04 listopada

Karuzela – Paulina Świst

Karuzela – Paulina Świst


Ostry seks. Ostry język. Ostra jazda” - Paulina Świst pozostaje wierna swojej pisarskiej dewizie i wraca do nas z czymś nowym. I bardzo się cieszę, bo to już sprawdzony sposób na sukces, a „Karuzela” - pierwszy tom nowej serii zdaje się to potwierdzać.

Kilku znajomych prawników postanawia rozkręcić karuzelę podatkową, czyli z prawniczego na nasze: zarobić grube miliony na przekrętach dotyczących vatu. Wśród wspólników są Oni. Przyjaźnią się od czasów studenckich. Oboje tkwią w bezsensownych małżeństwach. Ola żyje z mężem hazardzistą, Piotrek z żoną chorą psychicznie. Obrzydliwie bogaci, ale sfrustrowani swoimi małżeństwami szukają pocieszenia w zdecydowanie milszym towarzystwie. W końcu rodzi się między nimi uczucie. Wszystko świetnie się układa, ale do czasu. Coś poszło nie tak, ktoś ich zdradził i doniósł do organów ścigania. Olka trafia do więzienia. Kto doniósł? Czy dla prawniczki istnieje jeszcze jakiś ratunek? Być może, bo do akcji wkraczają doskonale znane nam z wcześniejszych książek autorki Kinga i Lilka.

Mam wrażenie, że z każdą kolejną książką Paulinie wyostrza się poczucie humoru. Dialogi między głównymi bohaterami są bezbłędne. Czytasz i się śmiejesz, nie ma innej opcji. Potoczny język, odniesienia do kultury masowej i jej aktualnych trendów (nawet radiowy hit znany z „weź nie pytaj, weź się przytul” został wpleciony w dialog między Olą a Piotrkiem) sprawiają, że jak zwykle książka tej autorki stanowi świetną rozrywkę i miłą odskocznię od tego, co czytam zazwyczaj. Ale ważna jest też fabuła. Choć jest to naprawdę krótka książka, to dzieje się sporo. I nie mam tu na myśli wyłącznie scen erotycznych. Uczciwie trzeba przyznać, że fabuła nie jest skomplikowana ani przesadnie rozbudowana. Otrzymujemy za to krótką, ale pokręconą historię niezłych łobuzów. No bo jak to tak, prawnicy? Tacy (delikatnie rzecz ujmując) nieuczciwi, z kryminalistami się dogadują? No niezły obraz prawniczego świata przedstawia nam wciąż nie ujawniająca swojego prawdziwego nazwiska autorka reprezentująca środowisko, o którym takie niegrzeczne rzeczy pisze.


Jeszcze jedno, przypominam, że książki Pauliny Świst to ten rodzaj literatury, który ma służyć czystej, prostej rozrywce. Nie oczekujcie więc wzniosłego języka, czy wyrafinowanej kompozycji. Jeśli rażą cię przekleństwa, albo potoczny język raczej nie sięgaj po tę książkę. Tym, którzy czytali poprzednie książki Pauliny Świst powiem tyle: autorka trzyma poziom i korzysta ze sprawdzonych w poprzednich książkach rozwiązań, jak choćby oddanie głosu obojgu głównych bohaterów ;-)

04 listopada

Czarownice nie płoną – Jenny Blackhurst

Czarownice nie płoną – Jenny Blackhurst


Czy tylko ja uważam, że dzieci w horrorach są najbardziej przerażające? Gdy sięgnęłam po thriller psychologiczny „Czarownice nie płoną” zamiast starać się jak najszybciej rozwiązać zagadkę tajemniczych zdarzeń, do których zaczęło dochodzić w małym prowincjonalnym miasteczku, gdy pojawiła się w nim Ellie, ja dałam się wciągnąć w grę, która niejednokrotnie przyprawiała mnie o dreszcze.

Kiedy cała rodzina Ellie ginie w pożarze domu, jedenastoletnia dziewczynka trafia do rodziny zastępczej mieszkającej w Lichocie. Mniej więcej w tym samym czasie do swojego rodzinnego miasta wraca Imogen – psycholożka, która chce rozpocząć nowe życie. Za wszelką cenę chce pomóc dziewczynce poradzić sobie ze stratą, samotnością oraz odnaleźć w nowej sytuacji. Nie może być przecież tak, że o wszelkie zło oskarża się małą, bezbronną dziewczynkę, która boryka się z traumą po stracie całej rodziny. Dziwnym trafem jednak, złe rzeczy dzieją się tym, którzy w jakikolwiek sposób narażą się Ellie. Czy to możliwe, aby dziewczynka siłą woli robiła krzywdę innym? I czy miała coś wspólnego z pożarem, w którym zginęła jej rodzina?

To jest naprawdę mroczna historia. Cały świat wykreowany przez autorkę tworzy klimat jak z horroru. Mamy tu małe miasteczko w którym każdy zna każdego i żadna tajemnica się nie uchowa, nawet jego nazwa (Lichota) jest przygnębiająca. Trudne do wyjaśnienia zdarzenia, dziwne wypadki i przypadki, czytając łatwo odnieść wrażenie, że zło czai się tuż za rogiem. Do tego dochodzi smutna mała dziewczynka, która nie potrafi zdobyć akceptacji rówieśników. W całej urzędniczej machinie nieco po macoszemu potraktowano jej przypadek, a przecież niemal na jej oczach zginęła cała rodzina. Jest samotna i szuka za wszelką cenę akceptacji oraz kogoś, kto byłby do niej przychylnie nastawiony. No i jest jeszcze Imogen, psycholożka borykająca się z własnymi problemami, pełna wątpliwości i determinacji by pomóc dziewczynce. Młoda kobieta robi wszystko co w jej mocy, walczy o normalne warunki sprzyjające rozwojowi Ellie. Aby to się udało musi jednak zmierzyć się z demonami przeszłości, które zostawiła opuszczając Lichotę wiele lat wcześniej. Jej zaangażowanie znacznie wykracza poza standardy zawodowe, ale może tylko tak da się pomóc Ellie?

Autorka nie tylko stworzyła niesamowity klimat, ale także poruszyła istotne tematy takie jak brak akceptacji otoczenia, czy wpływ dysfunkcyjnej rodziny na dorosłe życie osób, które nie zaznały ciepła domowego ogniska. Żal mi serce ściskał gdy rozdział po rozdziale odkrywałam z czym na co dzień musi borykać się Ellie. Autorka bardzo dobrze przedstawiała perspektywę dziewczynki – co prawda nie była to narracja pierwszoosobowa, ale oddawała sposób myślenia dziecka. I choć bulwersowało mnie to, z jaką reakcją otoczenia spotykała się Ellie, muszę przyznać, że i mnie przerażała.

Zwykle w thrillerach najważniejsze jest dla mnie rozwiązanie zagadki. „Czarownice nie płoną” są tu poniekąd wyjątkiem. Oczywiście, że byłam ciekawa jak to się wszystko skończy, nawet częściowo przewidziałam finał, ale o wiele bardziej doceniam tym razem klimat, który sprawił że wielkie emocje towarzyszyły aż do ostatniej strony. „Czarownice nie płoną” to jeden z lepszych thrillerów tego roku, to historia która przeraża, bulwersuje, czasem wywołuje współczucie, czasami gniew. Jedno jest pewne, to jedna z tych książek, która zostaje w głowie na dłużej i skłania do zastanawiania się, jak dalej potoczyły się losy dziewczynki i całej Lichoty.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Albatros.


30 października

Lissy – Luca D’Andrea

Lissy – Luca D’Andrea


Istota zła”, czyli debiutancka powieść Luci D’Andrei ujęła mnie majestatem gór, ukazaną siłą natury i klimatem, który udało się stworzyć w tamtej historii. I oto autor powraca z kolejną powieścią, której akcję osadza gdzieś tam za górami, za lasami, za siedmioma wodami. Czy tak nie zaczynają się baśnie? Owszem. Czy „Lissy” jest czymś, co mogłoby się wpisać w ramy tego gatunku? Może poniekąd jest, ale bliżej jej do mrocznej opowieści typu „Jaś i Małgosia” braci Grimm niż do współczesnych disneyowskich cukierkowych bajek. Przede wszystkim jednak „Lissy” to naprawdę mroczny thriller. Po raz kolejny autor funduje nam międzygatunkową niespodziankę, którą niezwykle trudno zamknąć w jednej szufladzie.

Przenieśmy się w okolice Tyrolu lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Marlene ma misternie uknuty plan. Chce zerwać ze swoim dotychczasowym, dostatnim życiem u boku męża zbira. Podejmując decyzję o wcieleniu planu w życie, szybko rozbija się on o rzeczywistość. Oczywiście, że coś poszło nie tak. Na skutek nieoczekiwanych zdarzeń, Marlene ze swojej pięknej rezydencji trafia do bardzo skromnej pustelni położonej wysoko w górach. Jej gospodarz, Simon Keller obejmuje bohaterkę troskliwą opieką. Pomiędzy nimi nawiązuje się pewna nić porozumienia, choć jak się wkrótce okaże, każde z nich skrywa pewne tajemnice. Ona poszukiwana jest przez męża, który wydał na nią wyrok śmierci – zlecając poszukiwania tajemniczemu Zaufanemu Człowiekowi „pociągnął za spust”. Simon z kolei z oddaniem pielęgnuje swoje dzieci (świnie) oraz kontynuuje rodzinne tradycje przepisywania Biblii. No i jest jeszcze Lissy. Kochana Lissy, mała Lissy. Lissy, która wciąż jest głodna (na samo jej wspomnienie przechodzą mnie dreszcze!).

Autor prowadzi wielotorową narrację. Oprócz dwóch najważniejszych perspektyw ukazujących akcję poszukiwania żony przez Herr Wegenera oraz poczynania Marlene i Simona ukrytych w niemalże odciętej od świata pustelni, mamy okazję podróżować w czasie. Poznajemy wówczas istotne fakty dotyczące zdarzeń minionych, które wywarły istotny wpływ na głównych bohaterów. Poznając przeszłość Marlene, Simona Kellera oraz Herr Wegenera doszłam do przekonania, że to właśnie ludzie i ich dramaty są kluczowym elementem tej historii. Każdy z nich ma inną historię, każde z nich przeżyło całkiem sporo w swoim życiu. I każde z nich postradało zmysły na swój własny, oryginalny sposób. Autor kreuje postacie bardzo kompleksowo, to nie są przypadkowi ludzie, ale skomplikowane konstrukcje psychiczne. Wszystko co dzieje się w ich głowach wynika z wcześniejszych doświadczeń, które raz po raz autor przedstawia nam wtrącając opowieści dotyczące przeszłości bohaterów.

Muszę przyznać, że motyw poszukiwań Marlene w ogóle nie zrobił na mnie wrażenia i mógłby w ogóle nie pojawić się w tej powieści. Jednak to, co wydarzyło się tam wysoko w górach, w tej małej i mrocznej pustelni szokowało i przerażało jednocześnie. Kochana Lissy, mała Lissy. Kim jest? Czego chce? Gdzie kryje się prawdziwe zło? I czy da się coś z tym wszystkim zrobić, aby wszyscy żyli długo i szczęśliwie?

Muszę przyznać, że „Lissy” to jedna z bardziej oryginalnych propozycji wśród thrillerów psychologicznych. Autor prowadzi z nami grę, trochę nas oszukuje próbując sprowadzić nas na manowce mamiąc nam oczy poszukiwaniami prowadzonymi przez tajemniczego Zaufanego Człowieka, podczas gdy zło przybrało zupełnie nieoczekiwaną postać. Poza tym, odwołanie się do motywów baśniowych, o których nie bez powodu wspominałam na początku to coś, czego zupełnie nie spodziewałam się w tego typu powieści. Największą jednak tajemnicę skrywa Lissy... ale jaką musicie odkryć sami.

13 października

Na krawędzi – A. F. Brady

Na krawędzi – A. F. Brady


Na krawędzi” to debiutancka powieść A. F. Brady – nowojorskiej psychoterapeutki, która zainspirowana doświadczeniami zawodowymi napisała książkę BARDZO psychlogiczną. Podobno to thriller, choć mi zabrakło w nim typowego dla tego gatunku napięcia. Najważniejsze jest jednak to, że autorka wprowadza nas za bramy pewnego centrum psychiatrycznego, a tam zastajemy istny „dom wariatów”. Tylko kto jest bardziej nienormalny: pacjenci? A może terapeuci też mają swoje za uszami?

Samantha James postrzegana jest jako najlepsza terapeutka w centrum psychiatrycznym Tyflos. Ulubienica przełożonej, szanowana i podziwiana przez współpracowników, nigdy nie odmawia pomocy i godzi się brać na swoje barki najcięższe przypadki. Świetnie sobie ze wszystkim radzi. A tak przynajmniej myślą inni. W rzeczywistości to rozchwiana emocjonalnie alkoholiczka, która raz za razem popełnia błędy życiowe i zawodowe. Tymczasem do ośrodka trafia tak zwany „trudny pacjent”. Richard nie chce współpracować, jego dokumentacja medyczna niewiele o nim mówi, nikt nie potrafi nawiązać z nim kontaktu. Sam po raz kolejny chcąc udowodnić, że jest wartościowym człowiekiem i terapeutą godzi się na przejęcie opieki nad tajemniczym pacjentem. Daje się wplątać w dziwną grę i wkrótce tak naprawdę trudno powiedzieć kto tu jest pacjentem, a kto terapeutą.

Główna bohaterka to mocno pokręcona postać. Jej psychika jest bardzo krucha, podejmuje decyzje, które działają na nią autodestrukcyjnie. Zupełnie nie radzi sobie ze swoim prywatnym życiem, mimo że bardzo dokładnie analizuje sytuacje, w których się znajduje i opisuje je w swoim „pamiętniku”, bo taką konwencję przyjęła autorka powieści. To co robi po godzinach oczywiście wpływa także na jej życie zawodowe. Popełnia tyle rażących błędów, że to aż niedorzeczne, że zbudowana przez nią fasada nie legła w gruzach. Przed większością współpracowników udaje jej się ukrywać swoje przewinienia. No, ale pamiętajmy, że mamy do czynienia z „domem wariatów”. Ale zaraz, czy to nie oznacza, że Sam codziennie styka się ze specjalistami od zdrowia psychicznego? Ze specjalistami, którzy nie zauważają stanu swojej koleżanki lub nie chcą go zauważać narażając przy tym zdrowie i życie pacjentów ośrodka. Dla mnie to dość absurdalny i niedorzeczny aspekt tej historii.

Autorka trafnie przedstawia to, jak relatywnym pojęciem jest „normalność” i jak niewiele różni terapeutów od ich pacjentów. Pewnie nieraz słyszeliście opinię, że na psychologię idą ci, którzy sami potrzebują pomocy psychologa. Otóż nasza główna bohaterka jest doskonałym potwierdzeniem tej tezy. Przy czym jak dla mnie, autorka stworzyła zbyt przerysowaną postać. Do tego stopnia, że po każdym kolejnym „problemie” jaki pojawiał się wskutek postępowania głównej bohaterki myślałam, że teraz to już na pewno zawiną ją w kaftan, ale nie, bo po co, przecież jest super terapeutką. Mam nadzieję, że w prawdziwym świecie nie dochodzi do podobnych sytuacji, bo to naprawdę niewiarygodne i niedopuszczalne (co znaczy, że w Polsce pewnie tak jest ;-)).

Zabierając się za lekturę „Na krawędzi” byłam przekonana, że to thriller psychologiczny. Zaczęłam czytać oczekując momentu, w którym wreszcie zdarzy się coś, co będzie choćby zalążkiem mrocznej tajemnicy, którą musimy odkryć. Tymczasem bohaterka opowiadała nam o kolejnych dniach w pracy, kolejnych wieczorach mocno zakrapianych alkoholem spędzanych w towarzystwie swojego mocno pokręconego partnera i dziwnej grupy znajomych. Dzień za dniem, godzina za godziną. Żadnego trupa w szafie, żadnego dreszczyku emocji, nic co wskazywałoby na to, że trzymam w rękach thriller, za to szczegółowe analizy psychologiczne bohaterki, która racjonalizowała swoje zachowanie. Dlatego byłabym daleka od szufladkowania tej książki jako thrillera psychologicznego. To niewątpliwie powieść psychologiczna, ale bardziej dramat niż thriller.

To co muszę docenić, to bardzo interesujący klimat jaki udało się stworzyć autorce. Książka jest dość mroczna. Przedstawienie świata zza bram centrum psychiatrycznego to zawsze interesujący mnie motyw. Zwykle jednak głos oddaje się pacjentom, ukazując ich perspektywę lub skupiając się na ich problemach. Ukazanie problemów z jakimi zmaga się personel zakładu zamkniętego oraz tego, jak wielka ciąży na nich odpowiedzialność, to coś co wzbudziło we mnie największe zainteresowanie. A jednocześnie było źródłem największej frustracji: no bo jak tak można pozwolić, aby ktoś kto sam potrzebuje natychmiastowej pomocy specjalisty od zdrowia psychicznego miał w swoich rękach tyle władzy…

Ja nie do końca „kupuję” tę historię, nawet zakończenie nie było jakoś specjalnie zaskakujące (skoro miał być to thriller, to tego bym tu oczekiwała!). Jakoś za dużo „ale” nazbierało mi się w przypadku tej książki. Co ciekawe, w międzyczasie czytałam sporo pochlebnych opinii na jej temat, dlatego może warto ją przeczytać i wyrobić sobie własne zdanie?

20 września

Nikt nie idzie – Jakub Małecki

Nikt nie idzie – Jakub Małecki

Wiecie co jest fajnego w blogowaniu o książkach? To, że dzięki propozycjom od wydawnictw czasami trafiam na takie perełki jak „Nikt nie idzie”. W życiu nie pomyślałabym, że tak bardzo spodoba mi się ta książka, że zostanie w mojej głowie na dłużej. Niepozorna, niezbyt długa. A jednak potrafi zrobić na odbiorcy piorunujące wrażenie.

Olga jest trochę rozbitkiem w tym skomplikowanym, współczesnym świecie. Niby młoda, zdolna i ambitna, a jednak nie do końca potrafi znaleźć dla siebie miejsce na ziemi. Poznajemy ją po urywkach z życia, niby przypadkowych, a jednak niezwykle znaczących. Pewnego dnia spotyka niepełnosprawnego mężczyznę (chłopca? młodzieńca?) w niezwykle trudnym dla niego momencie. Coś każe jej nawiązać z nim kontakt, zaopiekować się przypadkowo spotkanym Klemensem. Kim jest ten młodzieniec oraz jaka jest jego historia dowiadujemy się z rozdziałów poświęconych jemu i jego rodzinie. Istotne momenty z życia obojga bohaterów, naładowane niezwykłym ładunkiem emocjonalnym, doprowadzają nas do tego dziwacznego „tu i teraz”.

Gdy zaczynałam czytać tę lekturę, poczułam ukłucie rozczarowania, gdy okazało się, że nie jest o tym, o czym pomyślałam, że jest na podstawie opisu z okładki. Wiecie:
ona samotna, on samotny i zamknięty we własnym świecie. Ich losy przetną się ponownie na skrzyżowaniu ulic w chwili tragicznego zdarzenia
oraz obietnica buzujących wielkich emocji sugerowały, że to będzie smutna historia o trudnej miłości. Ale to zupełnie nie tak. Choć rzeczywiście buzowały wielkie emocje, a i nieszczęśliwej miłości nie zabrakło, to zupełnie nie w ten sposób, którego się spodziewałam. To nie była kolejna banalna historia o miłości, to skomplikowany twór, który zmuszał czytelnika do czynienia wielu domysłów, przeżywania trudnych chwil razem z opisywanymi postaciami.

Mimo, że szybko okazało się, że nie takiej historii się spodziewałam, coś kazało mi czytać dalej. Był to kunszt z jakim Jakub Małecki pisze o emocjach, o zdawałoby się losowych scenach z życia przypadkowych postaci. Wydaje nam się, że to tylko sztuka dla sztuki. A jednak wszystko nabiera sensu, z rozsypanych kawałków układanki dochodzimy do tego, co chciał nam przekazać autor. Zachwyciło mnie to, w jak subtelny sposób Małecki wplata w fabułę tak wiele trudnych tematów, między innymi: niepełnosprawność, samotność, poszukiwanie własnej ścieżki, radzenie sobie ze stratą, czy branie odpowiedzialności za decyzje podjęte w przeszłości. Poznajemy bohaterów w obliczu trudnych momentów życiowych, które odbiły niejedno piętno na ich życiu i poprowadziły ścieżką, której się pewnie nie spodziewali. A wszystko to wplecione w taką do bólu realistyczną współczesność. To nostalgiczne historie z życia wzięte, które są idealne na długie jesienne wieczory skłaniając do refleksji. 

Wiecie co jest najtrudniejsze w tej lekturze? Świadomość, że „takie rzeczy po prostu się zdarzają...”. Mimo, że to historie zupełnie obcych ludzi, z którymi nawet nie musimy się w żaden sposób utożsamiać, to „Nikt nie idzie” ma pewien uniwersalny wymiar, który sprawia, że każdy odbiorca znajdzie w niej swoje głęboko skrywane obawy. Zabierając się za tę książkę miejcie świadomość, że historia w niej opowiedziana zostanie z Wami na dłużej.

15 września

W żywe oczy – JP Delaney

W żywe oczy – JP Delaney


Pamiętacie jedną z głośniejszych premier ubiegłego roku w dziedzinie thrillerów psychologicznych? „Lokatorka” zrobiła naprawdę dużą furorę. Od niedawna w księgarniach dostępna jest nowa powieść autora ukrywającego się pod pseudonimem JP Delaney. „W żywe oczy” to kolejny emocjonujący thriller, który choć trochę mało realistyczny, wciągnął mnie i zapewnił doskonałą rozrywkę na kilka wieczorów.

Claire to niezwykle uzdolniona aktorka. Studiuje aktorstwo na jednej z lepszych amerykańskich uczelni. Do Stanów przyjechała z Wielkiej Brytanii chcąc zerwać z niewygodną przeszłością. Nie ma jednak zielonej karty, a co za tym idzie trudno jej zdobyć środki niezbędne do utrzymania się w Nowym Jorku. Kiedy ze względów formalnych trudno jej znaleźć prawdziwą rolę w filmie, sztuce, albo chociaż teledysku, decyduje się na współpracę z firmą prawniczą specjalizującą się w sprawach rozwodowych. Wykorzystując swoją urodę i grę aktorską demaskuje niewiernych mężów.

Zasady są proste: nawiąż rozmowę, nie bądź za szybko bezpośrednia. To on musi złożyć jednoznaczną propozycję. Wszystko komplikuje się, gdy ma zdemaskować tajemniczego profesora Patricka Foglera. Podczas pierwszego spotkania ten nie ulega pięknej nieznajomej. Claire pierwszy raz w swojej „karierze” dostaje kosza. Aby odkryć sekrety profesora będzie musiała odegrać swoją rolę życia… czy aby na pewno istnieją sekrety warte takiej ceny? Decydując się na wykonanie tego zadania, aktorka godzi się na wiele poświęceń. Zgadza się na to, aby grać swoją rolę 24 godziny na dobę, myśleć i zachowywać się jak odgrywana postać bezustannie, aż cel zostanie osiągnięty. Czy nie jest to jednak zbyt duże igranie z ogniem?

Co do zasady bardzo lubię pierwszoosobowe narracje w powieściach. Pozwalają nam poznać tok myślenia bohaterów i zrozumieć ich tok postępowania. Claire czasami wydaje się, że jej życie to film, dlatego jej narrację przecinają fragmenty scenariuszy, w których dopowiada sobie co musieli powiedzieć inni, gdy jej nie było w pobliżu. W przypadku „W żywe oczy” poczułam się jednak trochę oszukana, bo nasza bohaterka igra z nami. Niby to ona prowadzi narrację, niby wiemy o niej wszystko, a jednak kolejne zwroty akcji wprawiają nas w coraz większą konsternację. Co jest prawdą, a co grą? Co dzieje się naprawdę, a co nasza bohaterka sobie tylko wyobraża?

Liczba zwrotów akcji jakie funduje nam autor (i stworzona przez niego bohaterka) sprawia, że ilekroć wydaje się, że udało się rozgryźć tę historię, wszystko obraca się o 180 stopni i na nowo trzeba rozpracowywać bohaterów. I to właśnie cenię w tym gatunku. To pierwsza moja lektura, w której motyw aktorstwa odgrywa tak wielką rolę. W fabułę wplecione są różne podejścia do wykonywania tego zawodu. Poznajemy także jak wygląda aktorskie „życie od kuchni”. I choć Claire godzi się na odegranie roli, która nijak nie wpisuje się w zwyczajne aktorstwo, to ten aspekt był bardzo interesujący.

Na wstępie wspomniałam, że fabuła jest niezbyt realistyczna. I właściwie to jedyny zarzut, jaki mogę mieć wobec tej lektury. Nie będę rozwijać tego wątku, bo nie da się tego zrobić nie zdradzając fabuły. Niemniej jednak, doceniam oryginalność pomysłu na tę historię i nietuzinkowe jej opowiedzenie.

01 września

Naturalista – Andrew Mayne

Naturalista – Andrew Mayne



Dziś razem z „Naturalistą” udajmy się do lasu.. poszukajmy trochę trupów! Zabił je niedźwiedź, a może ktoś próbuje wrobić niewinne zwierzę? Odpowiedzi poszukuje pewien profesor bioinformatyki, którego studentka padła ofiarą mordercy, co do którego nie możemy być pewni nawet gatunku! Jakie tajemnice skrywa w sobie natura? „Naturalista” to w końcu jakiś powiew świeżości w thrillerach wydawanych w ostatnim czasie.

Profesor Theo Cray zostaje zatrzymany jako podejrzany o morderstwo swojej dawno niewidzianej studentki. Wszystko wskazuje jednak na to, że samotna wycieczka do lasu Juniper zakończyła się atakiem niedźwiedzia. Policja szybko zamyka sprawę a odpowiednie służby organizują polowanie na oskarżonego (biedny misiek!). Dociekliwość badacza każe jednak Theo sprawdzić kilka kwestii… i coś mu w tym wszystkim nie pasuje. Co rusz podsuwa policji nowy trop, nowe dowody jednak wszyscy mają go za szaleńca. I być może mają rację? Theo korzystając ze swojej wiedzy naukowej i napisanego przez siebie programu komputerowego rusza śladem mordercy. Tylko kim, a raczej czym on jest?

Theo to typowy szalony naukowiec. Rzuca wszystko co dla niego istotne i rusza śladem mordercy. Jego niebywała inteligencja pomaga mu odnajdywać kolejne zwłoki. Potrafi zobaczyć coś, co dla innych nie ma żadnego znaczenia. Widzi powiązania, tam gdzie inni widzą chaos. Kojarzycie serial „Kości”? Uwielbiałam go oglądać ze względu na jajogłowych, którzy potrafili wyciągać wnioski na podstawie tak (wydawałoby się) absurdalnych danych, że miałam wrażenie, że to raczej czary i magia niż dochodzenie. Tam, intelektualiści byli doceniani przez organy ścigania, w przypadku Theo nikt nie chciał go słuchać. Tylko szaleniec zdecydowałby się podjąć śledztwo na własną rękę rezygnując z dotychczasowych osiągnięć i ryzykując własne życie.

Książkę czyta się bardzo szybko. Ma krótkie rozdziały i pierwszoosobową narrację, która pozwala nam poznać motywacje i tok myślowy naukowca (to jest naprawdę super! Czytając opis wydarzeń opisany z innej perspektywy naprawdę wiele byśmy stracili). Fajnie tak wczuć się w bycie wybitnym naukowcem, który ma wszystkie cechy typowe dla tego typu ludzi: profesor Theo Cray jest bardzo inteligentny, totalnie zafiksowany na punkcie swoich badań, potrafi wykorzystać swoją wiedzę w innych dziedzinach, ale jest też nieco nieporadny społecznie. Ale mimo świadomości tego wszystkiego, mimo szczegółowego przedstawiania swojego toku myślowego, w niektórych momentach trudno było mi zrozumieć decyzje podejmowane przez naukowca.

Samo rozwiązanie tajemnicy było zadowalające, ale sposób dojścia do niego nieco mnie rozczarował. Według mnie zadziało się trochę zbyt wiele. Finałowe sceny trochę odrealniły dla mnie całość. Chyba pierwszy raz w życiu uważam, że tego wszystkiego było… za dużo. Pewnie dla większości będzie to atut, bo jedno jest pewne nie będziecie się nudzić. Ale to moje jedyne zastrzeżenie, a książkę naprawdę warto przeczytać.

Mam świadomość, że „Naturalista” nie jest książką dla każdego. Jeśli jednak nie zraża was motyw nauk ścisłych, które przewijają się w fabule, to bardzo zachęcam do sięgnięcia po tę lekturę. To będzie niesamowita podróż po lasach amerykańskiego stanu Montana. Odkrycia, których dokonacie wraz z głównym bohaterem nieraz wprawią Was w zdumienie. I mam tu na myśli nie tylko rozwiązanie zagadki morderstw, do których doszło na przestrzeni kilkudziesięciu lat, ale także niesamowite fakty naukowe, które być może kiedyś pomogą Wam dokonać własnych niecodziennych odkryć.

Copyright © 2016 Uwaga czytam , Blogger