z przypadku. Nie mają długiej wspólnej przeszłości, ot poznają się, znajdują wspólny język i tak się jakoś układają ich relacje, że coraz bardziej sobie ufają. Kiedy Charlotte po raz pierwszy opiekuje się córeczką przyjaciółki, zabiera ją wraz ze swoimi dziećmi na szkolny festyn. Co złego może się zdarzyć na szkolnym festynie? Ano może się zdarzyć wszystko, na przykład to, że dziewczynka zniknie bez śladu.

Autorka miała dość ciekawy pomysł na fabułę. Powieść czytałam z dużym zainteresowaniem, szybko przewracając kolejne strony, aby w końcu odkryć tajemnicę: co się stało z dzieckiem i kto za tym wszystkim stoi. Lektura wiele razy skłaniała do refleksji, co ja bym zrobiła na miejscu bohaterek. Biorąc na siebie odpowiedzialność opieki nad dzieckiem pilnujesz go jak oka w głowie, z drugiej strony… czy temu co się zdarzyło można było jakoś zapobiec? Czytając, zastanawiałam się również nad tym, czy to aby na pewno jest przyjaźń. Wiecie, mam wrażenie, że obecnie to słowo jest trochę nadużywane. Pomiędzy Charlotte i Harriet było tyle sekretów, tajemnic i niedomówień, że trochę trudno mi to postrzegać jako prawdziwą przyjaźń. Czy jednak stając w obliczu próby, sprostają jej? I czy przyjaźń przetrwa tę ciężką próbę? Tego dowiecie się czytając „Jak mogłaś”.

Historia poszukiwań trzyma w napięciu zdecydowanie bardziej niż niedawno opisywany przeze mnie „Rok we mgle”. Niestety jednak „Jak mogłaś” jest według mnie bardzo przewidywalna, właściwie rozwiązanie „zagadki” otrzymujemy na tacy już w połowie książki, co jak na thriller (przyznajcie sami) jest zdecydowanie zbyt wczesne. Postacie przyjaciółek są wykreowane dość przeciętnie. Roztrzepana Charlotte i tajemnicza Harriet ani nie zbudziły mojej sympatii, ani też specjalnie mnie nie denerwowały. Jak na thriller psychologiczny, do którego zalicza się tę książkę ich portrety psychologiczne mogłyby być nieco mocniej zaakcentowane. Choć, nie chcąc zdradzać Wam zbyt wiele z fabuły, przyznam, że psychika jednej z przyjaciółek może budzić skrajne emocje.

Nie twierdzę, że „Jak mogłaś” to zła książka, ale na tle czytanych choćby tylko w tym roku thrillerów, wydaje się być dość przeciętna. Ewidentnie zabrakło w niej efektu „wow”. Niezbyt fajnie czyta się thriller, którego zakończenie w żaden sposób nie zaskakuje. Kiedy w thrillerze czytasz epilog (czy tam „Rok później”, „100 lat później” itp.) to spodziewasz się, że w ziemię uderzy jakiś meteoryt. Coś się wydarzy, coś mocnego i nieoczekiwanego, tymczasem w tej książce tego czegoś ewidentnie zabrakło. Historia po prostu się skończyła. I tyle.

01 sierpnia

W cieniu tamtych dni - Magdalena Majcher

W cieniu tamtych dni - Magdalena Majcher


Magdalena Majcher w swojej najnowszej powieści dołożyła kolejną cegłę do muru pamięci o wszystkich, którzy w sierpniu 1944 postanowili zawalczyć o Wolną Warszawę, o Wolną Polskę. I choć z tematyką Powstania Warszawskiego do czynienia miałam nie raz, nie uważam, aby starania autorki były niepotrzebne. Dziś, 74 lata po wybuchu powstania możemy jedynie dbać o to, aby pamięci o powstańcach nie zatarł ślad czasu.
W cieniu tamtych dni” to niezwykła podróż w czasie. Autorka zgrabnie łączy teraźniejszość z okrutną wojenną przeszłością. Mikołaj przypadkowo trafia na tajemniczą szkatułkę, w której znajduje plik niewysłanych listów oraz powstańczą opaskę. Ma poczucie, że nie wie wszystkiego o swojej rodzinie. Trochę krępuje się zapytać babcię o swoje znalezisko, ale gdy rozpoczynają rozmowę na ten temat… babcia Emilka po latach decyduje się opowiedzieć swoją historię. Okej, przyznaję – motyw ze szkatułką jako pretekstem do rozmów o powstaniu jest dość banalny, ale obiecuję Wam, że jest to tylko wstęp do emocjonującej historii o trudnej młodości, powstańczej miłości i traumie wojny, która swoim echem odbija się na kolejnych pokoleniach.
Nie przychodzimy znikąd. Każdy z nas ma jakąś historię. Musisz poznać przeszłość swojej rodziny, aby zrozumieć teraźniejszość i dać szansę przyszłości”.
Babcia Emilka, Emilia, Mila – gdy wybuchło powstanie miała zaledwie 22 lata, była szczęśliwie zakochana, ale i oddana „sprawie”. Dziś jest już leciwą staruszką, ale wciąż jarzy się w niej płomień z tamtych lat. To kobieta, która naprawdę wiele przeszła, ale nigdy tak naprawdę nie rozliczyła się z przeszłością. Postać, jaką rysuje autorka, to z jednej strony serdeczna babcia, w którą zapatrzony jest Mikołaj, z drugiej zaś kobieta po przejściach. Ma swoje tajemnice, których dotychczas nie odważyła się głośno wypowiedzieć. Czy na starość zazna spokoju? Kim jest Krzyś, czy przetrwał wojnę i czy po latach tych dwoje miało szansę na jeszcze jedno spotkanie? Tego dowiecie się czytając tę książkę.
Nie myślcie jednak, że „W cieniu tamtych dni” to banalna historyjka miłosna z wojną, a dokładniej Powstaniem Warszawskim w tle. Autorka poruszyła o wiele więcej wątków niż mogłoby się Wam wydawać. Trauma wojny potrafi siać zniszczenie również wiele lat po ostatnim wybuchu. Ale „W cieniu tamtych dni” to również opowieść o trudnych relacjach rodzinnych. Mimo, że przede wszystkim jest to opowieść o losach Mili – młodej i odważnej powstanki, to historia łączy się tu ze współczesnością. W jaki sposób? Sprawdźcie sami.
Przyznam, że trochę bałam się sięgnąć po twórczość autorki w takim wydaniu. Literatura współczesna – tu sprawdza się perfekcyjnie poruszając trudne dla kobiet tematy. Obawiałam się, jak dotychczasowa jej twórczość będzie miała się do powieści historycznej. Okazało się, że Magdalena Majcher wciąż nie rezygnuje z poruszania trudnych dla kobiet tematów, a przy tym świetnie oddała klimat powstania. Przyznam, że wiele z „powstańczych” opowieści opisujących trudy tego okresu ujętych w opowieści Mili nie była dla mnie nowością, bo spotkałam się z nimi w innych historiach (swoją drogą mocno polecam „Dziewczyny z Powstania” autorstwa Anny Herbich-Zychowicz), a może nawet w Muzeum Powstania Warszawskiego (to miejsce trzeba koniecznie odwiedzić – do dziś pamiętam „próbkę” chodzenia po kanałach, a byłam tam ponad 10 lat temu..). Ale wiecie co? To dobrze, bo one nadały autentyczności tej opowieści.

16 lipca

Rok we mgle - Michelle Richmond

Rok we mgle - Michelle Richmond



Nie tak dawno głośno było o najnowszej książce Michelle Richmond. „I że cię nie opuszczę” naprawdę mnie oczarowało. Sięgając zatem po wcześniejszą powieść autorki miałam naprawdę spore oczekiwania. Thriller. zaginięcie małej dziewczynki, poszukiwania, akcja, napięcie. Tego oczekiwałam, na to się przygotowałam. A co dostałam?

Abigail i Jake planują wspólną przyszłość. On, ojciec samotnie wychowujący ukochaną córeczkę. Ona, fotografka poszukująca swojego celu w życiu, gotowa by założyć rodzinę i wychowywać Emmę jak własne dziecko. Gdy Jake wyjeżdża odwiedzić przyjaciela, one mają spędzić swój pierwszy weekend zupełnie same. Abigail stara się zdobyć serce i zaufanie sześcioletniej dziewczynki. We dwie wybierają się na plażę, gdzie unosi się gęsta mgła. Idealna sceneria, by zrobić kilka niezwykłych zdjęć. Kobieta robiąc zdjęcia traci dziewczynkę z oczu na kilkanaście sekund. Emma jakby rozpływa się w powietrzu…

Kiedy jakaś książka zakwalifikowana jest do kategorii „thriller/sensacja” (por. Lubimy Czytać”) to oczekuję wartkiej akcji i wielkiego napięcia. Tymczasem „Rok we mgle” wciągnął mnie w wir wydarzeń dwukrotnie: na początku oraz pod koniec gdy następował punkt kulminacyjny całej akcji, wszystko pozostałe rozmywało się w (być może tytułowej) mgle. Zaprawdę powiadam Wam: „Rok we mgle” to raczej dramat psychologiczny, niż historia, która Was pochłonie i szybką akcją.

Naprawdę doceniam portret psychologiczny głównej bohaterki, jaki nakreśla nam autorka. Dobrze zostały też uchwycone zmiany, jakie zachodzą w Abigail, jednak całość wydaje się dość chaotyczna i nieskładna. Może taka była nasza bohaterka. Pierwszoosobowa narracja pozwala głębiej wniknąć w jej myśli i spróbować zrozumieć jej poczucie winy, determinację, czy podejmowane decyzje. Liczne retrospekcje, które tak mocno zaburzały akcję i z początku wydawały bez sensu coraz wyraźniej rysowały portret samotnej i zagubionej kobiety po przejściach.

Czytanie opowieści o poszukiwaniach Emmy choć momentami nużące wciągało. Mimo, że nie wszystko mi odpowiadało w stylu pisania, to chciałam jak najszybciej dotrzeć do końca. I to wcale nie dlatego, że chciałam mieć to już za sobą. Historia naprawdę wzbudziła moje zainteresowanie. Bardzo chciałam znaleźć odpowiedź na pytania z okładki:


W gęstej mgle?

W falach Pacyfiku?
Na parkingu?
W ciężarówce nieznajomego?
Gdzie zniknęłaś?


Nie będę ukrywać: „Rok we mgle” nieco mnie rozczarował. Po pierwsze, jak wspomniałam spodziewałam się zupełnie innego gatunku i nie byłam przygotowana na to, że okaże się to dramat psychologiczny połączony nieco z powieścią obyczajową o dość powolnej, momentami nużącej akcji. Po drugie, miałam naprawdę wysokie oczekiwania po świetnym i pomysłowym „I że cię nie opuszczę”. Czytając zauważyłam, że napisana wiele lat wcześniej powieść „Rok we mgle” to nieco niezgrabne początki autorki. Pewnie dziś opowiadając nam tę samą historię zrobiłaby to nieco inaczej.

Wznowione wydanie powieści ukaże się nakładem Wydawnictwa Otwartego w drugiej połowie września. 



04 lipca

Afera – John Grisham

Afera – John Grisham



Lato w pełni, wakacje trwają, zatem pomyślałam, że nie zaszkodzi sięgnąć po coś lżejszego, młodzieżowego, po co sięgnąć będzie mógł także młodszy czytelnik. I tak oto w moje ręce trafił egzemplarz „Afery” Johna Grishama. Autora nie trzeba nikomu przedstawiać, wielu z Was zapewne kojarzy również serię o Theodorze Boone – nastoletnim prawniku. „Afera” to już 6 część cyklu, ale spokojnie można ją czytać niezależnie od znajomości pozostałych.

Theo, jeśli chce zostać prawnikiem musi najpierw skończyć szkołę. Przed nim egzaminy, od których zależy jego dalsza ścieżka edukacyjna. Jest stres, są obawy – generalnie wszystko to, co dzieciaki odczuwają przed testami kompetencji organizowanymi przez władze. Kiedy największy ból (konieczność podejścia do wielogodzinnych egzaminów) mija i młody prawnik myśli, że ma to już za sobą, pojawiają się doniesienia, jakoby w jednej ze szkół dopuszczono się fałszerstwa wyników...

Pomysł na fabułę jest bardzo ciekawy. Nie ma co ukrywać – jest to bardzo prosta historia. Nie ma nagłych zwrotów akcji, ani wielkiego napięcia. Może i nie czytałam tej historii z wypiekami na twarzy… ale według mnie książka ta niesie ze sobą o wiele większą wartość – szczególnie dla młodszych odbiorców. Przede wszystkim Theo Boone uczy sztuki negocjacji. Jak na nastolatka aspirującego do bycia prawnikiem, Theo wykazuje się niezwykłą sztuką wynajdywania argumentów pozwalających na osiągnięcie własnych celów. „Afera” to także lekcja uczciwości i lojalności względem przyjaciół. W tej krótkiej historii można odnaleźć naprawdę cenne lekcje.

Autorowi udało się napisać książkę, która jednocześnie stanowi łatwą (np. wakacyjną) rozrywkę, pomaga poradzić sobie z egzaminacyjnym stresem, a także jest lekcją wychowania dla młodego czytelnika. To opowieść nie tylko o (między)szkolnej aferze, ale także o dążeniu do realizacji marzeń oraz o wartości przyjaźni. Choć zdecydowanie nie kwalifikowałabym tej lektury jako kryminału/ sensacji, to jest to całkiem przyjemna literatura młodzieżowa, która niesie za sobą wartościowe przesłanie.


Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Albatros :)


29 czerwca

Zawsze będziemy mieli Paryż - Emma Beddington

Zawsze będziemy mieli Paryż - Emma Beddington



Paryż potrafi oczarować. To miasto świateł, które potrafi rzucić urok i przyciągać o wiele mocniej niż siła grawitacji. Nic dziwnego, że widząc Paryż w tytule i Francję w pigułce na okładce nie mogłam przejść obojętnie obok tej pozycji. Opis obiecywał zabawną i lekką powieść dla wszystkich, którzy choć przez chwilę byli zafascynowani Paryżem. Otrzymałam jednak coś zupełnie odmiennego co nijak nie ma się do tej obietnicy.

„Zawsze będziemy mieli Paryż” to opowieść o tym, jak Brytyjka, nastoletnia jeszcze wtedy Emma zafascynowana docierającymi do niej skrawkami „francuskości” podjęła odważną decyzję: jak dorosnę zostanę Francuzką. Już sam podtytuł pozwala domyślić się, że nie okazało się to być taką prostą sprawą. Całe życie poświęciła realizacji tego celu: nauka języka, wnikanie w kulturę francuską (przede wszystkim przez wytwory kultury popularnej), czy wyjazd do Francji. To tam poznaje swojego przyszłego męża (Francuza, a jakże!). Kolejne rozdziały to opis kolejnych lat, zwykłej prozy życia. Kiedy małżeństwo przeprowadza się do Paryża nagle okazuje się, że to niekoniecznie oznacza spełnienie marzeń naszej bohaterki.

Szybko okazało się, że ta powieść to nie tylko historia kobiety szukającej swojej drogi, ale przede wszystkim opowieść o konflikcie ról pomiędzy „brytyjskością” a „francuskością”. Bycie Francuzką z całym tym brytyjskim bagażem doświadczeń wcale nie jest takie proste. Bo przecież nie tylko stereotypy opisują narody. Każda większa grupa rządzi się swoimi prawami i ma swoje specyficzne cechy. Obserwowanie z jakimi dylematami zmierza się bohaterka, jak trudno jest się wyzbyć toku myślenia charakterystycznego dla Brytyjczyków była najciekawszym wątkiem w całej tej historii. Zresztą, tak na marginesie – świetny portret Anglików stworzyła kiedyś Kate Fox w swojej książce „Przejrzeć Anglików. Ukryte zasady angielskiego zachowania” (polecam!). Nie zdziwiłam się zatem, że nawet autorka powołuje się na tę książkę w swojej powieści.

Zasadniczo jednak, „Zawsze będziemy mieli Paryż” to powieść o poszukiwaniu własnej drogi, trudach macierzyństwa, radzeniu sobie z traumą, odkrywaniu siebie i swoich potrzeb. To także opowieść o prozie życia na obczyźnie i problemach codzienności. Ta powieść, to historia życia autorki. Wydaje mi się, że napisanie jej było dla niej pewnego rodzaju rozliczeniem z przeszłością, formą terapii. Całość, składająca się z nieco przydługich monologów niemal zupełnie pozbawionych dialogów przepełniona jest nostalgią i negatywnymi emocjami. Nie do końca udało mi się zrozumieć co czuje bohaterka/autorka, jej wyborów i postaw życiowych. Może dlatego lektura okazała się nie taka łatwa i przyjemna jak obiecywano.

O „Zawsze będziemy mieli Paryż” można powiedzieć wiele, ale na pewno nie jest to lekka lektura. Trochę zbierałam się do napisania o książce, która najpierw mnie zaintrygowała, potem trochę znudziła, bardzo zdołowała a na koniec sprawiła, że pojawiła się iskierka nadziei. Czy ostatecznie uważam, że warto po nią sięgnąć? Chyba tak. Może nie wszystko musi być białe albo czarne, nie zawsze musi pojawić się jasne określenie: warto, czy nie warto. Tym razem decyzję pozostawię Wam.

20 czerwca

Żmijowisko – Wojciech Chmielarz

Żmijowisko – Wojciech Chmielarz


„Żmijowisko” to moje pierwsze spotkanie z twórczością Pana Chmielarza. Dowiedziałam się o niej podczas niedawnego spotkania z autorem. Kiedy usłyszałam hasła: tajemnica, zaginięcie, psychologiczna analiza rozpaczy od razu wiedziałam, że prędzej czy później będę musiała po nią sięgnąć. I tak pewnego poranka obudziłam się z wielką chęcią poznania historii, którą zapoczątkował niewinny wyjazd grupy znajomych do małej wsi Żmijowisko.

Lato 2016 – Grupa znajomych ze „starych czasów” wyjeżdża na wspólne wakacje. Zaszywają się w gospodarstwie agroturystycznym, aby wraz ze swoimi bliskimi spędzić razem trochę czasu. Jak to czasami bywa na takich wyjazdach, wracają nierozwiązane sprawy sprzed lat, wypływają niedopowiedzenia i rodzą się nowe konflikty. Jest alkohol, są narkotyki. Pewnego ranka, po hucznej imprezie okazuje się, że nastoletnia córka Kamili rozpływa się bez śladu.

Rok później – Kamila wciąż nie może się pogodzić z zaginięciem Ady. Nie potrafi poradzić sobie ze stratą. Zaniedbuje przy tym siebie, nie potrafi zadbać o młodsze dziecko. Tymczasem ojciec dziewczyny wraca do Żmijowiska, podejmując się własnego śledztwa. Nie on jeden decyduje się na ten krok… a co z niego wyniknie dowiecie się sięgając po książkę.

Początkowo sądziłam, że „Żmijowisko” to bardziej powieść obyczajowa z nierozwikłaną tajemnicą w tle. Że bardziej chodzi o nakreślenie relacji między starymi znajomymi, o ukazanie życia na wsi, wreszcie o opisanie cierpienia i rozkładu rodziny na skutek traumatycznego wydarzenia. Zapewniam Was jednak, że to prawdziwy thriller, którego zakończenie było zacnym zwieńczeniem całej lektury. Napięcie rośnie z każdym kolejnym rozdziałem. Autor ukazuje akcję z 3 różnych perspektyw czasowych mieszając coraz bardziej, a jednocześnie odkrywając przed nami kolejne karty. Poznajemy szczegóły wydarzeń sprzed roku (wspólne wakacje, które zakończyły się tragicznie), następnie przenosimy się do teraźniejszości, kiedy to ojciec na własną rękę poszukuje rozwiązania zagadki. W międzyczasie odkrywamy szczegóły wydarzeń, do których doszło w ciągu tego roku. Podziwiam, że autor nie pogubił się w tym przeplatańcu, a każdy poruszany wątek okazał się być istotnym puzzlem do rozwikłania zagadki.

To, co zasługuje na uznanie, to postaci stworzone na potrzeby tej powieści. Chmielarz nie ogranicza się do nadania imion kreowanym bohaterom. Każda z nich ma swoją historię i osobowość. Jest niezadowolona ze swojego życia rodzinnego kobieta, która na skutek „wpadki” pożegnała się z marzeniami o swojej wielkiej miłości, jest gwiazdka telewizji, która wyróżnia się tym, że jej kolor skóry jest ciemniejszy niż innych, są gospodarze, którzy uciekli od wielkomiejskiego życia… i wiele innych charakternych postaci, z których każda wnosi coś nowego do opowiadanej historii.

Dla mnie „Żmijowisko” okazało się wspaniałą przygodą. Zazwyczaj sięgam po zagraniczne pozycje z tego gatunku. Osadzenie akcji w polskich realiach nadaje książce niesamowitego klimatu. Nie mam tu na myśli wyłącznie względów geograficznych. Powieść świetnie oddaje także naszą polską mentalność i charakterystyczny dla nas system wartości. Bardzo, bardzo polecam!

07 czerwca

Podejrzany - Paulina Świst

Podejrzany - Paulina Świst

Paulina Świst powraca z nową książką! „Podejrzany” jest już dostępny w księgarniach, a ja żałuję, że lekturę mam już za sobą! Chętnie przeżyłabym to jeszcze raz. Po raz kolejny otrzymujemy sporą dawkę emocji. Świst pozostaje wierna zasadom: ostry seks, ostry język, ostra jazda.

W najnowszej książce Pauliny Świst najważniejszą rolę odgrywają brat Komisarza i siostra Prokuratora. Może się wydawać na pierwszy rzut oka, że robi się z tego telenowela? Nic z tego! Autorka fajnie kreuje postaci, przeplata ich losy i tworzy ich własny, śląski świat prawa i nieprawości. Daniel Wyrwa – Siwy daje się poznać jako zadziorny, ale interesujący mężczyzna. W 2014 roku jest żołnierzem. Wtedy poznaje Marię Zimnicką – aplikantkę, nieco rozpieszczoną, pyskatą 25-latkę. W roku 2017 Daniel wraca z odwyku, ma własną szkołę bokserską, ona pracuje w kancelarii u Kingi i wychowuje córeczkę.

Podczas lektury „Podejrzanego” na przemian odkrywamy początki znajomości bohaterów jak również aktualne relacje pomiędzy Siwym i Maryśką. I tu czeka na Was wiele emocji. Sprawy się mocno komplikują, kiedy „Siwy” dzięki interwencji Zimnego i Komisarza odnawia kontakt z Marysią i ich córeczką. Wszystko byłoby zbyt proste, gdybyśmy mieli obserwować jedynie to, czy byłym kochankom uda się dojść do porozumienia. Ktoś jednak wysyła pogróżki w kierunku małej Niny. Tylko kto? A jeśli nie wiadomo kto, to jak walczyć z niewidzialnym wrogiem?

Pamiętacie Zimnego z „Prokuratora”? On i Kinga nie zawodzą – pojawiają się nie raz na kartach powieści. Tracą jednak status mojej „ulubionej pary w świstowym świecie”. Siwy wzbudził moją sympatię już w „Komisarzu”, a teraz on i Maryśka wydają mi się najbardziej barwnymi postaciami. Ich perypetie poznajemy z różnych perspektyw: kiedyś i dziś, a do tego dzielą się narracją – na przemian swoje racje przedstawia raz Ona, raz On. Pozwala to nam zrozumieć ich tok rozumowania, obawy i uprzedzenia. Choć początkowo może wydawać się, że pochodzą z dwóch różnych światów, szybko dociera do mnie, że pasują do siebie jak dwie połówki jabłka. Trudno ich nie lubić.

Autorka przyzwyczaiła nas do tego, że wprowadza nas w świat prawniczych układów i układzików, pokazuje jak naprawdę funkcjonuje w Polsce prawo i ile można załatwić trzymając się blisko odpowiednich organów. To momentami przerażające, ale bardzo realistyczne obrazy wymiaru sprawiedliwości w Polsce.

Świst w „Podejrzanym” serwuje nam naprawdę szybką akcję. Znowu dałam się wciągnąć w wir wydarzeń i rekordowo szybko poznać zakończenie. Sięgając po jej książki trzeba się z tym liczyć. To nie jest książka, która wystarczy Wam na wiele godzin delektowania się lekturą. Ani się nie obejrzycie, a zaskoczy was ostatnia strona powieści. Zawsze ubolewam, że to taka krótkotrwała rozrywka. Dobrze, że przynajmniej tak bardzo emocjonująca.

Na koniec podkreślę, że książki Pauliny Świst to ten rodzaj literatury, który ma służyć czystej, prostej rozrywce. Nie oczekuje więc wzniosłego języka, czy wyrafinowanej kompozycji. Choć w większości przypadków byłabym zdegustowana czytając fragment „siedzę na kiblu” i widząc tyle przekleństw w książce, to w przypadku twórczości Pauliny Świst dostrzegam potrzebę, aby wszystko pozostawało w takim trochę wulgarnym, trochę prostackim stylu. Każdemu się należy trochę luzu. Nie wiem jak Wy, ale ja czasami mam ochotę sięgnąć i po taką łatwą rozrywkę i zapomnieć o całym świecie.

03 czerwca

Muszę to wiedzieć - Karen Cleveland

Muszę to wiedzieć - Karen Cleveland

Kiedy słyszę takie pojęcia jak CIA, służby, szpiedzy czy agenci od razu przychodzą na myśl filmy akcji, thrillery, ewentualnie kryminały. Co jeśli powiem Wam, że „Muszę to wiedzieć” Karen Cleveland to powieść obyczajowa i psychologiczna z motywem opartym na wspomnianych elementach? Według mnie udało się stworzyć coś całkiem interesującego!

Vivian – prywatnie żona idealnego partnera, matka czwórki małych dzieci, na co dzień jest analityczką  w CIA. Służy krajowi pracując w kontrwywiadzie poszukując uśpionych rosyjskich agentów na terenie USA. Matt – kochający ojciec i mąż idealny, oddany rodzinie i potrafiący pójść na niejeden kompromis. Przez większość czasu to on jest głową domowego ogniska, gotuje, sprząta i pomaga dzieciom odrobić lekcje. Pewnego dnia Vivian wykonując swoje obowiązki trafia na coś, co zmieni wszystko… Niejednokrotnie pojawi się pytanie: do czego są w stanie posunąć się Rosjanie?

„Muszę to wiedzieć” to książka, którą czytałam jednym tchem. Pierwsze rozdziały działały na mnie tak, że po przeczytaniu ostatniego akapitu musiałam zbierać szczękę z podłogi i szybko brałam się za kolejny. Często towarzyszył mi szok i niedowierzanie, ale przede wszystkim pytanie: co będzie dalej?! I choć później akcja zwalnia, ponieważ sporo miejsca autorka poświęciła dylematom moralnym i kalkulacjom głównej bohaterki, to emocje nie opadły aż do ostatniej strony. Sposób, w jaki Cleveland odtwarza tok myślowy Vivian sprawia, że sama zaczęłam się zastanawiać jakich wyborów ja dokonałabym na jej miejscu, co jest prawdą, a co manipulacją. Kto jest przyjacielem a kto wrogiem, komu można zaufać, a od kogo lepiej trzymać się z daleka. I choć nie do końca popierałam wszystkie wybory głównej bohaterki, to je rozumiałam, ponieważ autorce dobrze udało się zarysować osobowość tej postaci.

Musicie wiedzieć, że ta powieść to nie jest typowy thriller psychologiczny czy powieść szpiegowska. Ma w sobie dość sporo z powieści obyczajowej, w tym dość rozbudowany wątek miłosny. Mi to absolutnie nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie stanowiło wartość dodaną tej książki. Wplecenie uczuć w wątek szpiegowski sprawia, że „Muszę to wiedzieć” powinno przypaść do gustu szerokiemu gronu. Dla mnie niezwykle interesująca była koncepcja autorki co do sposobów działania wywiadu oraz mechanizmów stosowanych przez rosyjskich szpiegów.

Powiem Wam jedno, biorąc się za lekturę „Muszę to wiedzieć” przygotujcie się na wiele emocji i… interesujące zakończenie! Konstrukcja książki i poziom budowanego napięcia sprawia, że odwracając kolejne strony sama do siebie powtarzałam tytuł tej książki, ponieważ naprawdę musiałam to wiedzieć. Myślicie, że się dowiedziałam? Chcecie się TEGO dowiedzieć? Sięgnijcie po tę książkę. Warto.


23 maja

Zanim zawisły psy – Jens Henrik Jensen

Zanim zawisły psy – Jens Henrik Jensen


Porównywana do „Millenium” Stiega Larssona, bestseler w Danii – „Zanim zawisły psy” to powieść sensacyjna, która przyciągnęła moją uwagę motywem psów wplecionym w tę tajemniczą, dość złożoną historię. To pozycja, która nie mogła pozostać prze mnie niezauważona. Jednocześnie to najdłużej czytana przeze mnie książka w tym roku. Czy było warto po nią sięgnąć? Dziś powiem, że tak, choć nie byłam tego taka pewna w trakcie lektury.

„Zanim zawisły psy” to pierwsza część trylogii o Nielsie Oxenie. Były komandos, wielokrotnie odznaczany bohater narodowy zerwawszy z dotychczasowym życiem zaszywa się w lasach północnej Jutlandii. Wraz ze swoim psem wiodą życie z daleka od cywilizacji, a Niels próbuje uwolnić się od traumy związanej ze służbą wojskową w ramach swojej ostatniej misji. Nieoczekiwany splot okoliczności sprawia, że zostaje wplątany w zawiłe śledztwo. Zginął przecież wpływowy polityk, a może nawet niejeden? Co go podkusiło, aby znaleźć się w nieodpowiednim miejscu i w nieodpowiednim czasie wpadając na powieszonego psa..

Połączenie kryminału, sensacji oraz wątków wojenno-politycznych powinno stanowić gwarancję „mocnej jazdy bez trzymanki” od pierwszej do ostatniej strony. Tymczasem początkowo bardzo trudno było mi się wczuć w klimat tej książki. Początek może wydawać się dość nużący, choć to właśnie tam najbardziej daje o sobie znać „psi motyw”. Momentami po prostu nudziła mnie lektura tej książki. Za to, kiedy przemęczyłam pierwsze 100 stron akcja nabrała rozpędu, a mi znacznie łatwiej było się odnaleźć w wykreowanym przez autora świecie. I choć główny bohater do końca nie wzbudził we mnie jakiejś specjalnie wielkiej sympatii, to sama historia owszem. Z ciekawością czytałam kolejne rozdziały snując domysły, jakie może być wyjaśnienie dla tajemniczych morderstw.

Śledztwo prowadzone przez próbującego odciąć się od działań odpowiednich służb Nielsa jest wielowątkowe, mamy do czynienia z brudnym światem polityki nie tylko duńskiej, ale i międzynarodowej, a także z historią Danii, układami i nadużyciami. I choć czytając tę powieść miałam wrażenie, że trochę to wszystko rozproszone i chaotyczne, to wkrótce okazało się, że autorowi udało się to poskładać w całość. Wykorzystane w „Zanim zawisły psy” motywy sprawiają, że nie dziwię się, że Duńczycy są zachwyceni tą historią. Nie da się ukryć, że jest to bardzo "duńska" powieść. Dla nas może być źródłem interesujących ciekawostek na temat świata polityki i przeszłości tego kraju, co dla mnie było najmocniejszą stroną tej powieści.

Jeszcze jedna ważna kwestia: choć w całej historii nie brakuje trupów, to największe wrażenie robiły na mnie… psie ofiary. Okrucieństwo wobec zwierząt było czymś, przez co nie polecam tej książki osobom o słabych nerwach. Serce pęka.


14 maja

Wszystkie pory uczuć. Lato - Magdalena Majcher

Wszystkie pory uczuć. Lato - Magdalena Majcher


Magdalena Majcher zabrała swoje czytelniczki w niezwykłą podróż. W rytmie czterech kolejnych pór roku poruszała tematy trudne i często przemilczane w naszym społeczeństwie. Właśnie nadchodzi „Lato” wieńczące cykl „Wszystkie pory uczuć”. Czuję, że wokół tej części cyklu będzie najgłośniej, a to dlatego, że autorka ukazała nam niekoniecznie chętnie prezentowany w mediach obraz macierzyństwa. A przyznacie, że to dość chwytliwy temat.
Statystyka jest bezlitosna. Wiecie, że depresja poporodowa może dotyczyć nawet 10-20% świeżo upieczonych matek? Podążając za własnym wyimaginowanym wzorcem „idealnej matki” łatwo wpaść w pułapkę. Tu niczego nie da się przewidzieć. Można mieć plan działania, ale trzeba pozostać elastycznym. Joanna, główna bohaterka powieści „Wszystkie pory uczuć. Lato” bardzo chciała zostać matką. Kiedy więc w końcu zasmakowała prawdziwej miłości u boku Maćka, wspólnie podjęli świadomą decyzję o poczęciu potomstwa. Gdy tylko dowiedziała się o ciąży przeczytała wszystkie możliwe poradniki na temat ciąży, rodzicielstwa i wychowania dziecka. Bała się, ale cieszyła. Autorka stworzyła sympatyczną postać, z którą nietrudno się utożsamić i polubić. Joanna chciała być idealną matką, udowodnić, że wychowana w domu dziecka dziewczyna może stworzyć wspaniały dom dla nowego członka rodziny. Była przygotowana na wszystko, wszystko dokładnie zaplanowała, tylko nie to, że coś może pójść niezgodnie z jej planem...
Jesteśmy przyzwyczajone do wizerunku uśmiechniętych matek, które 5 minut po porodzie gotowe są podbijać świat. Wszystkie doświadczone w boju mówią o spływającej wielkiej fali miłości względem małego człowieka, którego wydały na świat. Mało która odważa się mówić o tych ciemnych stronach: o tym co dzieje się z Twoim ciałem, umysłem i duszą. To wszystko sprawia, że mamy w naszej kulturze bardzo upiękniony obraz macierzyństwa. Niewiele jest książek, które pozwalają wejść w psychikę matki i poznać jej najskrytsze myśli. A Magda Majcher właśnie tak podeszła do tematu. W „Lecie”, choć nie brakuje naturalizmu, wszystko jest odpowiednio wyważone. Autorka bez ogródek opisuje proces porodu, pionizacji po cesarskim cięciu i tych wszystkich fizjologicznych zjawisk, o których się nie mówi. Bo spływa na ciebie fala miłości i szczęścia. A co jeśli to szczęście się nie pojawia?
Bardzo lubię lekkość, z jaką autorka pisze o trudnych sprawach. Poważny temat nie powstrzymał jej przed wpleceniem w opowiadaną historię odrobiny ciepła i niemałej dawki poczucia humoru. Dzięki temu, książkę czyta się w błyskawicznym tempie. Nie jestem specjalnie wielką fanką powieści obyczajowych i romansów, ale czasami udaje mi się trafić na coś wartościowego. Właśnie tak było tym razem. Magdalena Majcher podjęła się poruszenia ważnego tematu, a dzięki lekturze tej powieści niejedna matka poczuje się mniej osamotniona w swoich uczuciach, a i otoczenie może będzie bardziej czujne, aby dostrzec symptomy depresji u młodych mam i zapobiec tragedii. Bo do nich dochodzi. I nie jest to fikcja literacka.

05 maja

I że Cię nie opuszczę - Michelle Richmond

I że Cię nie opuszczę - Michelle Richmond

Wielka miłość, zaręczyny, ślub - a potem przysłowiowe „i żyli długo i szczęśliwie…”. Tylko, że prawda jest taka, że nawet w bajkach nie pokazują co kryje się pod tym określeniem. W najnowszej książce Michelle Richmond „I że Cię nie opuszczę” wszystko skupia się wokół instytucji małżeństwa. Do czego gotowi są małżonkowie, aby zapewnić trwałość swojemu związkowi?

Ona – utalentowana prawniczka z burzliwą, muzyczną przeszłością. On – terapeuta w poradni psychologicznej. W prezencie ślubnym otrzymują zaproszenie do elitarnego klubu dla par - Paktu. Organizacja wspiera małżeństwa w dążeniu do szczęścia i wspólnego kroczenia przez życie szczycąc się 100% skutecznością jeśli chodzi o trwałość związków małżeńskich swoich członków. Podpisując zobowiązanie wkroczenia do Paktu Alice i Jake otrzymują Podręcznik – kodeks szczegółowo regulujący obowiązki małżonków oraz… sankcje za ich niewypełnianie. Pakt wspiera Przyjaciół w dochowaniu przysięgi małżeńskiej. Niby brzmi dobrze, prawda? Jednak czy zawsze należy robić to za wszelką cenę? Będziecie zdumieni, do czego mogą się posunąć członkowie tej dziwnej organizacji...

Zawsze odbieraj telefon od małżonka.
Regularnie obdarowujcie się prezentami.
Kilka razy w roku wyjedźcie gdzieś razem.
Nikomu nie wspominajcie o Pakcie.

„I że cię nie opuszczę” to bardzo intrygujący thriller psychologiczny, ale zaskoczyło mnie jak bardzo uwypuklony był w niej wątek społeczny. I nie mam tu na myśli tylko i wyłącznie solidnej porcji statystyk i ciekawostek dotyczących małżeństw, którymi raczy nas główny bohater (i zarazem narrator opowiadający historię swojego małżeństwa). Ta książka to także nowe światło na znane z przeszłości i historii psychologii popularne eksperymenty psychologiczne. To również opowieść o skomplikowanej ludzkiej psychice i złożonych procesach społecznych. Po jej lekturze mam poczucie, że w końcu trafiłam na książkę, która oprócz wciągającej fabuły niesie za sobą jakąś wartość. I że cię nie opuszczę” to z jednej strony „elementarz dla małżeństw” opisujący przepis na trwałe i szczęśliwe związki, z drugiej strony to pozycja, która sporo uczy na temat siły autorytetu, procesów społecznych zachodzących w zamkniętej grupie Przyjaciół zrzeszonych w Pakcie. Warto wspomnieć, że to także historia silnego uczucia pomiędzy głównymi bohaterami. Czy jednak na tyle silnego, aby wytrwać w Pakcie? Dowiedzcie się sami.

To naprawdę oryginalna pozycja wśród ostatnich nowości z tego gatunku. Wiecie co? Rzekłabym, że „I że cię nie opuszczę” to idealny pomysł na prezent ślubny ;-) Ja serdecznie polecam, choć może zakończenie nie wprawia w wielkie osłupienie, nie ma fajerwerków, to uważam, że to książka warta uwagi. Z całą pewnością nie będziecie się nudzić podczas lektury.

16 kwietnia

W szoku – dr Rana Awdish

W szoku – dr Rana Awdish


Dziś o tym, jak punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. „W szoku” to historia lekarki, która została pacjentką. To autoetnograficzna opowieść o konflikcie ról, zmianie perspektywy i drodze, jaką dr Rana Awdish przeszła walcząc ze swoją chorobą. Choć książka (niestety) nie jest osadzona w naszych polskich realiach, to niesie za sobą pewne uniwersalne wartości.

Młoda lekarka będąc w siódmym miesiącu ciąży nieoczekiwanie trafia do szpitala z ciężką chorobą. Jej stan jest naprawdę zły, lekarka ociera się o śmierć. Następuje zderzenie z wielką machiną szpitalnych procedur. Na nic zdaje się tutaj fakt, że ta sama lekarka jest pracownikiem szpitala, do którego trafiła, że sama jest lekarzem i może pomóc w postawieniu właściwej diagnozy. Stając się pacjentem, przywdziewając szpitalny uniform pacjenta (znana z amerykańskich filmów i seriali standardowa szpitalna szata) zostaje pozbawiona swojej dotychczasowej roli. Jest w szoku, obserwując jak wygląda rzeczywistość lekarzy oglądana z tej drugiej strony.

Przyznam, że spodziewałam się nieco innej lektury. Po „Małych bogach” z naszego polskiego podwórka spodziewałam się afer, błędów lekarskich, skandalicznych postaw i bezsensownych procedur. Tymczasem historia dr Awdish to raczej studium nad chorobą i cierpieniem. To poruszająca opowieść o walce z chorobą przeplatana rozważaniami nad konfliktem ról społecznych. Lekarka miała wyraźne trudności z pogodzeniem ze sobą konieczności odgrywania jednocześnie roli lekarza i pacjenta. Różnice w wymaganiach, oczekiwaniach wobec tych dwóch zupełnie odrębnych ról wywołały konsternację i szok. Te z kolei stały się punktem wyjścia do trafnych i uniwersalnych (bez względu na kraj pochodzenia i kształcenia) rozważań na temat wartości wyznawanych przez lekarzy oraz reprezentowanych przez nich postaw.

Autorka niejednokrotnie dostrzega nietakt lekarzy, zauważa uchybienia i błędy, które stają się pretekstem do głębszej analizy dostrzeganych problemów. Wówczas autorka stara się nakreślić szerszy kontekst uzasadniający dostrzeżone postawy czy zachowania. Poszukuje odpowiedzi w systemie kształcenia młodych lekarzy, którzy od początku uczeni byli znieczulicy, dystansu i odporności na cierpienie pacjentów. Mimo, że lekarka ujawnia pewien poziom lekarskiej znieczulicy, to jednak mam wrażenie, że w porównaniu do naszej polskiej rzeczywistości jest to dość wyidealizowany świat. Zupełnie inne zachowania określane są mianem „skandalicznych” podczas gdy w Polsce są one na porządku dziennym.

Nie pozwalając, aby choroba i cierpienia, których doświadczyła młoda lekarka poszły na marne dr Awdish zaangażowała się w szkolenie lekarzy z zakresu komunikacji pomiędzy lekarzem a pacjentem. Książkę zwieńcza mini poradnik, który ma przygotować do skutecznej i efektywnej współpracy pomiędzy leczącym a leczonym. Znajdziecie tam kilka cennych wskazówek na temat tego jak rozmawiać o swoich dolegliwościach i jak właściwie egzekwować pomoc medyczną.

05 kwietnia

Dziecko – Fiona Barton

Dziecko – Fiona Barton


Przed przeszłością nie da się uciec. Nawet gdy wydaje nam się, że poskładaliśmy świat na nowo po traumatycznych wydarzeniach, prędzej czy później cienie przeszłości nas dopadną. Szczególnie, jeśli sprawę zaczną badać wścibscy i wnikliwi reporterzy. „Dziecko” Fiony Barton to wciągający thriller psychologiczny ukazujący kobiety i macierzyństwo z bardzo różnych stron.

Pewnego dnia w mediach ukazuje się informacja o tym, że na placu budowy odnaleziono zwłoki niemowlaka sprzed lat. Nic nadzwyczajnego, pewnie nie pochylilibyście się nad taką informacją na dłużej niż minutę. Nie każdy jednak zignorował tę informację. Dla Kate, wnikliwej dziennikarki, taka drobna i niepozorna notatka stała się impulsem do podjęcia śledztwa. Śledztwa, które miało pozwolić na poznanie prawdy o dziecku i jego historii. Główna akcja powieści ukazuje perspektywę kobiet, dla których informacja o dziecku okazała się nie tylko nic nieznaczącym artykułem prasowym. Tragiczne wydarzenia z przeszłości dały o sobie znać. Obudzone demony powróciły. Czy dzięki dziennikarskiemu śledztwu uda się na nowo odtworzyć wydarzenia z przeszłości? Przekonajcie się sami.

„Dziecko” trzyma w ciągłym napięciu. Dynamicznie poprowadzona akcja, krótkie rozdziały ukazujące perspektywę poszczególnych kobiet sprawiają, że trudno się oderwać od tej historii. Największe wrażenie zrobiło na mnie wierne (tak mi się wydaje) odtworzenie specyfiki pracy dziennikarzy śledczych. Fiona Barton to autorka z doświadczeniem reporterskim, która w przeszłości sama zajmowała się dziennikarstwem i zdobywała nagrody za swoją pracę reporterską. Autorka dość szczegółowo przedstawia nam pracę dziennikarza śledczego. Szybkie i intensywne tempo pracy, wykorzystywane kontakty, podejście Kate do osób, które mogą wnieść coś nowego do badanej sprawy i jej umiejętność do rozmawiania z innymi nadawały opowiadanej historii realizmu. Uwierzyłam, że to rzeczywiście mogło się wydarzyć. Poza tym poznanie szczegółów pracy dziennikarza było interesującym dodatkiem do opowiadanej historii.

Dobry thriller psychologiczny wymaga wprowadzenia bohaterów o złożonych osobowościach, z różnymi problemami i zawirowaniami. Autorce udało się osiągnąć ten cel. Kate, dziennikarka śledcza da się lubić, ma wszystkie te cechy, które dziennikarka śledcza powinna posiadać. Najważniejszą rolę odgrywają jednak kobiety, do których udaje jej się dotrzeć. To pokręcone osobowości z ogromnym bagażem negatywnych doświadczeń. Ich przeszłość to niezbadana tajemnica, którą powoli odkrywamy poznając kolejne rozdziały.

Mimo, że „Dziecko” wydaje się być dość grubą książką, czyta się ją bardzo szybko. To zaskakująca historia o kobiecości, macierzyństwie i powracającej ponurej przeszłości. W końcu nadchodzi czas na rozliczenie się z wydarzeniami sprzed lat.

29 marca

Czwarta małpa – J. D. Barker

Czwarta małpa – J. D. Barker



Seryjni mordercy i psychopaci nie biorą się znikąd. Czasami to okazja czyni mordercę, zazwyczaj jednak do zbrodni dochodzi w wyniku przyswojenia w pewnym momencie życia wartości nieakceptowanych w naszym społeczeństwie. Choć życie pisze czasami straszne scenariusze, to J. D. Barker stworzył naprawdę mroczne postacie. „Czwarta małpa”, bo o niej dziś mowa to momentami obrzydliwy, ale nieustannie trzymający w napięciu thriller.

Policja od lat bezskutecznie ściga seryjnego mordercę, którego modus operandi opiera się o japońskie przysłowie o trzech mądrych małpach (nie widzę nic złego, nie słyszę nic złego, nie mówię nic złego). Poszukiwany morderca okrzyknięty został mianem Zabójcy Czwartej Małpy. Kiedy pewnego dnia pod kołami autobusu ginie mężczyzna, wszystko wskazuje na to, że jest to poszukiwany zabójca. Detektyw Sam Porter znajduje przy nim pamiętnik. Rozpoczyna się gra. Morderca chce, aby detektyw poznał jego historię. Tymczasem gdzieś tam umiera z głodu i pragnienia ostatnia ofiara mordercy.

Lektura „Czwartej małpy” to spoglądanie z różnych perspektyw na toczące się wydarzenia. Z jednej strony mamy toczące się śledztwo, wyścig z czasem i starania dotarcia do porwanej młodej dziewczyny zanim będzie za późno. Te fragmenty to typowy opis śledztwa. Nie za bardzo wyróżnia się na tle innych powieści z gatunku. Kiedy jednak dołożymy do tego dramatyczne opisy oddające perspektywę porwanej, pojawia się gęsia skórka. Wówczas pojawia się przerażenie, momentami klaustrofobiczny strach. Całość dopełnia pamiętnik Zabójcy Czwartej Małpy. Czytając fragmenty pamiętnika wchodzimy w chory umysł psychopaty. Poznajemy czasy jego dzieciństwa, jego przedziwną rodzinę i niestandardowe wychowanie (delikatnie powiedziane). Dowiadujemy się coraz więcej o mordercy równolegle z detektywem. I tu mam jedyne zastrzeżenie do tej powieści. Trochę za mało było powiązań pomiędzy czytanymi fragmentami i wnioskami wyciąganymi przez zespół śledczych. Mimo że analizowali każdy szczegół, to w przypadku pamiętnika zabrakło mi na bieżąco komentowania tego czego o zbrodniarzu dowiadywał się Porter.

Rozbudowany portret psychologiczny mordercy to najmocniejsza strona tej książki. Ile razy zastanawialiście się co takiego sprawiło, że ktoś obrał taką a nie inną ścieżkę? To doskonały przykład na to, jak mocno przyswajamy rodzinne tradycje i wartości. Jeśli nałożymy na to chory, psychotyczny umysł to mamy mieszankę wybuchową. W przypadku Zabójcy Czwartej Małpy pojawiło się we mnie zrozumienie. Naprawdę! Miałam poczucie, że zrozumiałam umysł seryjnego mordercy!

Uwaga, w powieści nie brakuje drastycznych scen. Niektóre z nich sprawiały, że musiałam odłożyć na chwilę książkę i ochłonąć. Większe emocje wzbudziła we mnie jedynie „Dziewczyna z sąsiedztwa”. „Czwarta małpa” to jedna z tych historii, które na długo zapadają w pamięć.

Niektórzy mogą poczuć niedosyt przez zakończenie, jakie zaproponował nam autor. Dla mnie jednak jest to wstęp do świetnej serii. Mam nadzieję, że polska premiera „The Fifth To Die” nastąpi niedługo po światowej premierze, która zaplanowana jest na lipiec 2018.

Polska premiera „Czwartej małpy” już 4 kwietnia. To historia, której nie można przegapić. To najlepsza książka, jaką przeczytałam w tym roku.


13 marca

Wszystkie pory uczuć. Wiosna – Magdalena Majcher

Wszystkie pory uczuć. Wiosna – Magdalena Majcher


Z wielką radością niosę Wam wieść!! Idzie wiosna! I choć prognozy pogody zapowiadają, że zima nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa, to z wielką przyjemnością mogę Wam zaprezentować książkę, która wiosnę wprowadzi do niejednego serca. „Wszystkie pory uczuć. Wiosna” to moje pierwsze spotkanie z twórczością Magdaleny Majcher, choć czuję, że nie ostatnie.

Ewelina to przeciętna kobieta, której najważniejszym pragnieniem jest zakosztowanie macierzyństwa, choć lekarze nie pozostawili jej złudzeń – nigdy nie urodzi dziecka. To kobieta, z którą niejedna Polka z łatwością może się utożsamić. Mieszka w 50-metrowym mieszkaniu na Śląsku, ma męża i satysfakcjonującą pracę. Ma zupełnie normalne pragnienia i potrzeby. To wszystko sprawia, że opowiadana historia tak łatwo gra na naszych emocjach.

Ewelina wraz z mężem decydują się na adopcję. Wydaje mi się, że autorka bardzo dobrze odrobiła pracę domową. Przeprowadza nas bowiem przez wszystkie zawiłości procesu adopcyjnego w naszych polskich realiach. Małżeństwo ma okazję poznać i zapewnić nowy dom dziewięcioletniemu Piotrkowi, u którego w chwili narodzin stwierdzono FAS – alkoholowy zespół płodowy. Dzięki lekturze możemy przyjrzeć się problemom, z jakimi muszą się zmierzyć adopcyjni rodzice przyjmując pod swój dach dziecko, które jest w takim wieku, że ma już ukształtowaną tożsamość, a FAS wcale nie ułatwia sprawy. Niewiele na ten temat w Polsce się mówi, a temat jest dość ważny biorąc pod uwagę kulturę spożywania alkoholu w Polsce. Jestem zdania, że każda cegiełka, która może podnieść świadomość społeczną w takich trudnych dziedzinach jest potrzebna. A najnowsza książka Magdaleny Majcher właśnie taki cel osiąga.

Wiosna” to zwyczajna historia. To jedna z tych historii, których zdarza się pewnie wiele. Nie ma w niej może fabuły zapierającej dech w piersiach ani nagłych zwrotów akcji. A mimo to, z przyjemnością sięgałam po tę lekturę i trudno było mi przerwać. Jest to pięknie opowiedziana opowieść niosąca za sobą wiele mądrości i uświadamiająca wiele ważnych kwestii. Dzięki niej poznajemy proces adopcyjny od środka – bez upiększania, bez cukierkowego obrazu, ale z przedstawieniem trudności, z jakimi borykają się rodzice (z akceptacją otoczenia włącznie). Do tego dochodzi ogrom wiedzy zgromadzonej przez bohaterkę (a tym samym autorkę) na temat FAS.

Po tym wszystkim co napisałam, możecie poczuć, że książka może być dość przytłaczająca. Nic bardziej mylnego. Autorce udało się poruszyć tak ważne i trudne tematy w lekką i naprawdę przyjemną powieść. Przeplatająca się fabuła ukazująca raz po raz historię miłości oraz pierwsze zmagania z adopcyjnym synem zapewnia odpowiednie proporcje pomiędzy poruszanymi wątkami. Polecam, a przecież zazwyczaj nie jestem miłośniczką powieści obyczajowych!



10 marca

Z nienawiści do kobiet - Justyna Kopińska

Z nienawiści do kobiet - Justyna Kopińska



Justyna Kopińska, najbardziej nagradzana polska dziennikarka śledcza, powraca z nową książką. Dokładnie w Dzień kobiet, 8 marca, swoją premierę miał nowy zbiór reportaży „Z nienawiści do kobiet”. I choć data premiery oraz tytuł wskazywały, że mowa będzie przede wszystkim o kobietach, to Pani Kopińska zaoferowała nam mieszankę tematyczną podobną do tej z „Polska odwraca oczy”.

Z nienawiści do kobiet” to nowe historie, nowe poruszane tematy, ale też powrót do tych historii i wątków, które znamy z „Polska odwraca oczy”. Jeśli znana jest Wam twórczość autorki, to raczej nie będziecie zaskoczeni. Justyna Kopińska po prostu trzyma poziom. Może w „Polska odwraca oczy” poznaliśmy nieco więcej naprawdę mocno szokujących historii, takich z bardzo negatywnym obrazem aparatu państwowego, ale w nowej książce również nie zabrakło bulwersujących spraw. 

Zbiór reportaży otwiera premierowa opowieść syna o Violetcie Villas, która mnie osobiście rozczarowała. Jak na tak barwną postać, opowieść ta jest po prostu zbyt spokojna. Choć rozumiem, że zamierzeniem było ukazanie innej twarzy artystki, to do mnie ta historia nie trafiła. Pozostałe historie w pełni zaspokoiły jednak mój czytelniczy głód. Po raz kolejny wywołały wściekłość, niedowierzanie i szczere oburzenie postawami władz i instytucji zaufania publicznego czy nieskutecznym wymiarem sprawiedliwości. O niektórych z opisywanych tematów dane było mi posłuchać w ubiegłym roku na spotkaniu autorskim, gdy Pani Justyna opowiadała nad czym właśnie pracuje. Mimo to, sprawa księdza pedofila, który nadal odprawia msze święte mocno zszokowała mnie gdy poznałam jej szczegóły. Wciąż zaskakuje również nieudolność organów ścigania w temacie odnoszącym się do reportażu o zakłamywaniu statystyk policyjnych, który można przeczytać w „Polska odwraca oczy”. Całość zamyka bardzo interesujący wywiad-rzeka z Panią Kopińską, który jest równie wartościowy, co niejeden artykuł w zbiorze. Ale tu mogę być nieobiektywna, bo według mnie dziennikarka ta jest jedną z najbardziej inspirujących i godnych naśladowania kobiet w Polsce. Jestem pełna podziwu dla jej pracowitości, rzetelnej pracy dziennikarskiej oraz zawziętości w gromadzeniu i analizowaniu materiałów w sprawach, o których pisze.

Jak na wstępie zaznaczyłam, wcale nie jest tak, że reportaże w zbiorze traktują o kobietach, czy nienawiści wobec nich. Tytuł jest bardzo mylący. W „Z nienawiści do kobiet” znajdziecie również historie, w których kobiety nie odgrywają żadnej roli (np. o homoseksualnych katolikach). Nie ukrywam, że najbardziej oburzające były jednak te, które do kobiecości się odwoływały.

Mam jeszcze jedno zastrzeżenie – zbiór jest zdecydowanie za krótki! Ponad 200 stron spokojnie można przeczytać w jeden dzień. Duża czcionka, wysoka interlinia i rozrzutny układ tekstu sprawia, że w książce znajdziemy tylko 8 reportaży plus wywiad z autorką. To moim zdaniem niewiele, choć na tyle dużo, abym po raz kolejny załamywała ręce na to w jakim kraju przyszło nam żyć. Po raz kolejny z niejednej historii wyłania się obraz Polski, która odwraca oczy.

03 marca

Biały latawiec - Ewelina Matuszkiewicz

Biały latawiec - Ewelina Matuszkiewicz

Wy też już macie dość zimy i marzycie o tym, aby nadeszła wiosna, a po niej ciepłe lato? Dopóki za oknem wciąż czekają na nas siarczyste mrozy, ja proponuję sięgnąć po książkę, która ogrzeje nas ciepłem… nie tylko tym mierzonym termometrem. „Biały latawiec” to podróż do Kozienic – prowincjonalnego miasteczka, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam, a które skradło moje serce, podobnie jak historia stworzona przez Ewelinę Matuszkiewicz w „Białym latawcu”.

Kozienice, Boże Ciało. Przypadkowi mieszkańcy i nieprzypadkowe zdarzenia dają początek świetnej fabule. Na pozór niepowiązane ze sobą migawki z życia mieszkańców układają się w intrygującą i wciągającą historię, która sprawia, że „Biały latawiec” czyta się jak dobry kryminał. To taka powieść obyczajowa, w której wszystko jest takie, jak należy. Wyraziści i frapujący bohaterowie, wśród których autorce udało się uchwycić cały katalog typowych postaci z prowincjonalnej wioski, stanowią trzon książki. Różnorodność postaci, prezentowanie ich historii i postaw sprawia, że „Biały latawiec” to nie tylko historia powracającej do Kozienic młodej kobiety, która postanawia zamieszkać w domu odziedziczonym po dziadku pozostawiając w tyle przytłaczającą Warszawę. Tu każda postać drugoplanowa ma swoje pięć minut, w których gra pierwsze skrzypce. Myślę, że każdy znajdzie tu coś dla siebie, to jest bohatera z którym może się utożsamiać, rozumiejąc jego rozterki i problemy. W Kozienicach nie brakuje nadziei na nowy początek, intryg, tajemnic, nierozwiązanych spraw z przeszłości, zakazanej miłości i mrzonek o lepszej przyszłości. A to wszystko w zgodzie z naturą i przyrodą w pełni obudzoną do życia, gdzie burza zwiastuje nadejście niejednych problemów.

Autorka stworzyła bardzo przyjemną książkę w której, choć poruszanych jest sporo trudnych tematów, nie brakuje jednak ciepła i sielankowego klimatu małego miasteczka. Stworzony obraz Kozienic zachęca do wizyty w tym mieście. Mimo typowej małomiasteczkowej mentalności mieszkańców wydaje się być ostoją, miejscem bliskim naturze. Aż chce się spakować walizkę i uciec w otoczenie tej kojącej przyrody, razem z mieszkańcami włączyć radio, zamknąć oczy i słuchać nie tylko odgrywających istotną rolę w fabule audycji radiowych, ale także piosenek, których fragmenty wplecione zostały w książkę w postaci tytułów rozdziałów.

Lektura „Białego latawca” to świetna odskocznia od krwawych thrillerów, które zdominowały ostatnio moje czytelnicze zapędy. To lekka historia, która skrywa w sobie niejedną tajemnicę. Mam nadzieję, że również zdecydujecie się je rozwikłać.   

21 lutego

Ocalałe - Riley Sager

Ocalałe - Riley Sager

Tam, gdzie w większości thrillerów pojawia się napis KONIEC pojawiają się one – OCALAŁE, które jako jedyne cudem uniknęły śmierci w masakrach. „Ocalałe”, bo o tej książce mowa to pełen nieoczywistych zwrotów akcji thriller. Ich przeznaczeniem było umrzeć. Jak to jest żyć jako ocalała? Dowiecie się wkrótce, bo jeśli jesteście koneserem gatunku, z pewnością sięgniecie po tę pozycję.

Quincy wiedzie z pozoru normalne życie. Utrzymuje się z prowadzenia bloga kulinarnego, zatem jej głównym zajęciem jest pieczenie i fotografowanie przyrządzonych pyszności. U swego boku ma kochającego i wyrozumiałego partnera, który pracuje jako prawnik z urzędu i ma spore aspiracje do awansu. Quincy zdaje się być zadowolona ze swojego życia. Ma pewne blizny (na ciele i duszy), które przypominają o zdarzeniu, do jakiego doszło przed dziesięcioma laty, ale wygląda na to, że jako tako uporała się z traumatyczną przeszłością. Pamiętajmy jednak, że Quincy jest jedną z Ocalałych. Ten medialny przydomek na trwałe zaistniał w świadomości społeczeństwa. Co jakiś czas, co ciekawsi dziennikarze wtrącają się w życie tych, które uszły z życiem. Pewnego dnia wszystko się komplikuje zaburzając misternie budowaną przez Quincy poukładaną rzeczywistość. Bohaterka chcąc nie chcąc musi stawić czoła przeszłości i pewnym nierozwiązanym sprawom...

Historia wciąga od pierwszego rozdziału. Nie żebym jakoś specjalnie polubiła główną bohaterkę, bo czasami może jest dziwna i irytująca. Ale to nie na moich oczach zabito wszystkich moich przyjaciół więc nie mogę mieć jej za złe, że jest jaka jest. Radzi sobie. Jakoś. Na tyle, na ile jest to możliwe po takich przeżyciach. Dzięki pierwszoosobowej narracji mamy okazję poznać całkiem dokładnie portret psychologiczny głównej bohaterki. Ułatwia to zrozumienie wielu kwestii, a także pozwala wczuć się w jej sytuację. Zasadniczo, pozostałe postacie stworzone przez autora są wyraziste i ciekawe, no może z małymi wyjątkami.

Najważniejsza jest tu jednak fabuła i gra, jaką toczy z nami autor. Za każdym razem, kiedy wydaje się, że można już śmiało snuć pewne przypuszczenia co do rozwiązania zagadki, następuje kolejny zwrot akcji, który nasze przypuszczenia roznosi w pył. To nieustanna huśtawka emocji. Czasami byłam nawet zła na autora, bo już myślałam, że go rozgryzłam, a tu znowu jakiś twist. Mimo to, mnie osobiście zakończenie szczególnie nie zaskoczyło, choć słyszałam wiele głosów, że innych wbija w fotel. Dla mnie było w porządku, ale gdzieś po drodze miałam przebłyski, że rozwiązanie może pójść w tym kierunku. Niemniej jednak w ogóle nie osłabiło to wrażenia, jakie wywarła na mnie książka. Bo warto również zauważyć, że „Ocalałe” to dobrze dopracowana historia, w której nic nie jest przypadkowe. Na każdym kroku możecie zgromadzić poszlaki kierujące do finału. Podczas lektury w głowie buduje się wiele alternatywnych scenariuszy. Aż chce się jak najszybciej dotrzeć do końca, aby sprawdzić, czy któryś z nich się urzeczywistnił.

Polskie wydanie zawiera na okładce rekomendację Stephena Kinga, według którego „Ocalałe” to „fenomenalny thriller. Najlepszy, jaki przeczytasz w tym roku.” Co prawda, mamy dopiero początek roku i byłabym daleka od okrzyknięcia tej książki najlepszą w całym roku, ale póki co to rzeczywiście najlepszy thriller tego roku. Gdy już zdecydujecie się sprawdzić, jak to jest być OCALAŁĄ, jestem przekonana, że lektura pochłonie Was i wypluje na koniec. 

13 lutego

Anatomia skandalu - Sarah Vaughan

Anatomia skandalu - Sarah Vaughan

Do „Anatomii skandalu” podeszłam ze sporym dystansem. Okładka może niespecjalnie wyróżnia się z tłumu, ale do lektury zachęcił mnie opis wydawniczy głoszący, że to idealna książka dla fanów „House of cards”. No jakże mogłabym nie sięgnąć? I dobrze zrobiłam, bo to naprawdę bardzo dobry dramat sądowy osadzony w świecie brytyjskich elit.

Anatomia skandalu” to trzymająca w dużym napięciu powieść koncentrująca się wokół oskarżenia o gwałt. Przystojny, szanowany i polityk na wysokim stanowisku zostaje oskarżony o przestępstwo seksualne przez swoją byłą kochankę. Prawniczka, która podejmuje się prowadzenia oskarżenia jest przekonana o winie James. Jego żona wierzy (chce wierzyć), że jej kochający mąż, ojciec ich dzieci jest niewinny. Wraz z kolejnymi rozdziałami stopniowo poznajemy szczegóły, które wpływają na sposób postrzegania głównych bohaterów.

Poza wciągającą fabułą „Anatomia skandalu” zafascynowała mnie tajemnicami brytyjskiego systemu prawnego. Ta uderzająca dostojność, kostiumy, peruki i niuanse, które mają ogromne znaczenie składały się na bardzo interesujący klimat – taki typowo brytyjski, ale jeszcze bardziej podniosły. Przyznaję, że lektura tej książki to dla mnie podróż w nieznane, do świata brytyjskich wyższych sfer, gdzie najważniejsze jest zachowywanie odpowiednich pozorów, kalkulowanie tego co się w danym momencie najbardziej opłaca. Choć polityczne gierki nie odgrywały tu pierwszoplanowej roli, a porównywanie ich z tym co znamy z „House of cards” nie ma większego sensu, to i tak były one dobrym uzupełnieniem dla opowiadanej historii.

Autorka bardzo taktownie poruszyła w tej książce kwestię przemocy seksualnej wobec kobiet oraz konsekwencji, jakie niosą takie czyny. To niezwykle trudne, bo i temat jest bardzo delikatny. Wydaje mi się, że kreując bohaterów udało się uchwycić to co najważniejsze w takim przypadku. Emocje towarzyszące bohaterom nie sprawiały wrażenia przerysowanych. Przynajmniej ja uwierzyłam w ich toki myślenia. Naprawdę doceniam osobowości, które na potrzeby tej historii stworzyła poszczególnym postaciom autorka. Zarówno Kate, jak i Sophie (żona oskarżonego polityka) to bardzo interesujące postacie ze swoimi przeżyciami i doświadczeniem życiowym. Może jedynie postać Jamesa zasłużyła na nieco więcej uwagi autorki.

Na początku lektury irytowało mnie, że autorka nie dość że postanowiła poprowadzić akcję dwutorowo – co jakiś czas cofaliśmy się w czasie, aby poznać pewne zdarzenia z przeszłości, to jeszcze w opisie bieżących wydarzeń uwzględniano perspektywę różnych osób. Przy tym wszystkim tylko główna bohaterka mówiła w pierwszej osobie. Jak dla mnie było tego trochę za dużo i zabrakło spójności między tymi narracjami. Jednocześnie jednak zauważyłam, że poznawanie różnych perspektyw pozwalało na rozłożenie na czynniki pierwsze tego co się wydarzyło, zrozumienie co jest prawdą, a co nie.

„Anatomia skandalu” to według mnie bardzo dobra książka. Choć dotychczas na książkowe sale sądowe wkraczałam tylko wraz z Chyłką i Zordonem, to z chęcią częściej sięgnę po literaturę tego typu. Być może czas na amerykański system prawny? Może polecicie mi jakąś pozycję?

09 lutego

Kredziarz - C.J. Tudor

Kredziarz - C.J. Tudor

Kredziarz” to jedna z tych książek, wokół których robi się dużo szumu jeszcze na długo przed premierą. To pozycja, która intryguje oryginalnym motywem, niebanalnym wydaniem i obietnicą zbadania nie rozwikłanej tajemnicy z przeszłości. A gdy w to wszystko zamieszane są dzieci z niewielkiej społeczności, moje nadzieje na wspaniałą czytelniczą ucztę są ogromne. Przede wszystkim „Kredziarz” to bardzo intrygujący debiut, po który śmiało możecie sięgnąć w ramach #UwagaWyzwanie2018.
Wszystko zaczyna się trzydzieści lat temu. Eddie wraz z przyjaciółmi spędzają beztrosko wakacje. Jak na dzieci przystało, tu i ówdzie szukają okazji, aby trochę narozrabiać, przeżyć coś ciekawego. Nieco znudzeni latem w sennym miasteczku, wpadają na pomysł wprowadzenia do codziennej komunikacji kodów. I tak oto zaczynają rysować kredą symbole, których znaczenie znają tylko przyjaciele. Pewnego dnia ta niewinna zabawa zmienia się w coś, co będzie wzbudzało w nich dreszcz grozy przez wiele kolejnych lat. A wszystko za sprawą odnalezionych zwłok, do których prowadzą kredowe znaki.
O wydarzeniach, jakie miały miejsce trzydzieści lat temu w prowincjonalnym miasteczku opowiada nam Eddie. Akcja w książce toczy się dwutorowo, zatem dziecięce wspomnienia przeplatają rozdziały z czasów obecnych, gdy Ed jest już dorosły a wydarzenia z przeszłości wracają domagając się rozwikłania skrywanych tajemnic. Mimo pierwszoosobowej narracji prowadzonej przez tę samą postać, mamy niejako do czynienia z dwiema różnymi osobami. Autorka bardzo dobrze oddała punkt widzenia zarówno dziecka, jak i dorosłego Eda. Te powroty do lat dziecięcych były wzbogacane o trafne komentarze wskazujące, że rzeczywistość była postrzegana w typowy dla dziecka sposób.
Kredziarz” to nie tylko niezły thriller, w którym najważniejsze jest odkrycie „winnego”. Autorka pod pretekstem wciągającej fabuły snuje również bardzo ciekawe refleksje na temat przyjaźni, dojrzewania, samotności, poczucia winy i strachu. Doskonale nakreśla obraz przyjacielskich relacji z dzieciństwa oraz tego, co zostaje z takich dziecięcych przyjaźni. W „Kredziarzu” spotkacie również barwne postacie, które mają spory bagaż bardzo różnych doświadczeń, silnie oddziałujących na to kim są obecnie. Doceniam zatem portrety psychologiczne bohaterów występujących w „Kredziarzu”. To dobre uzupełnienie niezłej historii.
Historię opowiadaną przez Eda czyta się błyskawicznie. „Kredziarz” jest pełen tajemnic. Każda z ważniejszych postaci skrywa jakiś sekret. Z niecierpliwością czekałam na poznawanie kolejnych zdarzeń tak, aby poukładać sobie w głowie, co tak naprawdę zdarzyło się w roku 1986. To co odkrywamy w kolejnych rozdziałach sprawia, że chcemy więcej i więcej. Wciągnięta w niesamowitą historię oczekiwałam zatem naprawdę mocnego zakończenia. To, które zafundowała nam autorka, owszem było zaskakujące, ale nie do końca mnie przekonało. Mam wrażenie, że jest trochę przekombinowane i pozostawiające zbyt wiele znaków zapytania. Niemniej jednak „Kredziarza” zapamiętam jako nietuzinkową historię, po którą warto sięgnąć.





Copyright © 2016 Uwaga czytam , Blogger