08 grudnia

Dzieci księży. Nasza wspólna tajemnica – Marta Abramowicz

Dzieci księży. Nasza wspólna tajemnica – Marta Abramowicz


Autorka „Zakonnice odchodzą po cichu” wydała nową książkę. Tym razem postanowiła skupić się na dzieciach księży. Kiedy pierwszy raz (a było to w czerwcu 2017 roku na festiwalu książki w Opolu) usłyszałam jakim tematem postanowiła zająć się autorka, bardzo się ucieszyłam. Nie ukrywam, że po „Zakonnicach...” moje oczekiwania względem nowego reportażu były ogromne. Autorka próbowała zrozumieć co czują dzieci i matki księży oraz ich pozycję w społeczeństwie.

Marta Abramowicz na wstępie wspomina, że materiały do książki zbierała przez dwa lata, że dotarła do bardzo wielu osób, które znają przypadki księży, którzy złamali celibat i pełniąc posługę kapłańską mają dzieci. Jednocześnie tłumaczy, że „problem” ten jest powszechnie znany, ale stanowi temat tabu i bardzo trudno było skłonić do rozmów matki, dzieci księży, czy samych kapłanów. Ja mam jednak wrażenie, że autorce brakło determinacji. Na książkę składa się dosłownie kilka historii o dzieciach księży, a bardziej o matkach dzieci księży. Przy czym historie te są trochę… nijakie. Gołym okiem widać, że do książki zostały wprowadzone jedyne zgromadzone historie (na których publikację autorka zyskała zgodę), nie zaś te, które najlepiej odzwierciedlałyby istotę problemu lub ukazywałyby różne przejawy problemu, a przede wszystkim różne perspektywy. Przytoczone historie to jednak i tak najmocniejsza część tej książki. W momencie, kiedy dopiero co zaostrzył się mój apetyt i chciałam poznać kolejną historię okazało się, że… to już wszystkie opowieści, które udało się zgromadzić autorce. Mniej więcej w połowie książki kończy się wszystko to, co w niej najlepsze. Całe mięso zostało rzucone, dalej mamy już tylko okruchy.

W drugiej części autorka przytacza przeprowadzone przez siebie wywiady ze specjalistami (antropolożką, historykiem, byłym księdzem), które są raczej naukowymi dywagacjami nijak niepowiązanymi z opowiadanymi historiami. Czarę goryczy przelało jednak przeprowadzone przez autorkę badanie ankietowe… wśród studentów (głównie psychologii i socjologii, co już zupełnie wypacza wyniki). Może Was nie będzie to raziło, ale włączyło się moje zboczenie zawodowe i muszę to napisać: po raz kolejny autorka poszła po najmniejszej linii oporu. Naprawdę? Badanie ankietowe wśród trzech grup wykładowych ma nam powiedzieć cokolwiek o analizowanym problemie i pozwolić na diagnozę postaw wobec celibatu? Szczególnie, jeśli pytamy o to przyszłych socjologów i psychologów, którzy nie są reprezentatywną grupą, ze względu na inną wrażliwość społeczną. Jeśli autorce zależało na poznaniu opinii młodego pokolenia i miała ograniczone możliwości powinna pokusić się chociaż na przeprowadzenie badania na losowej próbie studentów jednej, czy dwóch uczelni (naprawdę można to zrobić nie wydając ani złotówki, mi do pracy magisterskiej jakoś się udało).

Nie sposób nie porównać „Dzieci księży...”, do „Celibatu. Opowieści o miłości i pożądaniu” Marcina Wójcika. Jeśli pamiętacie moją recenzję (a jeśli nie, to można ją przeczytać tutaj), byłam pod ogromnym wrażeniem tego, z jaką rzetelnością i obiektywizmem podszedł do tematu autor. Podczas gdy Marcin Wójcik starał się ukazać wielowymiarowość problemu, różne perspektywy oraz wiarygodne statystyki, Marta Abramowicz (mam takie wrażenie) poszła trochę na skróty i jedynie pokazała nam malutki fragment układanki. A szkoda, bo podjęła się naprawdę ciekawego tematu.

Z bólem serca to piszę, ale „Dzieci księży...” to chyba największe rozczarowanie tego roku. Po „Zakonnicach...”spodziewałam się, że nowa książka utrzyma poziom, tymczasem otrzymałam naprawdę słabą książkę. Jeśli interesuje Was temat celibatu, to zdecydowanie bardziej polecam wspomniany wcześniej reportaż Marcina Wójcika. O  posiadania dzieci przez księży, i reakcjach władz kościelnych na takie „wpadki” więcej dowiecie się z „Celibatu”, niż z „Dzieci księży”.

18 listopada

Cud grudniowej nocy - Magdalena Majcher

Cud grudniowej nocy - Magdalena Majcher


Jeśli macie ochotę na wprowadzenie siebie w świąteczny nastrój, to najnowsza powieść Magdaleny Majcher jest ku temu świetną okazją. Tym bardziej, jeśli nie lubicie typowych, często banalnych, świątecznych lovestory. Autorka przyzwyczaiła nas do tego, że w opowiadanych przez siebie historiach porusza trudne tematy. I choć książka przepełniona jest nostalgią i skłania do refleksji, to jednocześnie pełna jest ciepła i pomaga przypomnieć sobie co w świętach jest najważniejsze.

Jedna rodzina, dwa pokolenia, pięć kobiet. Każda z nich skrywa zupełnie inne troski i zmartwienia. Jest grudzień, trwa przedświąteczne szaleństwo. Każdy przygotowuje się do świąt na swój sposób. Dla jednych oznacza to gruntowne porządki, i szykowanie świątecznego menu, dla innych kupowanie prezentów albo zadbanie o to, aby każdy kąt mieszkania odpowiednio (czyt. świątecznie) prezentował się na Instagramie. Ale nie wszyscy czują magię świąt. Magdalena, jak co roku, zadbała o to, aby tę magiczną wigilijną noc spędzić w pracy. Teresa z kolei zmęczona corocznym stresem związanym z organizowaniem świąt pragnie świętego spokoju. Jej siostra, Maria marzy za to o czymś dokładnie odwrotnym: aby w końcu zgromadzić rodzinę przy wigilijnym stole. Tymczasem Kamila i Kinga mierzą się z własnymi, niespodziewanymi problemami. Czy zdarzy się tytułowy cud grudniowej nocy i każda z bohaterek odnajdzie szczęście w te święta?

Często bywa tak, że spoglądając na życie innych, nawet z naszego najbliższego otoczenia, wydaje nam się, że wiodą idealne życie. Tymczasem każdy skrywa jakieś sekrety. Niektórymi nieszczęściami żyje cała rodzina, ale ile smutków kryje się za drzwiami mieszkań, z dala od czujnego oka otoczenia? Historie bohaterek pokazują jak trudno jest zachowywać pozory szczęścia, ale także jak odnaleźć szczęście i nauczyć się dalej żyć po stracie. Przede wszystkim jednak pomagają na nowo odkryć, co tak naprawdę jest najważniejsze w świętach i jaka siła tkwi w rodzinie.

Magdalena Majcher w swojej świątecznej powieści porusza problemy, które są tak uniwersalne i ponadczasowe, że każdy odnajdzie coś dla siebie. Jednocześnie jednak osadza akcję w znanym nam świecie pełnym pompowanej przez marketing świątecznej gorączki trwającej już od listopada, idealnego świata Instagrama i innych mediów społecznościowych, czy niezobowiązujących relacji prosto z Tindera przy jednoczesnym odwołaniu do tradycji pielęgnowanej przez starsze pokolenie, czyli świąt okupionych szałem sprzątania, gotowania i dbania o to, aby wszystko przebiegło idealnie. A przecież w świętach nie jest najważniejsze to, aby spełniać oczekiwania innych, ale żeby spędzić je z tymi, z którymi chcemy. Bo na tym polega cud grudniowej nocy. Bo wigilia to najbardziej magiczny dzień całym roku. I choć w głębi duszy wie o tym każdy z nas, to warto sięgać po takie książki jak ta, aby sobie to na nowo uświadomić. Żeby usiąść i zastanowić się, co dla nas jest najważniejsze w świętach.

I pozwólcie, że zakończę cytatem:
W ten dzień chcemy wszyscy razem usiąść przy stole. Na chwilę zapomnieć o kłopotach. Wspólnie celebrować świąteczny czas, bo przecież cudem jest, że udało nam się znowu spotkać przy choince. Może nie w tym samym gronie, bo życie pisze różne scenariusze, ale nadal razem.

PS. Napisałabym, że to idealny pomysł na świąteczny prezent, ale uważam, że powinno ją się przeczytać przed świętami. Jednak jeśli robicie prezenty na Mikołajki to będzie to świetny prezent dla każdej kobiety ;-)

04 listopada

Karuzela – Paulina Świst

Karuzela – Paulina Świst


Ostry seks. Ostry język. Ostra jazda” - Paulina Świst pozostaje wierna swojej pisarskiej dewizie i wraca do nas z czymś nowym. I bardzo się cieszę, bo to już sprawdzony sposób na sukces, a „Karuzela” - pierwszy tom nowej serii zdaje się to potwierdzać.

Kilku znajomych prawników postanawia rozkręcić karuzelę podatkową, czyli z prawniczego na nasze: zarobić grube miliony na przekrętach dotyczących vatu. Wśród wspólników są Oni. Przyjaźnią się od czasów studenckich. Oboje tkwią w bezsensownych małżeństwach. Ola żyje z mężem hazardzistą, Piotrek z żoną chorą psychicznie. Obrzydliwie bogaci, ale sfrustrowani swoimi małżeństwami szukają pocieszenia w zdecydowanie milszym towarzystwie. W końcu rodzi się między nimi uczucie. Wszystko świetnie się układa, ale do czasu. Coś poszło nie tak, ktoś ich zdradził i doniósł do organów ścigania. Olka trafia do więzienia. Kto doniósł? Czy dla prawniczki istnieje jeszcze jakiś ratunek? Być może, bo do akcji wkraczają doskonale znane nam z wcześniejszych książek autorki Kinga i Lilka.

Mam wrażenie, że z każdą kolejną książką Paulinie wyostrza się poczucie humoru. Dialogi między głównymi bohaterami są bezbłędne. Czytasz i się śmiejesz, nie ma innej opcji. Potoczny język, odniesienia do kultury masowej i jej aktualnych trendów (nawet radiowy hit znany z „weź nie pytaj, weź się przytul” został wpleciony w dialog między Olą a Piotrkiem) sprawiają, że jak zwykle książka tej autorki stanowi świetną rozrywkę i miłą odskocznię od tego, co czytam zazwyczaj. Ale ważna jest też fabuła. Choć jest to naprawdę krótka książka, to dzieje się sporo. I nie mam tu na myśli wyłącznie scen erotycznych. Uczciwie trzeba przyznać, że fabuła nie jest skomplikowana ani przesadnie rozbudowana. Otrzymujemy za to krótką, ale pokręconą historię niezłych łobuzów. No bo jak to tak, prawnicy? Tacy (delikatnie rzecz ujmując) nieuczciwi, z kryminalistami się dogadują? No niezły obraz prawniczego świata przedstawia nam wciąż nie ujawniająca swojego prawdziwego nazwiska autorka reprezentująca środowisko, o którym takie niegrzeczne rzeczy pisze.


Jeszcze jedno, przypominam, że książki Pauliny Świst to ten rodzaj literatury, który ma służyć czystej, prostej rozrywce. Nie oczekujcie więc wzniosłego języka, czy wyrafinowanej kompozycji. Jeśli rażą cię przekleństwa, albo potoczny język raczej nie sięgaj po tę książkę. Tym, którzy czytali poprzednie książki Pauliny Świst powiem tyle: autorka trzyma poziom i korzysta ze sprawdzonych w poprzednich książkach rozwiązań, jak choćby oddanie głosu obojgu głównych bohaterów ;-)

04 listopada

Czarownice nie płoną – Jenny Blackhurst

Czarownice nie płoną – Jenny Blackhurst


Czy tylko ja uważam, że dzieci w horrorach są najbardziej przerażające? Gdy sięgnęłam po thriller psychologiczny „Czarownice nie płoną” zamiast starać się jak najszybciej rozwiązać zagadkę tajemniczych zdarzeń, do których zaczęło dochodzić w małym prowincjonalnym miasteczku, gdy pojawiła się w nim Ellie, ja dałam się wciągnąć w grę, która niejednokrotnie przyprawiała mnie o dreszcze.

Kiedy cała rodzina Ellie ginie w pożarze domu, jedenastoletnia dziewczynka trafia do rodziny zastępczej mieszkającej w Lichocie. Mniej więcej w tym samym czasie do swojego rodzinnego miasta wraca Imogen – psycholożka, która chce rozpocząć nowe życie. Za wszelką cenę chce pomóc dziewczynce poradzić sobie ze stratą, samotnością oraz odnaleźć w nowej sytuacji. Nie może być przecież tak, że o wszelkie zło oskarża się małą, bezbronną dziewczynkę, która boryka się z traumą po stracie całej rodziny. Dziwnym trafem jednak, złe rzeczy dzieją się tym, którzy w jakikolwiek sposób narażą się Ellie. Czy to możliwe, aby dziewczynka siłą woli robiła krzywdę innym? I czy miała coś wspólnego z pożarem, w którym zginęła jej rodzina?

To jest naprawdę mroczna historia. Cały świat wykreowany przez autorkę tworzy klimat jak z horroru. Mamy tu małe miasteczko w którym każdy zna każdego i żadna tajemnica się nie uchowa, nawet jego nazwa (Lichota) jest przygnębiająca. Trudne do wyjaśnienia zdarzenia, dziwne wypadki i przypadki, czytając łatwo odnieść wrażenie, że zło czai się tuż za rogiem. Do tego dochodzi smutna mała dziewczynka, która nie potrafi zdobyć akceptacji rówieśników. W całej urzędniczej machinie nieco po macoszemu potraktowano jej przypadek, a przecież niemal na jej oczach zginęła cała rodzina. Jest samotna i szuka za wszelką cenę akceptacji oraz kogoś, kto byłby do niej przychylnie nastawiony. No i jest jeszcze Imogen, psycholożka borykająca się z własnymi problemami, pełna wątpliwości i determinacji by pomóc dziewczynce. Młoda kobieta robi wszystko co w jej mocy, walczy o normalne warunki sprzyjające rozwojowi Ellie. Aby to się udało musi jednak zmierzyć się z demonami przeszłości, które zostawiła opuszczając Lichotę wiele lat wcześniej. Jej zaangażowanie znacznie wykracza poza standardy zawodowe, ale może tylko tak da się pomóc Ellie?

Autorka nie tylko stworzyła niesamowity klimat, ale także poruszyła istotne tematy takie jak brak akceptacji otoczenia, czy wpływ dysfunkcyjnej rodziny na dorosłe życie osób, które nie zaznały ciepła domowego ogniska. Żal mi serce ściskał gdy rozdział po rozdziale odkrywałam z czym na co dzień musi borykać się Ellie. Autorka bardzo dobrze przedstawiała perspektywę dziewczynki – co prawda nie była to narracja pierwszoosobowa, ale oddawała sposób myślenia dziecka. I choć bulwersowało mnie to, z jaką reakcją otoczenia spotykała się Ellie, muszę przyznać, że i mnie przerażała.

Zwykle w thrillerach najważniejsze jest dla mnie rozwiązanie zagadki. „Czarownice nie płoną” są tu poniekąd wyjątkiem. Oczywiście, że byłam ciekawa jak to się wszystko skończy, nawet częściowo przewidziałam finał, ale o wiele bardziej doceniam tym razem klimat, który sprawił że wielkie emocje towarzyszyły aż do ostatniej strony. „Czarownice nie płoną” to jeden z lepszych thrillerów tego roku, to historia która przeraża, bulwersuje, czasem wywołuje współczucie, czasami gniew. Jedno jest pewne, to jedna z tych książek, która zostaje w głowie na dłużej i skłania do zastanawiania się, jak dalej potoczyły się losy dziewczynki i całej Lichoty.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Albatros.


30 października

Lissy – Luca D’Andrea

Lissy – Luca D’Andrea


Istota zła”, czyli debiutancka powieść Luci D’Andrei ujęła mnie majestatem gór, ukazaną siłą natury i klimatem, który udało się stworzyć w tamtej historii. I oto autor powraca z kolejną powieścią, której akcję osadza gdzieś tam za górami, za lasami, za siedmioma wodami. Czy tak nie zaczynają się baśnie? Owszem. Czy „Lissy” jest czymś, co mogłoby się wpisać w ramy tego gatunku? Może poniekąd jest, ale bliżej jej do mrocznej opowieści typu „Jaś i Małgosia” braci Grimm niż do współczesnych disneyowskich cukierkowych bajek. Przede wszystkim jednak „Lissy” to naprawdę mroczny thriller. Po raz kolejny autor funduje nam międzygatunkową niespodziankę, którą niezwykle trudno zamknąć w jednej szufladzie.

Przenieśmy się w okolice Tyrolu lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Marlene ma misternie uknuty plan. Chce zerwać ze swoim dotychczasowym, dostatnim życiem u boku męża zbira. Podejmując decyzję o wcieleniu planu w życie, szybko rozbija się on o rzeczywistość. Oczywiście, że coś poszło nie tak. Na skutek nieoczekiwanych zdarzeń, Marlene ze swojej pięknej rezydencji trafia do bardzo skromnej pustelni położonej wysoko w górach. Jej gospodarz, Simon Keller obejmuje bohaterkę troskliwą opieką. Pomiędzy nimi nawiązuje się pewna nić porozumienia, choć jak się wkrótce okaże, każde z nich skrywa pewne tajemnice. Ona poszukiwana jest przez męża, który wydał na nią wyrok śmierci – zlecając poszukiwania tajemniczemu Zaufanemu Człowiekowi „pociągnął za spust”. Simon z kolei z oddaniem pielęgnuje swoje dzieci (świnie) oraz kontynuuje rodzinne tradycje przepisywania Biblii. No i jest jeszcze Lissy. Kochana Lissy, mała Lissy. Lissy, która wciąż jest głodna (na samo jej wspomnienie przechodzą mnie dreszcze!).

Autor prowadzi wielotorową narrację. Oprócz dwóch najważniejszych perspektyw ukazujących akcję poszukiwania żony przez Herr Wegenera oraz poczynania Marlene i Simona ukrytych w niemalże odciętej od świata pustelni, mamy okazję podróżować w czasie. Poznajemy wówczas istotne fakty dotyczące zdarzeń minionych, które wywarły istotny wpływ na głównych bohaterów. Poznając przeszłość Marlene, Simona Kellera oraz Herr Wegenera doszłam do przekonania, że to właśnie ludzie i ich dramaty są kluczowym elementem tej historii. Każdy z nich ma inną historię, każde z nich przeżyło całkiem sporo w swoim życiu. I każde z nich postradało zmysły na swój własny, oryginalny sposób. Autor kreuje postacie bardzo kompleksowo, to nie są przypadkowi ludzie, ale skomplikowane konstrukcje psychiczne. Wszystko co dzieje się w ich głowach wynika z wcześniejszych doświadczeń, które raz po raz autor przedstawia nam wtrącając opowieści dotyczące przeszłości bohaterów.

Muszę przyznać, że motyw poszukiwań Marlene w ogóle nie zrobił na mnie wrażenia i mógłby w ogóle nie pojawić się w tej powieści. Jednak to, co wydarzyło się tam wysoko w górach, w tej małej i mrocznej pustelni szokowało i przerażało jednocześnie. Kochana Lissy, mała Lissy. Kim jest? Czego chce? Gdzie kryje się prawdziwe zło? I czy da się coś z tym wszystkim zrobić, aby wszyscy żyli długo i szczęśliwie?

Muszę przyznać, że „Lissy” to jedna z bardziej oryginalnych propozycji wśród thrillerów psychologicznych. Autor prowadzi z nami grę, trochę nas oszukuje próbując sprowadzić nas na manowce mamiąc nam oczy poszukiwaniami prowadzonymi przez tajemniczego Zaufanego Człowieka, podczas gdy zło przybrało zupełnie nieoczekiwaną postać. Poza tym, odwołanie się do motywów baśniowych, o których nie bez powodu wspominałam na początku to coś, czego zupełnie nie spodziewałam się w tego typu powieści. Największą jednak tajemnicę skrywa Lissy... ale jaką musicie odkryć sami.

13 października

Na krawędzi – A. F. Brady

Na krawędzi – A. F. Brady


Na krawędzi” to debiutancka powieść A. F. Brady – nowojorskiej psychoterapeutki, która zainspirowana doświadczeniami zawodowymi napisała książkę BARDZO psychlogiczną. Podobno to thriller, choć mi zabrakło w nim typowego dla tego gatunku napięcia. Najważniejsze jest jednak to, że autorka wprowadza nas za bramy pewnego centrum psychiatrycznego, a tam zastajemy istny „dom wariatów”. Tylko kto jest bardziej nienormalny: pacjenci? A może terapeuci też mają swoje za uszami?

Samantha James postrzegana jest jako najlepsza terapeutka w centrum psychiatrycznym Tyflos. Ulubienica przełożonej, szanowana i podziwiana przez współpracowników, nigdy nie odmawia pomocy i godzi się brać na swoje barki najcięższe przypadki. Świetnie sobie ze wszystkim radzi. A tak przynajmniej myślą inni. W rzeczywistości to rozchwiana emocjonalnie alkoholiczka, która raz za razem popełnia błędy życiowe i zawodowe. Tymczasem do ośrodka trafia tak zwany „trudny pacjent”. Richard nie chce współpracować, jego dokumentacja medyczna niewiele o nim mówi, nikt nie potrafi nawiązać z nim kontaktu. Sam po raz kolejny chcąc udowodnić, że jest wartościowym człowiekiem i terapeutą godzi się na przejęcie opieki nad tajemniczym pacjentem. Daje się wplątać w dziwną grę i wkrótce tak naprawdę trudno powiedzieć kto tu jest pacjentem, a kto terapeutą.

Główna bohaterka to mocno pokręcona postać. Jej psychika jest bardzo krucha, podejmuje decyzje, które działają na nią autodestrukcyjnie. Zupełnie nie radzi sobie ze swoim prywatnym życiem, mimo że bardzo dokładnie analizuje sytuacje, w których się znajduje i opisuje je w swoim „pamiętniku”, bo taką konwencję przyjęła autorka powieści. To co robi po godzinach oczywiście wpływa także na jej życie zawodowe. Popełnia tyle rażących błędów, że to aż niedorzeczne, że zbudowana przez nią fasada nie legła w gruzach. Przed większością współpracowników udaje jej się ukrywać swoje przewinienia. No, ale pamiętajmy, że mamy do czynienia z „domem wariatów”. Ale zaraz, czy to nie oznacza, że Sam codziennie styka się ze specjalistami od zdrowia psychicznego? Ze specjalistami, którzy nie zauważają stanu swojej koleżanki lub nie chcą go zauważać narażając przy tym zdrowie i życie pacjentów ośrodka. Dla mnie to dość absurdalny i niedorzeczny aspekt tej historii.

Autorka trafnie przedstawia to, jak relatywnym pojęciem jest „normalność” i jak niewiele różni terapeutów od ich pacjentów. Pewnie nieraz słyszeliście opinię, że na psychologię idą ci, którzy sami potrzebują pomocy psychologa. Otóż nasza główna bohaterka jest doskonałym potwierdzeniem tej tezy. Przy czym jak dla mnie, autorka stworzyła zbyt przerysowaną postać. Do tego stopnia, że po każdym kolejnym „problemie” jaki pojawiał się wskutek postępowania głównej bohaterki myślałam, że teraz to już na pewno zawiną ją w kaftan, ale nie, bo po co, przecież jest super terapeutką. Mam nadzieję, że w prawdziwym świecie nie dochodzi do podobnych sytuacji, bo to naprawdę niewiarygodne i niedopuszczalne (co znaczy, że w Polsce pewnie tak jest ;-)).

Zabierając się za lekturę „Na krawędzi” byłam przekonana, że to thriller psychologiczny. Zaczęłam czytać oczekując momentu, w którym wreszcie zdarzy się coś, co będzie choćby zalążkiem mrocznej tajemnicy, którą musimy odkryć. Tymczasem bohaterka opowiadała nam o kolejnych dniach w pracy, kolejnych wieczorach mocno zakrapianych alkoholem spędzanych w towarzystwie swojego mocno pokręconego partnera i dziwnej grupy znajomych. Dzień za dniem, godzina za godziną. Żadnego trupa w szafie, żadnego dreszczyku emocji, nic co wskazywałoby na to, że trzymam w rękach thriller, za to szczegółowe analizy psychologiczne bohaterki, która racjonalizowała swoje zachowanie. Dlatego byłabym daleka od szufladkowania tej książki jako thrillera psychologicznego. To niewątpliwie powieść psychologiczna, ale bardziej dramat niż thriller.

To co muszę docenić, to bardzo interesujący klimat jaki udało się stworzyć autorce. Książka jest dość mroczna. Przedstawienie świata zza bram centrum psychiatrycznego to zawsze interesujący mnie motyw. Zwykle jednak głos oddaje się pacjentom, ukazując ich perspektywę lub skupiając się na ich problemach. Ukazanie problemów z jakimi zmaga się personel zakładu zamkniętego oraz tego, jak wielka ciąży na nich odpowiedzialność, to coś co wzbudziło we mnie największe zainteresowanie. A jednocześnie było źródłem największej frustracji: no bo jak tak można pozwolić, aby ktoś kto sam potrzebuje natychmiastowej pomocy specjalisty od zdrowia psychicznego miał w swoich rękach tyle władzy…

Ja nie do końca „kupuję” tę historię, nawet zakończenie nie było jakoś specjalnie zaskakujące (skoro miał być to thriller, to tego bym tu oczekiwała!). Jakoś za dużo „ale” nazbierało mi się w przypadku tej książki. Co ciekawe, w międzyczasie czytałam sporo pochlebnych opinii na jej temat, dlatego może warto ją przeczytać i wyrobić sobie własne zdanie?

20 września

Nikt nie idzie – Jakub Małecki

Nikt nie idzie – Jakub Małecki

Wiecie co jest fajnego w blogowaniu o książkach? To, że dzięki propozycjom od wydawnictw czasami trafiam na takie perełki jak „Nikt nie idzie”. W życiu nie pomyślałabym, że tak bardzo spodoba mi się ta książka, że zostanie w mojej głowie na dłużej. Niepozorna, niezbyt długa. A jednak potrafi zrobić na odbiorcy piorunujące wrażenie.

Olga jest trochę rozbitkiem w tym skomplikowanym, współczesnym świecie. Niby młoda, zdolna i ambitna, a jednak nie do końca potrafi znaleźć dla siebie miejsce na ziemi. Poznajemy ją po urywkach z życia, niby przypadkowych, a jednak niezwykle znaczących. Pewnego dnia spotyka niepełnosprawnego mężczyznę (chłopca? młodzieńca?) w niezwykle trudnym dla niego momencie. Coś każe jej nawiązać z nim kontakt, zaopiekować się przypadkowo spotkanym Klemensem. Kim jest ten młodzieniec oraz jaka jest jego historia dowiadujemy się z rozdziałów poświęconych jemu i jego rodzinie. Istotne momenty z życia obojga bohaterów, naładowane niezwykłym ładunkiem emocjonalnym, doprowadzają nas do tego dziwacznego „tu i teraz”.

Gdy zaczynałam czytać tę lekturę, poczułam ukłucie rozczarowania, gdy okazało się, że nie jest o tym, o czym pomyślałam, że jest na podstawie opisu z okładki. Wiecie:
ona samotna, on samotny i zamknięty we własnym świecie. Ich losy przetną się ponownie na skrzyżowaniu ulic w chwili tragicznego zdarzenia
oraz obietnica buzujących wielkich emocji sugerowały, że to będzie smutna historia o trudnej miłości. Ale to zupełnie nie tak. Choć rzeczywiście buzowały wielkie emocje, a i nieszczęśliwej miłości nie zabrakło, to zupełnie nie w ten sposób, którego się spodziewałam. To nie była kolejna banalna historia o miłości, to skomplikowany twór, który zmuszał czytelnika do czynienia wielu domysłów, przeżywania trudnych chwil razem z opisywanymi postaciami.

Mimo, że szybko okazało się, że nie takiej historii się spodziewałam, coś kazało mi czytać dalej. Był to kunszt z jakim Jakub Małecki pisze o emocjach, o zdawałoby się losowych scenach z życia przypadkowych postaci. Wydaje nam się, że to tylko sztuka dla sztuki. A jednak wszystko nabiera sensu, z rozsypanych kawałków układanki dochodzimy do tego, co chciał nam przekazać autor. Zachwyciło mnie to, w jak subtelny sposób Małecki wplata w fabułę tak wiele trudnych tematów, między innymi: niepełnosprawność, samotność, poszukiwanie własnej ścieżki, radzenie sobie ze stratą, czy branie odpowiedzialności za decyzje podjęte w przeszłości. Poznajemy bohaterów w obliczu trudnych momentów życiowych, które odbiły niejedno piętno na ich życiu i poprowadziły ścieżką, której się pewnie nie spodziewali. A wszystko to wplecione w taką do bólu realistyczną współczesność. To nostalgiczne historie z życia wzięte, które są idealne na długie jesienne wieczory skłaniając do refleksji. 

Wiecie co jest najtrudniejsze w tej lekturze? Świadomość, że „takie rzeczy po prostu się zdarzają...”. Mimo, że to historie zupełnie obcych ludzi, z którymi nawet nie musimy się w żaden sposób utożsamiać, to „Nikt nie idzie” ma pewien uniwersalny wymiar, który sprawia, że każdy odbiorca znajdzie w niej swoje głęboko skrywane obawy. Zabierając się za tę książkę miejcie świadomość, że historia w niej opowiedziana zostanie z Wami na dłużej.

Copyright © 2016 Uwaga czytam , Blogger