14 sierpnia

Recenzja: Pikantne historie dla pendżabskich wdów – Balli Kaur Jaswal

Recenzja: Pikantne historie dla pendżabskich wdów – Balli Kaur Jaswal


Po tej lekturze „już nigdy nie spojrzę na bakłażana w ten sam sposób”. Kiedy przeczytałam tę „groźbę” na okładce „Pikantnych historii dla pendżabskich wdów” pomyślałam, że to książka o kuchni indyjskiej. Serio! :-) Dopiero, gdy sprawdziłam jak brzmi oryginalny tytuł tej powieści („Erotic Stories for Punjabi Widows”) uznałam, że może być interesująco. I nie powiem, że nie było. Ach ten temperament pendżabskich wdów!

Główną bohaterką powieści jest Nikki – córka indyjskich imigrantów wychowana w zachodniej kulturze, zbuntowana i negująca reguły panujące w tradycyjnej sikhijskiej społeczności. Jest młoda, niezależna, zdecydowanie sprzeciwia się aranżowanym małżeństwom i roli kobiet sprowadzającej się do życia w cieniu mężczyzn. Rzuciła studia prawnicze, które wybrali dla niej rodzice i poszukując swojej życiowej ścieżki decyduje się na prowadzenie zajęć z kreatywnego pisania dla imigrantów z Pendżabu. Szybko okazuje się, że uczestniczki kursu to dorosłe analfabetki, które wcale nie chcą nauczyć się pisania opowiadań, a raczej podstaw pisania i czytania. Kursantkami są pendżabskie wdowy, które znudzone nauką podstaw wolą dzielić się fantazjami erotycznymi snując podczas zajęć swoje opowieści. I tak oto fabułę książki przeplatają bardziej lub mniej gorszące historie erotyczne pendżabskich wdów. Wiedzcie jednak, że absolutnie nie jest to płytkie romansidło, żadne „50 twarzy Greya” ani inne seks-powieści. W przypadku tej książki, opowieści erotyczne (dość specyficzne, w końcu opowiadane przez pendżabskie wdowy) to tylko istotny dodatek do historii opowiadanej w „Pikantnych historiach...”

Ta lekka i zabawna lektura jest pretekstem do poruszenia ważnych kwestii dotyczących pozycji pendżabskich kobiet w społeczeństwie, aranżowanych małżeństw, honoru i kultury Wschodu. „Pikantne historie...” to także obraz pendżabskich emigrantów, którzy starają się odnaleźć w kulturze Zachodu. Niektórzy bez problemu przejmują nowe wzorce kulturowe, inni z kolei w zamkniętej enklawie przez kilkadziesiąt lat nie są w stanie nauczyć się nawet podstaw języka angielskiego. Pendżabskie wdowy mają swoje historie. We własnych gronie otwierają się i zaczynają mówić o swoich przeżyciach, potrzebach i sposobach ich zaspakajania. Jak można się domyślić wyniknąć mogą z tego same problemy. Co się stanie, gdy spisywane podczas zajęć opowieści wyciekną do szerszego grona odbiorców, albo co gorsza trafią do męskiej części społeczności? Czy siła kobiecości jednak zwycięży? Tego dowiecie się czytając „Pikantne historie dla pendżabskich wdów” (jak również tego, o co chodzi z tym bakłażanem).

To dość przyjemna lektura, mimo że nie zabrakło w niej dramatów (ale co się dziwić jeśli weźmie się poprawkę na społeczną rolę pendżabskich kobiet). Niektóre fragmenty mocno rozśmieszają, inne skłaniają do refleksji. Całość zamyka się w zgrabną opowieść, taką akurat na lato, kiedy fajnie jest posmakować trochę innej kultury ;-)  

08 sierpnia

Recenzja: Wotum nieufności - Remigiusz Mróz

Recenzja: Wotum nieufności - Remigiusz Mróz



„Wotum nieufności” od kilku miesięcy czekało cierpliwie na półce. Dopiero nieco rozczarowana „Czarną Madonną” postanowiłam dać szansę kolejnemu eksperymentowi Remigiusza Mroza. I bardzo się cieszę, że tyle zwlekałam z tą lekturą! Bo nie wiem jak wytrzymałabym prawie rok w oczekiwaniu na kontynuację rozpoczętej serii „W kręgach władzy”. A tak pozostało mi kilka miesięcy przebierania nóżkami do premiery kolejnego tomu! W końcu jakaś mroźna petarda, to najlepsza książka Mroza od czasu „Behawiorysty” (ale „Behawiorysta” wciąż na czele tabeli).

Prezydent Rzeczpospolitej rezygnuje ze sprawowania swojego urzędu. Zgodnie z konstytucją władzę w państwie przejmuje Marszałek sejmu – Daria Seyda. Uruchomiona zostaje machina zapisana w aktach prawnych i tradycji politycznej Polski. Ogłoszone zostają wybory prezydenckie, zgłaszają się reprezentanci poszczególnych ugrupowań politycznych gotowi do objęcia funkcji prezydenta oraz, jak to na nasze polskie realia przystało, wdrażane zostają różne pomysły na to jak dopchać się do politycznego koryta. Brzmi bardzo swojsko prawda?

Remigiusz Mróz stworzył alternatywny obraz współczesnej Polski, a zwłaszcza jej sfery politycznej. Mamy wykreowaną gwiazdę polityczną, która na bieżąco wrzuca do sieci snapy i walczy o uznanie różnych grup wyborców. Mamy Rosję (niestety bez Putina), która wtrąca się w nasze sprawy, mamy brudne polityczne gierki, trzecią władzę w postaci mediów, sondaże wyborcze, CBŚ, ABW, BOR-owików i wszystko to, co kształtuje naszą scenę polityczną. Fikcyjny świat polskiej polityki, który zbudował autor w I tomie „W kręgach władzy” fascynuje swoim realizmem. Do tego stopnia, że gdy zatopiona w lekturze, wyrwana z opisywanych wydarzeń zaczęłam przeglądać newsy byłam zdziwiona, że prawdziwe media milczą w sprawie zdarzeń opisywanych w „Wotum nieufności”.

Partie polityczne wymyślone na potrzeby powieści, postaci polityków, a także wszystkie wydarzenia koncentrujące się wokół kampanii wyborczej oraz wyborów prezydenckich zostały wykreowane tak dobrze, że nie mam im nic do zarzucenia. Jak w życiu tak i w książce czytelnik ma pełne prawo dokonać wyboru, któremu z kandydatów na prezydenta będzie kibicować. Szczególną rolę odgrywa dwójka faworytów: pełniąca tymczasowo obowiązki głowy państwa Seyda oraz polityczna gwiazda Patryk Hauer. Ciekawe, czy Wasze poglądy polityczne są tak mocno sprecyzowane, że będziecie twardo kibicować waszym faworytom, czy też weźmiecie pod uwagę inne czynniki. Lekturze towarzyszy sporo emocji, ale tym razem Remigiuszowi udało się dobrze wyważyć granice dramaturgi. O ile w przypadku jego pozostałych książek nasycenie wydarzeniami jest tak duże, że aż nieprawdopodobne, o tyle w przypadku „Wotum nieufności” przyjmuję te wydarzenia bez zastrzeżeń. Wierzę, że w naszym cudownym kraju wszystko zdarzyć się może. Może zatem to bardzo dobra książka, a może moja wielka wiara w polityków, którzy są zdolni do wszystkiego.

Jeżeli w prawdziwym życiu z zaciekawieniem obserwujecie sytuację polityczną w Polsce, ta książka zdecydowanie będzie się Wam podobać. A nawet jeśli zazwyczaj nie interesuje Was co w politycznej trawie piszczy, ale z wypiekami na twarzy obserwujecie przebieg kampanii wyborczej, dynamiczne zmiany w słupkach poparcia, dziwne zagrania polityków i pranie brudów, to też powinniście być zadowoleni. Ja jestem, nawet bardzo!


Ostatnia uwaga, a raczej dobra strategia czytelnicza: nie szukajcie na siłę powiązań pomiędzy postaciami wykreowanymi przez Remigiusza a naszymi prawdziwymi politykami. Potraktujcie świat z „W kręgach władzy” jako alternatywę dla tej naszej nie zawsze kolorowej politycznej rzeczywistości. Podobno kontynuacja ma sprawić, że realna polityka w Polsce okaże się tylko niewinną sielanką. Po poznaniu zakończenia „Wotum nieufności” spodziewam się wszystkiego w kolejnych częściach serii!

03 sierpnia

Recenzja: Po własnych śladach - Mariusz Koperski

Recenzja: Po własnych śladach - Mariusz Koperski



Pamiętacie jak pisałam o „Śmierci samobójcy”, czyli bardzo nieznanej zakopiańskiej powieści kryminalnej? Możecie o niej poczytać tutaj. Tymczasem całkiem niedawno swoją premierę miała jej kontynuacja, czyli „Po własnych śladach”. Kolejna książka Mariusza Koperskiego również została okrzyknięta zakopiańską powieścią kryminalną. Tym razem (na szczęście) nie spodziewałam się jednak barwnych opisów górskich szlaków ani akcji osadzonej gdzieś w górach. I chyba to uchroniło mnie przed rozczarowaniem.

Po rozwiązaniu sprawy, opisywanej w „Śmierci samobójcy”, sympatyczny i młody komisarz Karpiel przenosi się do Warszawy. Są święta Bożego Narodzenia, a Tomasz Karpiel wraca w rodzinne strony do rodziny. W wigilijną noc dochodzi do wypadku samochodowego, w którym ginie znienawidzony przez Karpiela biznesmen. Kilka lat wcześniej siostra komisarza uległa bowiem ciężkiemu wypadkowi samochodowemu, a sprawcą był nie kto inny jak Cyrwus, ofiara wigilijnego zdarzenia. Młody policjant szybko angażuje się w sprawę tajemniczego morderstwa. Również tym razem autor prowadzi nas przez zawiłości podhalańskiej kultury, która jest tłem dla wydarzeń opisywanych w książce, choć jest tego jeszcze mniej niż w pierwszej części. O ile jednak „Śmierć samobójcy” była klasycznym kryminałem, w którym nie było nic nadzwyczajnego, o tyle tym razem Pan Mariusz zastosował parę technik budzących zdumienie.

Zaskakujący fakt numer jeden, to wplecenie w fabułę zakopiańskiego kryminału elementów z pogranicza science fiction. Najnowocześniejsze technologie związane z projekcją oddziałującą na wszystkie zmysły – okej, mogłabym uwierzyć, że istnieją naprawdę. Ale że w Zakopanem? Nie mówię, że to był kiepski pomysł, jak dla mnie wzbogacenie akcji o wątki związane z wykorzystaniem technologii wnosi wartość dodaną do historii. Problem jednak w tym, ze odnosiłam wrażenie, że trochę to takie naciągane. Zaskakujący fakt numer dwa, to remiks kulturowy o jaki pokusił się Pan Koperski. Warto sięgnąć po ten kryminał choćby po to, aby sprawdzić w jaki sposób dr House mógł się przyczynić do rozwikłania tajemnicy morderstwa w sercu Tatr. Tak, chodzi o dr House’a z popularnego serialu o cynicznym lekarzu. Jak dla mnie jest to najmocniejsza zaleta „Po własnych śladach”. Dość zaskakujące połączenie, które ożywiło akcję. Właściwie dopiero wówczas udało mi się na dobre wciągnąć w fabułę książki.

Problem jaki mam z książką „Po własnych śladach” to trochę nieprzemyślany i chaotyczny rytm książki. Momentami wieje nudą, a momentami trudno było się oderwać od lektury. Pomieszanie chronologii wydarzeń też nieco zaburza odbiór i poziom zaangażowania w przedstawianą historię. I choć rozumiem, że zamysłem autora było wciągnięcie czytelnika w pewną grę, to jednak tym razem nie do końca się to udało.

Mimo wszystko uważam, że „Po własnych śladach” to całkiem niezły kryminał, który poleciłabym przeczytać w okolicach świąt Bożego Narodzenia. Siarczysty mróz, ośnieżone Zakopane i zimowy klimat świąt sprawią, że będzie to przyjemna i dość interesująca lektura. Przede wszystkim jednak, warto sięgnąć po nią po to, żeby dowiedzieć się jaką rolę w tym wszystkim odegrał dr House!

27 lipca

Recenzja: Czarna Madonna - Remigiusz Mróz

Recenzja: Czarna Madonna - Remigiusz Mróz

Obok tej gorącej (a zarazem mroźnej) premiery nie można było przejść obojętnie tego lata. Budowana przez wiele tygodni atmosfera tajemniczości i odsłanianie skrawków tajemnicy kawałek po kawałku sprawiły, że jeszcze na żadną książkę nie czekałam z tak wielką ekscytacją. Efektowny marketing, okrzyknięcie Remigiusza Mroza nowym Kingiem, aż w końcu kontrowersyjna okładka „Czarnej Madonny” zdają się robić wszystko, aby sięgnąć po najnowszą powieść Remigiusza Mroza.


Trzeba przyznać, że historia zaczyna się zachęcająco. W tajemniczych okolicznościach ginie samolot, który miał wylądować w Tel Awiwie z 530 pasażerami na pokładzie. Wśród nich jest Aneta, narzeczona Filipa, głównego bohatera „Czarnej Madonny”. Filip otrzymuje znaki, które wskazują na to, że za zniknięciem samolotu kryją się pozaziemskie moce. A kiedy okazuje się, że to nie tylko jedno tak tajemnicze zaginięcie samolotu, były ksiądz stara się rozwikłać tajemnicę, w której jak się wkrótce okaże, istotną rolę odgrywa obraz z wizerunkiem Matki Bożej w wersji nazywanej Czarną Madonną. Co się stało z zaginionym samolotem? Czy jesteśmy świadkami nadchodzącego Sądu Ostatecznego? Czy Apokalipsa według Świętego Jana właśnie się ziszcza? Czy czas ma jakiekolwiek znaczenie w obliczu wieczności? A wreszcie, czy siły zła są silniejsze od sił dobra? Tego dowiecie się sami, jeśli sięgnięcie po „Czarną Madonnę”.

W historii znaczącą rolę odgrywają siły nieczyste, czy mówiąc wprost – demony. I to chyba ten motyw sprawia, że „Czarnej Madonny” można się przestraszyć. W ostatecznym rozrachunku książka nie zniechęciła mnie do latania samolotami, ale sprawiła, że wieczorem gasząc światło czułam się nieco mniej pewnie niż zazwyczaj. Dreszczyk emocji był, ale jak widać nie umarłam ze strachu podczas lektury. Dzięki demonom momentami robiło się również obleśnie (o dziwo nie traktujcie tego jak zarzutu). Ależ te upadłe anioły potrafią sponiewierać człowieka! Uwaga spoiler: Sam i Dean Winchester z serialu „Supernatural” nie raczyli zjawić się, aby uratować sytuację. Może to i dobrze, bo cała historia skończyłaby się po kilkunastu stronach ;-)

Filip jest byłym duchownym. Jak na księdza przystało zna wszystkie modlitwy (również te po łacinie), a także całą historię Kościoła Katolickiego. Jak dla mnie, zna ją trochę zbyt dokładnie. Ponieważ to on jest narratorem w powieści, cała akcja przeplatana jest „świętością”. To najbardziej uduchowiona powieść, jaką czytałam od czasów najgłośniejszych dzieł Dana Browna. Z tym że, o ile w przypadku „Kodu Leonarda da Vinci” symbolika i historia Kościoła, była zgrabnie wpleciona w fabułę, o tyle w przypadku „Czarnej Madonny” przytaczanie różnych faktów związanych z religią wydaje się być nienaturalne. Oczywiście widać duży wkład pracy włożony w wyszukanie, opracowanie i wykorzystanie religijnych faktów historycznych do nadania wiarygodności stworzonej historii. Ja rozumiem, że specyfika gatunku, po jaki eksperymentalnie sięgnął Mróz tego wymaga, ale czytając byłam trochę przytłoczona nadmiarem tego wszystkiego. Do tego dochodzi jak dla mnie zbyt częste cytowanie fragmentów Nowego Testamentu oraz wszelkich możliwych modlitw. Mimo demonów, po lekturze czuję się uświęcona. Ta książka jest tak „święta”, że uznawanie jej jako kontrowersyjną ze względu na motyw Matki Boskiej na okładce wydaje się być dość absurdalne.

Przedstawiona historia wciąga, a podczas lektury bardzo chce się dowiedzieć co będzie dalej. Mróz jak zawsze bardzo dobrze budował napięcie, sprawiając, że pochłaniałam rozdział za rozdziałem. Mam więc mieszane uczucia względem „Czarnej Madonny”. Z jednej strony książka zapewniła mi kilka naprawdę emocjonujących wieczorów, z drugiej zaś sama historia była trochę jakby zbyt dziwna. Do tego wszystkiego rozwiązanie tajemnicy skrywanej w „Czarnej Madonnie” okazało się dla mnie zbyt pokrętne. Niby wszystko zostało wytłumaczone, jednak dla mnie cała historia koniec końców wydaje się być zbyt przekombinowana. Jak to na Mroza przystało nie brakuje elementu zaskoczenia. Tym razem zaskoczenie to, zamiast wprawić mnie w zachwyt sprawiło, że poczułam lekkie uczucie rozczarowania. Z całą stanowczością powiem, że „Czarna Madonna” nigdy nie będzie moją ulubioną powieścią. O wiele lepiej Mróz sprawdza się w innych gatunkach.

PS I jeszcze jedno: porównywanie Remigiusza Mroza do Kinga, to naprawdę marketingowy chwyt poniżej pasa. Ze szkodą dla wszystkich.
PPS Blurb książki kłamie. A tego nie lubię.

18 lipca

Recenzja: Lokatorka - JP Delaney

Recenzja: Lokatorka - JP Delaney
Czy pustka może być lekarstwem na traumę? Możesz wprowadzić się do olśniewającego, supernowoczesnego i ekstremalnie minimalistycznego apartamentu, jeśli tylko zgodzisz się na spełnienie szeregu warunków dotyczących użytkowania wnętrza i poddania się jego minimalistycznemu klimatowi. Odważysz się? A zatem zacznij od wymienienia listy rzeczy, bez których nie możesz żyć. A potem zasiądź do lektury „Lokatorki” JP Delaney i zastanów się jeszcze raz, czy na pewno tego chcesz.

Jeden apartament i dwie historie. Przeszłość przeplata się z teraźniejszością. Pierwsza była Emma, która po włamaniu do starego mieszkania stara się uporać z traumą i strachem. Wraz z chłopakiem przeprowadzają się do minimalistycznego mieszkania – arcydzieła architektonicznego. Parę przekonuje nowoczesny wystrój i bezpieczeństwo mieszkania, o które dba zaawansowane technologicznie specjalne programowanie zintegrowane z aplikacją na smartfona. Kolejna jest Jane, która po przeżytej traumie – urodzeniu martwego dziecka stawia na „nowy początek” w nowym, pięknym wnętrzu. Dwie z pozoru zupełnie różne historie, jednak coś je łączy. Kiedy Jane zaczyna dociekać, kim była poprzednia lokatorka jej mieszkania, akcja na dobre zaczyna się rozkręcać.

Lokatorka” to trzymający w napięciu thriller psychologiczny. Naprzemienna narracja dwóch bohaterek – lokatorek naprawdę ma sens w przypadku tej książki. Na przemian poznajemy perspektywę dwóch kobiet – jednej z przeszłości, drugiej z teraźniejszości. Miejsce akcji pozostaje niezmienne. Dreszczyku emocji dodaje myśl, że każdy zakątek tego pięknego wnętrza kryje w sobie jakieś tajemnice. Krótkie rozdziały trzymają w napięciu i sprawiają, że książkę czyta się niezwykle szybko. Autor dość dobrze oddaje sposób myślenia obu bohaterek, ich problemy i niekiedy spaczony ogląd rzeczywistości – jak to przystało na dobry thriller psychologiczny. Z każdym rozdziałem zbliżamy się nieco bardziej do odkrycia tajemnicy, a kiedy to się staje, może nie ma wielkiego zdumienia, ale wszystko zamyka się w zgrabną całość. Do mnie trafiła ta historia, bardzo podobało mi się też uchwycenie roli technologii w kształtowaniu poczucia bezpieczeństwa, a także obsesyjne dążenie do perfekcji.

Pamiętacie poprzednią recenzję, w której pisałam o „Bad mommy. Zła mama”? Nie sposób nie porównywać tych książek. Zbieżność gatunkowa i czasu premiery sprawiły, że obie pozycje wspięły się na szczyty list bestsellerów. Co je łączy? Przeprowadzka, motyw macierzyństwa, socjopaci, problemy psychiczne i pierwszoosobowe narracje. Jeśli miałabym jednoznacznie ocenić, która z tych książek jest lepsza, byłoby to bardzo trudne. Choć postać psychopatki jako głównej bohaterki „Bad mommy. Zła mama” wydaje mi się lepiej skonstruowana, a jej historia bardziej realna, o tyle „Lokatorka” może się poszczycić lepszym tłem: niezwykły apartament, wszechobecna technologia i tajemniczy Gospodarz – oprogramowanie, które dostosowuje funkcje mieszkania do nastroju i potrzeb mieszkańców. No czyż nie brzmi to niezwykle? No i jednak rozwiązanie tajemnicy z „Lokatorki” jest dla mnie znacznie lepszym zakończeniem, niż propozycja Pani Fisher w „Bad mommy. Zła mama”. Tak czy owak polecam lekturę obu i wyrobienie sobie własnego zdania na temat tego, która z nich jest lepsza. A może już czytaliście obie? Jeśli tak, to koniecznie dajcie znać, która podobała Wam się bardziej!

09 lipca

Recenzja - Bad mommy. Zła mama - Tarryn Fisher

Recenzja - Bad mommy. Zła mama - Tarryn Fisher

Zastanawialiście się kiedyś nad tym jak łatwo jest być stalkerem w dobie mediów społecznościowych? Nad tym jak rozwój technologiczny ułatwia życie psychopatom? Nie? To sięgnijcie po „Bad mommy. Zła mama” – najnowszą powieść Tarryn Fisher.

Wyobraź sobie, że wiedziesz sobie spokojne życie. Masz męża, śliczną córeczkę i jesteście po prostu szczęśliwi. Masz swój styl, lubisz nietuzinkowe elementy wyposażenia wnętrz, masz swoje ulubione restauracje, zajęcia i swój własny pomysł na instagramowy profil. Drobnostki, prawda? A gdyby tak Twoja nowa sąsiadka, z którą się zaprzyjaźniłaś kawałek po kawałku skradała małe cząstki Twojego życia kopiując je i przywłaszczając? W którym momencie poczujesz się niekomfortowo? W takie tarapaty wpakowała się Jolene. Do sąsiedniego domu wprowadza się tajemnicza Fig. Nowe sąsiadki szybko zaprzyjaźniają się… tylko czy ta przyjaźń jest bezpieczna? Dokąd to wszystko zmierza?

„Bad mommy. Zła mama” ma dość ciekawą konstrukcję. Na powieść składają się trzy części opisujące wydarzenia z perspektywy głównych bohaterów. Autorka stworzyła bardzo dobry portret psychologiczny psychopatki, niezłą postać socjopaty oraz obraz kobiety, której życie mocno się skomplikowało. Niestandardowym rozwiązaniem jest rezygnacja z przeplatania się narracji pomiędzy rozdziałami na rzecz skumulowanych części. Według mnie większe napięcie udałoby się zbudować, gdyby rozdziały te przeplatały się ukazując co rusz różny punkt widzenia i porządkując kolejność wydarzeń. Opis wydarzeń ukazany z perspektywy Fig jest niesamowicie ciekawym studium psychologicznym, podobnie jak druga część ukazująca logikę działania socjopaty. Trzecia część – historia opowiedziana z perspektywy Jolene okazała się trochę rozczarowująca. Myślę, że po trochę na zasadzie kontrastu względem wcześniejszych rozdziałów, a trochę przez zakończenie, które było mocno średnie. Ja czekałam na fajerwerki a dostałam co najwyżej zapalone zimne ognie.

Duży plus dla Tarryn za osadzenie akcji w bardzo realistycznej rzeczywistości co spotęgowało wrażenie, że taka historia mogłaby się przydarzyć każdemu z nas. Tak, tu i teraz. Wplecenie w akcję mediów społecznościowych, sposobów wykorzystywania Facebooka, Instagrama i innych aplikacji to sposób na zarysowanie cech naszego pokolenia cyfrowych nomadów, którzy za pośrednictwem sieci komunikują się i kształtują swój wizerunek. Być może opisana historia poniekąd będzie ostrzeżeniem względem nie tylko tego co publikujemy w sieci, ale także wysyłamy za pośrednictwem Internetu.

Bad mommy. Zła mama” to dobry thriller psychologiczny. Uwaga wciąga - całą książkę przeczytałam w jeden dzień. Krótkie rozdziały, trzymająca w napięciu akcja i chęć odkrycia jak zakończy się ta historia sprawiają, że trudno się oderwać od lektury. I choć poznawszy zakończenie nie zemdlałam z wrażenia, to sama lektura była naprawdę dobra.

01 lipca

Recenzja: Dzień dobry, północy – Lily Brooks-Dalton

Recenzja: Dzień dobry, północy – Lily Brooks-Dalton


Po książkę sięgnęłam zauroczona przepiękną okładką i obietnicą poznania zupełnie nowego oblicza samotności człowieka. Niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nigdy nie ocenia książki po okładce. Na tej gwiazdy mienią się i błyszczą robiąc na odbiorcy nieziemskie wrażenie. Gwiazdy są tutaj nieprzypadkowe. „Dzień dobry, północy” to przeplatające się dwie historie wybitnych w swoich dziedzinach badaczy kochających gwiazdy.

Augustine całe życie poświęcił badaniom gwiazd. Jego ostatnia placówka naukowa znajduje się na kole podbiegunowym, gdzie zostaje zupełnie sam, ponieważ odmawia wyjazdu podczas ewakuacji pozostałych członków ekipy. Sully bada kosmos, jest astronautką, członkinią załogi powracającego na Ziemię pojazdu kosmicznego. Załoga nie może nawiązać łączności z centrum kontroli lotów. Na ziemi, w cywilizowanym świecie dzieje się coś tajemniczego, niezbadanego, nie wiadomo czy ludzkość wyginęła, ani co się stało. Bohaterowie zaczynają przypuszczać, że są ostatnimi ludźmi na naszej planecie. W różny sposób odczuwają samotność i próbują sobie z nią radzić.

Książka jest pełna retrospekcji, w których poznajemy ważne momenty z życia bohaterów. Augustine, który zrezygnował z odczuwania emocji, w całości poświęcił się nauce i odkrywaniu tajemnic gwiazd. Samotna starość na odludziu skłania go do refleksji nad sensem tego wszystkiego. Dla niego to czas podsumowań i rozliczenia się z samym sobą. Z kolei członkowie załogi historycznej wyprawy w kosmos na ziemi zostawili swoje dotychczasowe życie. Niektórzy mieli rodziny, inni ambitne plany. Zostawili to, aby spełnić marzenie o byciu astronautą, badać wszechświat i zapisać się na kartach historii. Kiedy dociera do nich, że być może nie mają do czego wracać ich wyuczona samokontrola oraz przygotowania do stresujących sytuacji i długotrwałej izolacji okazują się nieskuteczne. W obliczu przenikliwego poczucia osamotnienia wszystko zaczyna tracić sens. Bo jeśli nie mają do czego wracać, to na co to wszystko?

Pomysł na książkę to według mnie strzał w dziesiątkę. Ukazanie problemu dotkliwej samotności w ten sposób, to z pewnością coś nowego i niestandardowego. Ja rozumiem, że istotą tej książki są odczucia i postawy jej bohaterów, a nie akcja i tło wydarzeń, jednak mi osobiście zabrakło wyjaśnienia tego, co tak naprawdę się stało ze światem, jaki znamy. Autorka nasyciła swoją opowieść długimi opisami, które bardzo spowalniały akcję. Ponieważ ja zdecydowanie lubię, gdy w książce dużo się dzieje, momentami bywałam znudzona lekturą. „Dzień dobry, północy” to bardzo spokojna i melancholijna powieść pełna przejmujących rozważań o tęsknocie, niespełnieniu, a także o tym co w życiu okazuje się najważniejsze. 
 
Tylko proszę, nie zrozumcie mnie źle, bo to całkiem dobra książka. Przedstawione historie bohaterów to piękny i zarazem smutny obraz naszych czasów, w których przedkłada się wartość poznawczą nad spełnieniem w życiu prywatnym. Ukazuje, że w tym ogromnym wszechświecie miłość do gwiazd może przesłonić wszystko inne. Uważam, że choć to nie jest typ lektury, którą czyta się z wypiekami na twarzy i niecierpliwym oczekiwaniem na to co będzie dalej, to warto odkryć co splata losy Augustina i Sully.
Copyright © 2016 Uwaga czytam , Blogger