15 października

Recenzja: Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu - Marcin Wójcik

Recenzja: Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu - Marcin Wójcik

Po dzisiejszej recenzji mogą zabrzmieć głosy oburzenia, bo dziś o wcale nie łatwym temacie jakim jest celibat w Kościele Katolickim. Marcin Wójcik, absolwent Papieskiej Akademii Teologicznej, a przede wszystkim bardzo dobry reporter, pokusił się o zgłębienie bardzo śliskiego tematu. I przyznam, że podszedł do niego bardzo rzetelnie.

„Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu” to zbiór historii ukazujących różne podejście do kwestii czystości i wstrzemięźliwości polskich duchownych. Historie przeplata spora dawka faktów dotyczących historii celibatu. Mam wrażenie, że każdy ksiądz (czy kandydat na duchownego) inaczej definiuje to, czym tak naprawdę jest ten celibat i z tą swoją definicją kroczy przez życie duchowne. Dopiero gdy pojawiają się zgrzyty pomiędzy własną definicją, oczekiwaniami Kościoła i własnym postępowaniem pojawiają się problemy.

Choć autor przyznaje, że w książce możliwe było ukazanie tylko pewnej części Kościoła, to uważam, że całkiem dobrze udało mu się ukazać wielowymiarowość problemu celibatu. Opowiedziane historie odwołują się do różnych doświadczeń, innych postaw i „wykroczeń”. Cieszę się, że Pan Marcin Wójcik nie ograniczył się do opisania kilku historii księży mających nieślubne dzieci, ale zahaczył również o temat homoseksualizmu, pedofilii, uzależnień, przemocy. Co ważne, ukazano także perspektywę księży, którzy z pełnym poświęceniem zgadzają się na celibat i trwają w nim, walcząc ze swoimi słabościami. Poznajemy nawet przykład z Kościoła Prawosławnego, gdzie celibat nie obowiązuje.

Duży szacunek dla autora za umiejętność bezstronnego podejścia do tematu. Pan Wójcik starannie prowadzi narrację, ale nie ocenia i nie wydaje wyroków. W niejednoznacznych sprawach przedstawia stanowisko wszystkich stron i pozostawia czytelnikowi możliwość oceny zgodnie ze swoim sumieniem.Tam gdzie to możliwe prosi o zabranie głosu ekspertów (w tym seksuologa Zbigniewa Lwa-Starowicza!).

Chce się rzec, że za sprawą autora docieramy do najmroczniejszych zakamarków Kościoła Katolickiego. Jeśli przytaczane w książce statystyki nie kłamią, to 60% księży jest lub było w związku z kobietami. Jeśli dołożyć do tego trudne do oszacowania statystyki dotyczące homoseksualizmu w seminariach i wśród duchownych w ogóle, to… no cóż, nie są to żadne zakamarki, a wielkie jasno oświetlone sale.

Początkowo miałam wrażenie, że książka ta w żadnym wypadku nie jest atakiem na Kościół jako instytucję, bo opisywane historie dotyczą indywidualnych jednostek. Przecież człowiek to słaba istota i ma prawo do błędów. Ale im dalej w las tym ciemniej. Po skończonej lekturze nie mam pretensji do księży, którzy postanowili ułożyć sobie życie zakładając rodziny. Jednego nie potrafię przeboleć – zamiatania pod dywan problemów i postawy władz kościelnych w sytuacjach gdy innym działa się krzywda (sprawy dotyczące pedofilii, czy wykorzystywania seksualnego). Sięgając po lekturę „Celibatu” poznacie historie miłosne, które w żaden sposób nie bulwersują (no, przynajmniej mnie… póki nikogo nie ranisz rób sobie co chcesz księże!), ale poznacie również opowieści, po których jestem głęboko rozczarowana postawą Kościoła. No cóż, takie historie i tak prędzej czy później wypływają, nawet jeśli Kościół odwraca oczy. A niestety odwraca je bardzo często, a do tego mocno je zaciska. 

Może i książka ta nie omawia nowego zjawiska, no bo kto nas nie słyszał w swoim otoczeniu o księdzu, który ma nieślubne dziecko, albo zrzucił sutannę dla kobiety/mężczyzny. Takie zdarzenia są już tak powszechne, że nie wywołują większych kontrowersji. Mimo to, bardzo się cieszę, że powstał ten reportaż, a także że po niego sięgnęłam, bo to bardzo interesująca i wciągająca lektura, która skłania do refleksji, że tak naprawdę w obecnej sytuacji nie ma dobrego rozwiązania. Same problemy z tym celibatem, ale czy bez niego byłoby łatwiej? 


08 października

Recenzja - Lewy. Jak został królem - Łukasz Olkowski, Piotr Wołosik (audiobook)

Recenzja - Lewy. Jak został królem - Łukasz Olkowski, Piotr Wołosik (audiobook)


Nie jestem wielką fanką piłki nożnej, tym bardziej nie czuję się ekspertką w tej dziedzinie. Po biografię Roberta Lewandowskiego sięgnęłam za sprawą Audioteki, w której książka ta dostępna jest w formie audiobooka. Na początku roku sięgnęłam po biografię Kuby Błaszczykowskiego, którą razem z piłkarzem napisała Pani Domagalik. Byłam zachwycona, o czym zresztą możecie poczytać tutaj. Pomyślałam zatem, że przy okazji świetnych występów Lewego na meczach w eliminacjach do Mistrzostw Świata w Rosji, interesującą odskocznią od bieżących lektur będzie biografia naszego orła. Co oferują nam zatem Łukasz Olkowski i Piotr Wołosik, czyli autorzy książki „Lewy. Jak został królem”? Już spieszę z odpowiedzią.

W książce przedstawiono chronologię wydarzeń ukazując drogę, jaką przeszedł piłkarz: od małego Bobka, do światowej sławy gwiazdy futbolu – marki samej w sobie, którą wielbią miliony. To taki standardowy opis dziecięcej kariery młodego Lewandowskiego, jego pierwszych sukcesów i porażek. W książce znajdują się jednak praktycznie same znane wcześniej fakty. Pierwsza część biografii opisująca dziecięce zawzięcie i rozwój sportowy Lewego zainteresował mnie jednak z innego powodu. Z opisu wydarzeń wyłania się obraz dostępnej w latach 90. infrastruktury i organizacji szkolenia sportowego młodych sportowców. To okres, kiedy nie było jeszcze „Orlików” na każdym większym osiedlu, jakość nawierzchni boiska wołała o pomstę do nieba, a zaplecze techniczne (np. szatnie w dziurawych barakach) pozostawały wiele do życzenia. A jednak dało się. Lata wyrzeczeń, ciężka praca podejmowana od wczesnych lat dzieciństwa przyniosły efekty. Pamiętajmy, że Robert ani żaden inny piłkarz światowej klasy nie urodził się na boisku, a to co osiągnęli to efekt ich wyborów i determinacji. Kolejne rozdziały, to opis kariery, kolejnych transferów i wspomnienie sensacji medialnych, o których i tak było głośno w mediach.

Autorzy stworzyli biografię Roberta Lewandowskiego w oparciu o informacje pochodzące z wywiadów i opowiadań znajomych oraz osób z otoczenia Lewego. Zabrakło jednak wypowiedzi i punktu widzenia najbliższych oraz oczywiście samego Roberta. Pisanie biografii za plecami głównego zainteresowanego sprawia, że brakuje tego emocjonalnego przekazu, jaki dawało się wyczuć w (auto)biografii Błaszczykowskiego (przepraszam, ale chyba nie obejdzie się bez porównań). Tutaj zabrakło charakterystyki tego, jaki jest Lewandowski prywatnie, a przecież to również ma ogromne znaczenie w drodze na szczyt!

Książkę czyta się (słucha) całkiem przyjemnie, choć nie wywołała ona we mnie żadnych większych emocji. Nawet wyjaśnienia zawirowań w znajomości z Błaszczykowskim przedstawione są jakoś bez polotu. Może lepiej gdyby autorzy wzięli przykład z Kuby i przemilczeli ten wątek skoro nie mogli nawet wpleść w niego stanowiska Lewandowskiego. To nie jest biografia, po której albo pokochasz, albo znienawidzisz opisywaną osobę. Przyjmuję tę dawkę informacji jako interesującą, ale moja opinia o Robercie nie ulega zmianie. Wciąż uważam, że jest to świetnie wypromowany produkt marketingowy, a sposób ukazania go w biografii tylko to potwierdził.


Z tej biografii absolutnie nie dowiecie się jaki naprawdę jest Robert Lewandowski. Nie da się tego zrobić pisząc biografię na podstawie doniesień medialnych i opinii otoczenia bez uwzględnienia głosu najbliższych i Lewego. Poznacie jednak jego drogę kariery sportowej. Uporządkujecie swoją wiedzę na temat tego, kiedy i w jakich klubach grał, a także w jakich okolicznościach dochodziło do transferów pomiędzy klubami. Wreszcie, przypomnicie sobie jego karierę w kadrze narodowej.  

17 września

Recenzja: Dwór cierni i róż – Sarah J. Maas

Recenzja: Dwór cierni i róż – Sarah J. Maas

Fantastyka młodzieżowa ma to do siebie, że błyskawicznie wciąga i stanowi dobrą odskocznię od codzienności. „Dwór cierni i róż” to książka porównywana do baśni o Pięknej i Bestii, adresowana do fanów twórczości George. R.R. Martina. „Dwór cierni i róż” to także obietnica podróży do magicznego świata czarodziejskich istot. Co z tego okazało się prawdą?

Główna bohaterka – Feyra poluje, aby zapewnić byt swojej rodzinie. Podczas jednej z wypraw do lasu zabija ogromnego wilka, który okazuje się być faerie, czarodziejską istotą zza muru oddzielającego świat ludzi. W ramach zadośćuczynienia musi udać się na resztę swojego życia za mur, do Prythianu. Goszcząc na dworze pochodzącego z Wysokiego Rodu Tamlina poznaje prawa rządzące Prythianem, ale również Tamlina – bestię, która zabrała Feyrę z jej ubogiej chaty. Sprawy, jak to zwykle bywa w zaczarowanych miejscach, komplikują się. Prawdziwa akcja rozkręca się mniej więcej w połowie książki. Główna bohaterka staje przed koniecznością dokonania trudnych wyborów i podejmowania odważnych decyzji.

Mocną stroną powieści Pani Maas jest wykreowany przez autorkę świat – Prythian. Dwory składające się na tę zaczarowaną krainę odpowiadają porom roku (Dwór Wiosny, Dwór Lata, Dwór Jesieni), a także porom dnia i nocy (Dwór Nocy, Dwór Dnia, Dwór Świtu). Autorka doskonale operuje słowem przedstawiając stworzony przez siebie świat. W książce nie brakuje barwnych opisów Dworu Wiosny, który zachwyca i stwarza wrażenie krainy mlekiem i miodem płynącej. Jednocześnie opisy te w ogóle nie nużą – udało się zachować tu odpowiednie proporcje. Świat pełen magicznych istot, gdzie króluje magia i wszystko jest możliwe sprawiał, że ilekroć sięgałam po tę lekturę czułam się jakbym wyruszała w podróż do tego świata.

To co mnie osobiście nie przekonało, to kreacja głównej bohaterki. Feyra jest narratorką powieści, daje nam się zatem świetnie poznać, za każdym razem przedstawia nam swój tok rozumowania. A muszę przyznać, że wielokrotnie zachowuje się irracjonalnie. Na początku jest bardzo (ale tak naprawdę bardzo) irytująca. Potem się trochę rozkręca, ale do końca tomu nie udało jej się zatrzeć tego pierwszego wrażenia. Pozostali bohaterowie są o wiele bardziej interesujący.


Autorka sprawnie żongluje znanymi motywami układając je w nową, dość zgrabną historię. Mamy elementy znane z baśni: bestia, klątwa i miłość oparta na pokonywaniu uprzedzeń, jest też oczywiście zła królowa i czyhające niebezpieczeństwo. Zdarzenia z pozoru bezsensowne i nielogiczne z czasem układają się w pogmatwany kłębek zdarzeń prowadząc w końcu do rozwiązania. 

Choć nie dane było mi sięgnąć po książki George. R.R. Martina, to byłabym daleka od porównywania i autorów i ich twórczości. Poziom zagmatwania wątków choćby w Grze o tron to jednak zupełnie inna liga. Niemniej nawiązanie do motywów z Pięknej i bestii uważam za trafne, a wykreowany magiczny świat stanowi najmocniejszy punkt tej książki. Książka jest na tyle intrygująca, że sięgnęłam po drugi tom z serii. 

07 września

Recenzja: Dzień czwarty - Sarah Lotz

Recenzja: Dzień czwarty - Sarah Lotz

W końcu zawiało grozą! Tajemnica, niepokój i mroczne wydarzenia na pewnym wycieczkowym luksusowym statku składają się na ciekawą i oryginalną powieść grozy. Będąc po lekturze kolejnej książki Sarah Lotz mogę stwierdzić jedno: ta autorka lubi bawić się formą. Tym razem jednak eksperyment zakończył się sukcesem.

Kluczowych bohaterów powieści poznajemy w sylwestra, czwartego dnia rejsu wycieczkowca „Piękny Marzyciel”. Na statku w końcu dzieją się jakieś ciekawe rzeczy: tu ktoś kogoś morduje, tam ktoś planuje samobójstwo, ktoś pomaga wywoływać duchy, a ktoś inny próbuje zebrać dowody do artykułu na swojego bloga. Wiecie… takie tam typowe zabawy na statku wycieczkowym. Czwartego dnia do tego wszystkiego dochodzi awaria. Pomoc nie nadchodzi, statek gdzieś tam sobie dryfuje po wielkiej wodzie, utracono łączność (nie ma internetu!). Do tego dochodzi epidemia groźnego wirusa, a toalety przestają działać (tak, to taki typowy morski wirus). Nic dziwnego, że w końcu wybucha panika. A jakby tego było mało przychodzi tropikalny sztorm. Sporo tego jak na jedną zwyczajną wycieczkę, prawda? A to jeszcze nie wszystko. Może dorzucimy do tego podróż między wymiarami? A może nadejście duchów albo diabła? Dlaczego by nie.. już nic gorszego nie spotka pasażerów „Pięknego Marzyciela”, czy może jednak...?

„Dzień czwarty” wciąga. Mimo, że autorka pozostała przy standardowej trzecioosobowej narracji, to na powieść przeplata przedstawienie perspektywy kilku pasażerów i kilku członków załogi statku. Do tego na ostatnią część składa się zupełnie inna forma relacjonowania wydarzeń opisywanych w powieści. To dość intrygujące jak zmienia się punkt widzenia w zależności od tego, kto jest świadkiem tych wszystkich wydarzeń.

Mam wrażenie, że autorka próbuje zabawić się z czytelnikiem. Zwodzi go, próbuje wyprowadzić na manowce. Kiedy z początku może się wydawać, że wydarzenia skoncentrują się wokół pewnych wydarzeń, kolejne zwroty akcji prowadzą w zupełnie innym kierunku. Żonglowanie przez autorkę gatunkami: od thrillera, przez horror aż po powieść katastroficzną może prowadzić do dezorientacji, co wcale nie uważam za wadę. Chyba przez to, książka ta stała się intrygującą lekturą, od której trudno się oderwać. Sięgając po nią spodziewajcie się ciągłej niepewności. Fabuła zaskakuje kierunkami, w których się rozwija.

Sarah Lotz stworzyła coś nietuzinkowego. Tym razem jednak, autorce udało się zachować odpowiednie proporce pomiędzy dbałością o formę i fabułę. O ile „Troje” (książka, o której możecie poczytać tutaj) okazało się dla mnie wielkim niewypałem, o tyle „Dzień czwarty” mogę polecić z czystym sumieniem wszystkim tym, którzy lubią być zaskakiwani, a literatura grozy potrafi wywrzeć na nich duże wrażenie. We mnie trochę niepokoju wzbudziła. I to nie duchów wystraszyłam się najbardziej…

27 sierpnia

Recenzja: Troje – Sarah Lotz

Recenzja: Troje – Sarah Lotz

Troje” Sarah Lotz miało być intrygującą i pełną grozy historią z katastrofami lotniczymi w tle. Zachęcona dobrymi recenzjami sięgnęłam po tę lekturę pewna, że tym razem na pewno się wystraszę. Nie wystraszyłam się, a „Troje” nie okazało się być tą książką, której się spodziewałam, kryło w sobie zupełnie inną książkę.

W jeden dzień w niewyjaśnionych okolicznościach rozbijają się cztery samoloty na różnych kontynentach. W opinii biegłych nikt nie miał prawa przeżyć tych katastrof. A jednak odnalezionych zostaje troje pasażerów – żywych i niemal niedraśniętych. Są to dzieci z różnych krańców świata. Wokół nich zaczynają dziać się dziwne rzeczy, powstaje wiele teorii spiskowych na wyjaśnienie tych nieprawdopodobnych wydarzeń. O tym wszystkim dowiadujemy się z książki napisanej w książce, na którą z kolei składa się szereg doniesień prasowych, wywiadów, reportaży, urywek rozmów, nagrań i innych materiałów, które zgromadziła główna bohaterka opisując historię katastrof i ocalonego trojga dzieciaków. Brzmi dość pokrętnie, prawda? Sarah Lotz zdecydowała się na odstąpienie od zwykłej narracji, której chyba najbardziej zabrakło mi w tej książce. Pomysł na stworzenie w „Troje” książki „Czarny czwartek. Od katastrofy do spisku. Analiza fenomenu Trojga”, która stanowi właściwie całą powieść „Troje” był jak dla mnie zbyt dziwny… i nudny.

Zaobserwowaliście jak media atakują temat każdej większej katastrofy? Powstaje wówczas cała masa artykułów, materiałów medialnych, teorii spiskowych, robi się wywiady z ciocią, wujkiem, babcią i sprzątaczką ofiar oraz analizuje się wszystkie okoliczności na milion różnych sposobów. Po którym artykule o jednej katastrofie macie już dość? No właśnie… a tutaj takie „artykuły” i zapiski zajmują prawie 500 stron. Jeżeli w przeciwieństwie do mnie z wypiekami na twarzy śledzicie kolejne doniesienia o jakiejś katastrofie (daleko nie trzeba szukać, weźmy przykład naszego rządowego tupolewa), to książka prawdopodobnie Wam się spodoba. Jeżeli jednak podobnie do mnie macie dość po kilku tygodniach medialnej szarpaniny, to raczej nie jest to książka dla Was. Forma w jakiej została przedstawiona historia Trojga zupełnie do mnie nie przemówiła. Poprzez zastosowanie takiego „reporterskiego” stylu, dystans do omawianych wydarzeń stał się tak duży, że w ogóle nie robiły one na mnie wrażenia. Skakanie pomiędzy różnymi perspektywami ukazujące wspomnienia różnych osób oraz odnoszące się do różnych teorii i domniemań także zniechęcało mnie do dalszej lektury. O ile sam pomysł na historię uważam za całkiem dobry, o tyle sposób jego realizacji zgasił całe napięcie i nie sprzyjał stworzeniu atmosfery grozy. To co interesujące, to przedstawienie nawarstwiania się „afery” wokół katastrof i ocalonych dzieci oraz ukazanie do czego zmierza każdy rodzaj fanatyzmu. Gdyby w inny sposób opowiedzieć tę historię być może udałoby się zbudować obiecane napięcie i grozę sytuacji.


Rozbijające się samoloty pasażerskie, dziwnie zachowujące się ocalone dzieci i nastawienie na otrzymanie apokaliptycznej wizji przyszłości zapowiadały duże „wow”. Nie doczekałam się jednak ani jednego westchnienia zachwytu, za to nieco wynudziłam się podczas czytania tej powieści. Nie zniechęciło mnie to do latania. Ani trochę nie obawiam się też nadejścia Końca Świata.  Niemniej jednak zachęcam do lektury i wyrobienia sobie własnego zdania na temat "Trojga".  

25 sierpnia

Recenzja: Diabolika – S.J. Kincaid

Recenzja: Diabolika – S.J. Kincaid



„Diabolika” autorstwa S.J. Kincaid to jedna z tych książek zaliczanych do literatury młodzieżowej, którą warto przeczytać mając nawet więcej niż te -naście lat. To wciągająca i emocjonująca podroż w skolonizowany kosmos. To wizja przyszłości ludzkości, która w dalekiej przyszłości zmaga się z zupełnie innymi problemami i reprezentuje zupełnie inne postawy. To w końcu świat, w którym istnieją oni – diaboliki.

Nemezis jest diaboliką. Wygląda jak człowiek, ale jest zaprogramowanym do absolutnej lojalności humanoidem, stworzeniem, który powstał by chronić swoją panią. Diaboliki są strażnikami zamożnych ludzi, są agresywni, socjalizowani do bezgranicznego okrucieństwa w przypadku wystąpienia zagrożenia. Nemezis lojalna wobec swojej Pani, aby chronić ją wciela się w Sydonię i udaje swoją właścicielkę przed politykami i cesarzem. Imperium stoi przed poważnym zagrożeniem. Przez ignorancję rządzących postęp technologiczny zostaje zahamowany. Technologie, urządzenia i maszyny stworzone przez poprzednie pokolenia ulegają coraz częstszym awariom, podobnie jak maszyny stworzone po to, aby naprawiały inne urządzenia. Nie żyją już naukowcy, dzięki którym dokonywał się postęp technologiczny. Tymczasem zainteresowanie nauką uważane jest za największą herezję, którą należy zwalczać. Autorka stworzyła bardzo interesujący obraz społeczeństwa przyszłości - leniwego, ślepo wierzącego w dokonania przodków z zepsutą klasą polityczną, która (co akurat typowe) wyzyskuje „Zbędników”, czyli zwykłych ludzi. Nemezis musi udawać człowieka. Czy odkryje w sobie człowieczeństwo? Czy wpłynie na losy kosmosu? Tego dowiecie się z lektury.


„Diabolika” wciąga od pierwszych stron. Dużo się dzieje, akcja toczy się dość szybko. Mocną stroną jest pierwszoosobowa narracja prowadzona przez Nemezis. Dzięki temu łatwiej jest nam zrozumieć co czuje oraz jak bardzo jej sposób myślenia jest odmienny od ludzkiego. Świetnie udało się też uchwycić to, jakim przemianom ulega główna bohaterka. Pomimo niezbyt przyjemnych wydarzeń opisywanych w powieści, „Diabolikę” czyta się bardzo dobrze. Jest to emocjonująca historia od początku do końca. Nie zabrakło również zgrabnego wątku miłosnego, który nie jest irytujący. To, co mogę zarzucić to schematyczność jaką daje się odczuć. Ostatnio mam wrażenie, że większość fantasy młodzieżowych pisana jest według wyraźnego schematu, a pisząc taką powieść autorzy odhaczają poszczególne elementy składające się na akcję. Ponieważ jednak czytanie „Diaboliki” było przyjemne, to jak widać schemat ten się sprawdza, choć wolałabym częściej trafiać na coś bardziej oryginalnego.

14 sierpnia

Recenzja: Pikantne historie dla pendżabskich wdów – Balli Kaur Jaswal

Recenzja: Pikantne historie dla pendżabskich wdów – Balli Kaur Jaswal


Po tej lekturze „już nigdy nie spojrzę na bakłażana w ten sam sposób”. Kiedy przeczytałam tę „groźbę” na okładce „Pikantnych historii dla pendżabskich wdów” pomyślałam, że to książka o kuchni indyjskiej. Serio! :-) Dopiero, gdy sprawdziłam jak brzmi oryginalny tytuł tej powieści („Erotic Stories for Punjabi Widows”) uznałam, że może być interesująco. I nie powiem, że nie było. Ach ten temperament pendżabskich wdów!

Główną bohaterką powieści jest Nikki – córka indyjskich imigrantów wychowana w zachodniej kulturze, zbuntowana i negująca reguły panujące w tradycyjnej sikhijskiej społeczności. Jest młoda, niezależna, zdecydowanie sprzeciwia się aranżowanym małżeństwom i roli kobiet sprowadzającej się do życia w cieniu mężczyzn. Rzuciła studia prawnicze, które wybrali dla niej rodzice i poszukując swojej życiowej ścieżki decyduje się na prowadzenie zajęć z kreatywnego pisania dla imigrantów z Pendżabu. Szybko okazuje się, że uczestniczki kursu to dorosłe analfabetki, które wcale nie chcą nauczyć się pisania opowiadań, a raczej podstaw pisania i czytania. Kursantkami są pendżabskie wdowy, które znudzone nauką podstaw wolą dzielić się fantazjami erotycznymi snując podczas zajęć swoje opowieści. I tak oto fabułę książki przeplatają bardziej lub mniej gorszące historie erotyczne pendżabskich wdów. Wiedzcie jednak, że absolutnie nie jest to płytkie romansidło, żadne „50 twarzy Greya” ani inne seks-powieści. W przypadku tej książki, opowieści erotyczne (dość specyficzne, w końcu opowiadane przez pendżabskie wdowy) to tylko istotny dodatek do historii opowiadanej w „Pikantnych historiach...”

Ta lekka i zabawna lektura jest pretekstem do poruszenia ważnych kwestii dotyczących pozycji pendżabskich kobiet w społeczeństwie, aranżowanych małżeństw, honoru i kultury Wschodu. „Pikantne historie...” to także obraz pendżabskich emigrantów, którzy starają się odnaleźć w kulturze Zachodu. Niektórzy bez problemu przejmują nowe wzorce kulturowe, inni z kolei w zamkniętej enklawie przez kilkadziesiąt lat nie są w stanie nauczyć się nawet podstaw języka angielskiego. Pendżabskie wdowy mają swoje historie. We własnych gronie otwierają się i zaczynają mówić o swoich przeżyciach, potrzebach i sposobach ich zaspakajania. Jak można się domyślić wyniknąć mogą z tego same problemy. Co się stanie, gdy spisywane podczas zajęć opowieści wyciekną do szerszego grona odbiorców, albo co gorsza trafią do męskiej części społeczności? Czy siła kobiecości jednak zwycięży? Tego dowiecie się czytając „Pikantne historie dla pendżabskich wdów” (jak również tego, o co chodzi z tym bakłażanem).

To dość przyjemna lektura, mimo że nie zabrakło w niej dramatów (ale co się dziwić jeśli weźmie się poprawkę na społeczną rolę pendżabskich kobiet). Niektóre fragmenty mocno rozśmieszają, inne skłaniają do refleksji. Całość zamyka się w zgrabną opowieść, taką akurat na lato, kiedy fajnie jest posmakować trochę innej kultury ;-)  
Copyright © 2016 Uwaga czytam , Blogger