19 czerwca

Recenzja: Prokurator - Paulina Świst

Recenzja: Prokurator - Paulina Świst

Sięgając po „Prokuratora” - debiutancką powieść autorki skrywającej się pod pseudonimem Paulina Świst spodziewałam się czegoś na pograniczu „50 twarzy Greya” i thrillera prawniczego w stylu Remigiusza Mroza. Po lekturze stwierdzam, że jest to osadzony w świecie prawniczym romans z wątkami kryminalnymi.

Ona – młoda pani adwokat, on – obrotny prokurator. Nieoczekiwanie ich drogi się krzyżują. To oczywiście miała być przygoda na jedną noc (ostry seks po pijaku), jednak jak zwykle nic nie przebiega w życiu zgodnie z planem. Okazuje się, że oboje zaangażowani są w tę samą sprawę. Ona jest obrończynią znienawidzonego brata przyrodniego, on oskarżycielem. Jak możecie się spodziewać, to nieco komplikuje sprawę. 

Cieszę się, że w „Prokuratorze” nie chodzi tylko o epatowanie erotyzmem, ale także o dynamiczne poprowadzenie akcji i doprowadzenie jej do niezłego finału. Poza tym, „Prokurator” to także ciekawe przedstawienie świata śląskiej palestry.

Lektura „Prokuratora” była fajną weekendową rozrywką. Różne gatunki i kategorie książek mają według mnie realizować odmienne cele. W przypadku „Prokuratora’ nie oczekiwałam, że książka ta zmieni moje życie, pozwoli na odkrycie czegoś nowego, nieznanego. Po prostu chciałam się dobrze bawić i czerpać przyjemność z lekkiej i wciągającej lektury. I miałam czego chciałam. „Prokurator” wciąga od pierwszych rozdziałów. Emocje wzmaga sposób prowadzenia narracji - naprzemiennie rolę narratora przejmuje pani adwokat i pan prokurator. Choć z początku akcja nie posuwa się zbyt mocno do przodu, pikantne opisy i tak przyciągają odbiorcę, do tego dochodzi śmiała erotyka i zabawne (choć czasem prostackie) dialogi. Naprawdę chce się czytać. Ale uprzedzam, że język jest bardzo prosty, jak na świat elokwentnych prawników może nawet zbyt prostacki, co nieco drażniło, ale nie odbierało przyjemności lektury. Dla tych, którzy w „Prokuraturze” szukać będą wyłącznie ostrego seksu: uwaga zaspoileruję, że mniej więcej w połowie ten typ akcji trochę siada na rzecz wątku kryminalnego.

Jeszcze jedna ważna rzecz odnośnie „Prokuratora”! Akcja powieści toczy się na Śląsku. Bardzo lubię, gdy polscy pisarze wykraczają poza oklepaną i opisaną pincet razy Warszawę. Mój lokalny patriotyzm został połechtany uwzględnieniem mojego regionu. Część akcji toczy się nad jeziorem Turawa nieopodal Opola (na moim instagramie np. tutaj lub tutaj). I właściwie tylko w ten sposób w „Prokuratorze” znalazłam spodziewanego Remigiusza Mroza, który jak pewnie wiecie jest Opolaninem, a akcja „Behawiorysty” nieprzypadkowo rozgrywa się w Opolu i na Opolszczyźnie. Zdecydowanie więcej tu „50 twarzy Greya” - nie zabrakło nawet bezpośrednich odwołań do tego bestsellera.

16 czerwca

Recenzja: Niemka - Armando Lucas Correa

Recenzja: Niemka - Armando Lucas Correa

Chwytająca za serce historia, dzięki której poznałam kolejne oblicze wojny. To zadziwiające jak wiele powieści można napisać na temat II Wojny Światowej, za każdym razem odkrywając inny skrawek tej tragicznej przeszłości. „Niemka” przedstawia problem uciekających z Niemiec uchodźców, niewystarczająco niemieckich, niechcianych i pozostawionych właściwie bez wyboru oraz postawy Zachodu (Kuby, USA) w odpowiedzi na trudną sytuację uciekających z Niemiec Żydów.  

Niemka” to powieść, w której przeszłość przeplata się z teraźniejszością, a fikcja z faktami historycznymi. To dwa światy widziane oczami dziecka. Swoją koszmarną rzeczywistość u progu II Wojny Światowej przedstawia Hanna, dwunastoletnia „Niemka”. Jej historie przeplatają się z opowieściami dwunastoletniej Anny, mieszkanki współczesnego Nowego Jorku. Hanna zmuszona do ucieczki z kraju, wraz z rodzicami wsiada na pokład transatlantyku St. Louis, który ma przewieźć niemieckich uchodźców na Kubę. Anna nigdy nie poznała ojca, który zginął przed jej narodzinami pamiętnego 11 września 2001 roku. Jej dzieciństwo zostało skradzione jeszcze zanim przyszła na świat, a codzienność koncentruje się wokół opieki nad depresyjną matką, która nigdy nie pogodziła się ze śmiercią ukochanego mężczyzny. Ucieczką Anny są prowadzone w wyobraźni rozmowy z ojcem. Co je łączy? Jak przeplatają się losy tych dwóch narratorek? To powinniście odkryć sami.

Fabuła koncentruje się wokół historycznego rejsu transatlantyku St. Louis zmierzającego na Kubę z prawie tysiącem Żydów na pokładzie. „Niemka” okazała się niezwykłą okazją, aby nie tylko przeżyć emocjonalną przygodę w historii stworzonej przez autora, ale także aby dowiedzieć się o dramacie, jaki przeżyli Żydzi zmuszeni do ucieczki z hitlerowskich Niemiec oraz wczuć się w ich sytuację. I to pomimo przedstawienia tych wydarzeń z perspektywy dwunastolatki! Nadając bardziej uniwersalną wartość tej powieści można również stwierdzić, że książka ta prezentuje problem uchodźców ogółem, także tych współczesnych, choć w tym przypadku podchodziłabym do tego z dużą rezerwą. „Niemka” stała się pretekstem do odkrycia i zgłębienia przeze mnie nowego faktu historycznego, o którym (przyznaję bez bicia) wcześniej nie słyszałam. O problematycznym rejsie St. Louis możecie poczytać więcej np. tutaj. Sporą wartością historyczną było również zarysowanie sytuacji politycznej na Kubie, zmieniającej się przez kolejne dziesięciolecia, w szczególności rewolucji kubańskiej i jej wpływu na życie mieszkańców.

Pomysł przedstawienia historii z perspektywy dziecka uważam za bardzo udany. To poruszający, czasami może banalny, ale bardzo emocjonalny obraz wydarzeń. Może się wydawać, że momentami książka jest infantylna, ale świadczy to tylko i wyłącznie o tym, jak dobrze autor wczuł się w prowadzoną w powieści narrację. Przyznam, że urzekła mnie historia małej niemieckiej Żydówki, to piękna historia utraconego życia. Może autor nie do końca wykorzystał potencjał kryjący się pod postacią współczesnej Anny, a finał historii nie trafił do mnie, ale i tak uważam, że „Niemka” to niezwykła książka, która powinna trafić w gusta zarówno młodego jak i starszego odbiorcy. 


PS.  Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarna Owca, ale to nie koniec wrażeń! Niedawno autor - Armando Lucas Correa docenił m.in. moje zdjęcie na swoim koncie na Instagramie: zobaczcie sami :-) 

08 czerwca

Recenzja: I tak dalej – Wiktor Orzeł

Recenzja: I tak dalej – Wiktor Orzeł

Wszyscy umrzemy. Jak to mawia klasyk (i ja) „wszystko się ułoży, gdy się człowiek w grobie położy”. Ale to, jak przejdziemy przez życie jednak też ma znaczenie. Alkohol, narkotyki, przypadkowy seks, destrukcyjne dążenie do samozniszczenia, a przede wszystkim rezygnacja, zagubienie i samotność składają się na „I tak dalej”, która określona została ‘fascynującym szkicem socjologicznym młodych Polaków’. Czy słusznie?

Karol, główny bohater „I tak dalej” to porzucony, zajęty sobą i odcinający się od otoczenia przedstawiciel młodego pokolenia. Ucieka w alkohol, narkotyki i obleśnie sponiewierane melanże. Nic w jego życiu nie układa się zgodnie z planem. Kolejne dramaty na jego życiowej drodze, zerwane więzi emocjonalne z otoczeniem, samotność, brak pracy, a przede wszystkim brak pomysłu na siebie i choćby odrobinę pozytywnego spojrzenia w przyszłość (a raczej jakiejkolwiek myśli o przyszłości) sprawiają, że Karol tkwi w zawieszeniu. Żyje, ale co to za życie w tak absurdalnie zupełnej rezygnacji.

Na pozór jest to krótka i banalna historia, w której rzeczywistość przeplata się z narkotykowo-alkoholowym hajem. Pierwszoosobowa narracja sprawia, że nie do końca wiemy co dzieje się naprawdę, a co jest narkotycznym wytworem wyobraźni Karola. Główny bohater spożywa wszystkiego za dużo, dotyka go zbyt wiele dramatów, a akcja wydaje się być po prostu zapiskami zapijaczonego narkomana szlajającego się po najpodlejszych zakamarkach Krakowa, który nie radzi sobie z życiem. ALE dostrzegam w niej drugie dno. Bo „I tak dalej” nie tylko skłania ku refleksji nad tym co ważne w życiu, jak nie dać się zwariować i czy rezygnacja i obojętność jest lepsza od bólu i cierpienia. To także studium nad brakiem sensu w życiu i wypełnianiem go pustką.

Jeżeli jednak przedstawiony obraz ma być szkicem socjologicznym młodych Polaków, to ja chyba jestem już bardzo stara! A tak poważnie, to uważam, że poruszenie problemu zagubienia młodych ludzi w tej płynnej i trudnej rzeczywistości społecznej jest ważne, ale (może jestem naiwna) problem z jakim boryka się Karol dotyczy niewielkiego odsetka naszego społeczeństwa. Chociaż może nie do końca? Tak czy owak, nawet jeśli nie jest to powszechne zjawisko, nie mamy milionów młodych ludzi, którzy nie radzą sobie z otaczającą rzeczywistością i prześlizgują się przez dorosłość (dość nieudolnie), to ważne okazuje się uchwycenie ich perspektywy. I tym jest dla mnie „I tak dalej”. Autor w zadziwiająco dosadny i dokładny sposób oddaje punkt widzenia osób takich jak Karol.

„I tak dalej” to dobrze napisana historia, w której powaga i smutek przeplatają się z humorem i surrealistycznym obrazem rzeczywistości. Na fabułę składają się wydarzenia ważne i poważne jak również absurdalne i beztroskie. Niby krótka historia, a potrafi wprowadzić czytelnika w niemałą konsternację. Po przeczytaniu ostatniego zdania, byłam w stanie tylko stwierdzić „Aha. Ale że jak to? Takie zakończenie?”. 

05 czerwca

Recenzja: Helisa – Marc Elsberg

Recenzja: Helisa – Marc Elsberg

 
Wyobraźcie sobie, że genetyka idzie tak do przodu, iż obok roślin modyfikowanych genetycznie i sklonowanych zwierząt możliwe jest manipulowanie ludzkim genomem. Gdzieś tam w USA realizowany jest tajny projekt badawczy, który umożliwia ulepszanie człowieka. Na świat przychodzą superdzieciaki o niezwykłych właściwościach: sprawniejsze, mądrzejsze, silniejsze. Ich wyjątkowe zdolności sprawiają, że intelektualnie szybko wyprzedzają swoich ojców. Do takiego świata wkraczamy w najnowszej powieści Marca Elsberga pt. „Helisa”.

Recenzując „Helisę” warto pochylić się na chwilę nad jej autorem, który swoją twórczością robi na mnie ogromne wrażenie. Jeśli jeszcze nie mieliście do czynienia z Elsbergiem, muszę wspomnieć, że charakterystyczne dla niego jest to, że w swoich książkach porusza problematykę postępu technologicznego oraz zagrożeń związanych z różnymi dziedzinami nauki i techniki. Jego najgłośniejsza powieść „Blackout” omawia problem uzależnienia społeczeństwa od elektryczności. Fabuła książki skupia się na konsekwencjach awarii sieci europejskich elektrowni, w wyniku której Europa pogrąża się w ciemności (akurat ta książka, wciąż czeka na swoją kolej w mojej – ha! elektronicznej – biblioteczce). W powieści „Zero”, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie, Elsberg zwraca z kolei uwagę na problem rozwoju wirtualnego świata oraz zagrożenia kryjące się w (zbyt) zaawansowanym wykorzystywaniu big data. Tuż po lekturze „Zero” oceniałam tak:
Świetna książka! Jako zdeklarowana entuzjastka bigdata oraz mierzenia i zapisywania informacji o sobie w chmurze, dostrzegłam ciemną stronę mocy. Internet personalizuje wyświetlane nam informacje na podstawie tego, czego się o nas nauczył (np. Instagram podrzuca mi milion książkowych zdjęć do polubienia) - jednak co jeśli ten proces jest odwrócony i to aplikacje zmieniają nas? Co jeśli nasza wolna wola jest na straconej pozycji? W książce poruszonych jest kilka kwestii ważnych społecznie: współczesnego panoptikonu, inwigilacji w internecie oraz bezpieczeństwa w sieci. Dla mnie idealna pozycja! „Zero” z jednej strony stanowi świetną powieść trzymającą w napięciu, z drugiej skłania do refleksji nad naszym społeczeństwem. Polecam!
No i mamy „Helisę”, której akcja toczy się wokół inżynierii genetycznej. Po raz kolejny Elsberg zaimponował mi tym, jak sprawnie porusza się po zawiłościach świata technologii i nauki. Przyznam, że nigdy specjalnie nie interesowałam się tematyką związaną z genetyką i GMO. O ile zatem „Zero” dotyczyło świata, który znam (no tak, jestem cyfrowym nomadem :-)), o tyle tym razem odbyłam podróż w zupełnie nieznane mi zakątki. Oparcie fikcji literackiej na zaawansowaniu technologicznym dotyczącym powstawania aplikacji i możliwości gromadzenia danych online (w powieści „Zero”) zrobiło na mnie ogromne wrażenie swoim realizmem, miałam poczucie, że wydarzenia opisywane w książce potencjalnie mogłyby się zdarzyć tu i teraz.

W przypadku genetyki trudno było mi wyczuć gdzie są granice pomiędzy tym co jest potencjalnie możliwe, a tym co rzeczywiście można już teraz uczynić w laboratoriach zajmujących się inżynierią genetyczną. Dla mnie, genetycznego laika, „Helisa” to wciąż bardziej science fiction niż thriller, choć jak autor zaznaczył w posłowiu powieść łączy rzeczywistość i fantazję. Chyba dlatego początkowo trudno było mi się zachwycić tą lekturą. Wydarzenia rozpoczynające książkę, pozornie niemające żadnego punktu wspólnego, szybko zaczęły się przeplatać i tworzyć emocjonującą i trzymającą w napięciu fabułę. Temat inżynierii genetycznej w końcu również mnie wciągnął i z przerażeniem obserwowałam potencjalne skutki dążenia do genetycznego udoskonalania społeczeństwa. Bo czy naprawdę korzystne dla ludzkości będzie rodzenie doskonałych, „ulepszonych” dzieci? Do czego nas to zaprowadzi, a przede wszystkim czy nie jest to niebezpieczne igranie z naturą? Tego dowiecie się sięgając po „Helisę”. 

30 maja

Wojna nie ma w sobie nic z kobiety - Swietłna Aleksijewicz

Wojna nie ma w sobie nic z kobiety - Swietłna Aleksijewicz

Wojna to męska rzecz. Historię, jak to zwykle bywa, piszą mężczyźni. Niewiele tam miejsca dla kobiet. Swietłana Aleksijewicz, laureatka nagrody Nobla spojrzała na II Wojnę Światową oczami kobiet i dopuściła do głosu dziesiątki weteranek wojennych, które po 40 latach od zwycięstwa zdecydowały się mówić. Mówią o tym, o czym historia zapomina, patrząc na wojnę tak, jak tylko kobieta potrafi.

Na książkę składają się wspomnienia kobiet, które zdecydowały się walczyć w imię idei Stalina. Z przedstawianych historii wyłania się niezwykle poruszający obraz wojny. To wspomnienia nie tylko z pierwszej linii frontu, ale także zza kulis wojny: opowieści kobiet, które przyczyniły się do zwycięstwa, a pozostały niedocenione – kucharek, praczek, pracownic fabryk, kołchozów, odbudowujących mosty i sanitariuszek, które ocaliły tak wiele istnień.

Autorce udało się dotrzeć także do innego oblicza wojny, właśnie takiego, jakie może zobaczyć tylko kobieta. Emocje towarzyszące wojnie, nie pasują do tego co kobiece. Bardzo poruszył mnie fragment, który świetnie to podsumowuje:
A sednem zawsze jest to, że tak ciężko umierać i tak się nie chce umierać. A jeszcze ciężej – zabijać, i tego jeszcze bardziej się nie chce, bo kobieta daje życie. Przynosi je w darze. Długo nosi je w sobie, donasza. Zrozumiałam, że kobietom trudniej przychodzi zabijanie...

Bohaterki reportaży Pani Aleksijewicz poruszały też problemy dnia codziennego, takie typowe, kobiece. Bycie kobietą, kiedy wokół wojna i prawie sami mężczyźni nie jest łatwe. Wojna nie jest domeną kobiet, mężczyźni od dziecka przygotowywani są do tego, aby być gotowym walczyć. Kobiet nikt tego nie uczył. Wojsko nie było przygotowane na to, aby odpowiednio wyposażać i zabezpieczyć kobiety. A one mimo to szły walczyć z wielkim entuzjazmem, gotowe oddać życie za ojczyznę.

Najbardziej bolesne było dla mnie odkrycie, że po wojnie weteranki wojenne czekała jeszcze jedna trudna batalia. Mężczyzn wracających z wojny traktowano z honorami, kobiety często decydowały się zatajać swoje wojenne doświadczenia, bo tak trudno było na nowo poskładać swój świat – ubrać pantofelki, znaleźć męża i na nowo być kobietą. No bo jak, kiedy na tyle lat trzeba było zapomnieć o swojej kobiecości?

Ta książka chwyta za serce i łamie je na milion kawałków. Każda z historii przedstawionych w „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” to zwrócenie uwagi na coś nowego. Każda funkcja pełniona przez bohaterki książki pozwalała na dotarcie do innego oblicza wojny. Wielką wartością tej książki jest ogrom pracy włożony przez autorkę. Zaprezentowanie w książce historii przynajmniej kilkudziesięciu kobiet, które postanowiły po latach wrócić to tych trudnych wspomnień wiązało się z setkami wywiadów, nagrań i porządkowania opowiedzianych historii. Aleksijewicz nie interesowały fakty historyczne, historia państwa, żywoty bohaterów. Ona pochyliła się nad tym, co na wojnie dzieje się z człowiekiem, czego nauczył się o życiu i śmierci i jakie piętno pozostawia po sobie.

To bardzo ważna książka. Taka, której się nie zapomina. Jeśli chodzi o tematykę II Wojny Światowej, to książka ta zrobiła na mnie największe wrażenie od czasów „Medalionów” Nałkowskiej, które czytałam wiele lat temu, w liceum. Polecam całym sercem, choć ostrzegam, że jest to mocny i straszny obraz wojny i niektóre historie są naprawdę szokujące.


Uwaga! 
Na podstawie tej książki, słuchacze Wydziału Aktorskiego Studium Techniki Teatralnej w Warszawie przygotowali niezwykłą sztukę teatralną „Wojna nie jest kobietą”.
Młodzi, zdolni, urodzeni wiele lat po zakończeniu II Wojny Światowej. A jednak postanowili się zmierzyć z tak trudnym tematem. Dlaczego? Ponieważ Aleksijewicz opisuje kobiety w roli żołnierzy, wcześniej kobiety nie walczyły. Książka opisuje wojnę z punktu widzenia kobiet, pokazuje z czym musiały się mierzyć, przedstawia w jaki sposób człowiek potrafi dostosować się do najtrudniejszych warunków. Spektakl ,,Wojna nie jest kobietą“ zapewnia widzom możliwość zderzenia się z bólem i wyrzeczeniami jakie spotkały kobiety w trakcie II Wojny Światowej. Prawdziwe historie ukazane w książce Swietłany Aleksijewicz przełożone na scenę nabierają nowego, chwytającego za serce znaczenia. Pokazują, że na wojnie człowiek potrafi być pozbawiony wszelkich ludzkich odruchów, a budzą się instynkty i zachowania, których po wojnie się wstydzi. Sztuka ta opisuje prawdziwe osoby, prawdziwe zdarzenia i najbardziej w tym wszystkim dotykające – prawdziwe cierpienie.

W najbliższym czasie spektakl będzie można obejrzeć 06.06.2017 w Faktycznym Domu Kultury w Warszawie. O kolejnych terminach (i lokalizacjach) będę Was informować na bieżąco na Facebooku!

W przedstawieniu, opartym na reportażach noblistki Swietłany Aleksiejewicz, występują Słuchacze Wydziału Aktorskiego Studium Techniki Teatralnej w Warszawie: Anna Burzyńska, Joanna Chrząszcz, Natalia Dedo, Marta Goguła, Filip Grycmacher, Zuzanna Kochanek, Jagoda Małyszek, Sandra Obrębska, Magdalena Parda, Ewa Pietrzak, Aleksandra Rogowska, Izabela Szemetiuk, Ida Trzcińska, Malwina Woźniak, Aleksandra Zielińska. Kostiumy i przygotowanie z języka rosyjskiego Roza Artunian-Fijałkowska. Spektakl przygotowała ze studentami Renata Dymna.

22 maja

Recenzja: Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica? - Kuba Wojtaszczyk

Recenzja: Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica? - Kuba Wojtaszczyk

O wojnie powstało już wiele książek. Każda z nich nasycona jest wybuchami, prześladowaniem, walkami, kolejnymi wybuchami, wojskiem i społeczeństwem walczącym o wolność i ideały. Wojna przychodzi, zaskakuje i zbiera swoje żniwo. Co dzieje się później? Wybawienie, wyzwolenie i salwy zwycięstwa. A potem? Szczęśliwi obywatele cieszą się wolnością i co? Żyją długo i szczęśliwie? Jak wrócić do normalnego życia dźwigając piętno wojny?

„Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica?” to obraz powojennej Polski, ale nie wyją w niej salwy zwycięstwa, mało tam radości i szczęścia. Mamy rok 1945 i cyrk wędrowny i chaos związany z budowaniem nowego państwa. Tajemniczy Właściciel zarządza przedziwną grupą powojennych rozbitków. Spotkamy w nim m.in. ukrywającego się nazistę; byłego więźnia obozu koncentracyjnego; Żyda, który ukrywany całą wojnę przez Baronową staje się ciekawym eksponatem – „Ostatnim Żydem w Polsce”; mamy też Felę, która z wojny wyszła obronną ręką ukrywając się z rodzicami w lepiance, aby w dniach wyzwolenia stać się nagle sierotą, ofiarą brutalnego gwałtu i ślepą. Trupa artystów wędruje po niebycie, po kraju którego nie ma.

Brzmi dosyć intrygująco prawda? Wyłaniający się z najnowszej powieści Kuby Wojtaszczyka obraz Polski jest brutalny, nieprzyjemny i najzwyczajniej brzydki. To nie jest lektura, której czytanie sprawia przyjemność. Nie budzi zachwytu, nie intryguje, a nawet nie wciąga. Ale porusza ważne i niepopularne w literaturze problemy. Gromadka powojennych rozbitków, o których nikt nie pamięta (jak o psach z Titanica), i którzy żyją w chwilowym zawieszeniu. Nie mają gdzie się podziać, nie wiedzą co dalej. Trudno im jest odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości.

O „Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica?” można powiedzieć przede wszystkim, że jest oryginalna i niebanalna. Pomysł na przerysowany i tragikomiczny obraz powojennej Polski, a do tego wielość metafor to coś, czego dotychczas w literaturze polskiej nie zaznałam. Fabuła nieszczególnie jednak wciąga, akcja nie posuwa się do przodu. Choć literatura wojenna od jakiegoś czasu staje mi się coraz bliższa, to styl narracji, bogactwo metafor i odczuwalny chaos w konstrukcji sprawiły, że powieść, choć momentami szokująca, nieco mnie znudziła. Największą wartością książki okazał się być obraz powojennej rzeczywistości. Aż chce się krzyknąć: Polska w ruinie!

14 maja

Recenzja: Koniec samotności – Banedict Wells

Recenzja: Koniec samotności – Banedict Wells



Czy przepełniona smutkiem, samotnością i żalem powieść może się podobać? Ano zdecydowanie stwierdzam, że tak! Benedict Wells, autor europejskiego bestsellera stworzył niezwykle emocjonującą opowieść o stracie, radzeniu sobie z trudnymi doświadczeniami oraz przezwyciężaniu przytłaczającej samotności. Koniec samotności” to jedna z najsmutniejszych książek, jakie dane mi było przeczytać.

Trójka rodzeństwa traci rodziców w wypadku samochodowym. Trafiają do internatu (domu dziecka), gdzie każde z nich idzie swoją drogą. Dzieciaki oddalają się od siebie. Na każdym z nich śmierć rodziców oraz nagłe osamotnienie wywiera zupełnie inny wpływ. Najmłodszy z rodzeństwa z radosnego dziecka staje się zagubionym samotnikiem. Wiele lat później ulega wypadkowi, po którym snuje refleksje nad przeszłością – dotychczasowym życiem swoim i swojego rodzeństwa przedstawiając nam liczne wspomnienia. Może i nie brzmi jakoś powalająco, ale dla mnie książka ta okazała się największą niespodzianką tego roku. Spodziewałam się czegoś zwyczajnego, a dostałam coś zupełnie wyjątkowego.

Czy życie zawsze jest równaniem o sumie zerowej, gdzie liczba i siła nieszczęść równoważy się z dobrem i radościami? Chyba nie, a przynajmniej nie w przypadku bohaterów „Końca samotności”. Sposób w jaki główny bohater dzieli się swoimi doświadczeniami jest bardzo poruszający. Wspomnienia związane z poszukiwaniem akceptacji i miłości są naładowane emocjami. Przy takim sposobie narracji nietrudno jest wczuć się w sytuację bohatera i razem z nim współodczuwać jego samotność. Towarzyszymy mu od lat dzieciństwa, przez młodość, aż po pełną dorosłość i dojrzałość obserwując jak zmieniają się jego postawy i życiowe priorytety. Jesteśmy świadkiem rozpadu jego rodziny, wielkiej (i trudnej) miłości do szkolnej przyjaciółki, którą spotyka po wielu latach oraz wszystkich trudnych doświadczeń jego i jego najbliższych, które utwierdzają w przekonaniu, że szczęście jest bardzo ulotne.

Koniec samotności” to książka o braku szczęścia w życiu, nieodwracalności czasu i samotności, która nie znika nawet gdy człowiekowi udaje się jakoś poukładać sobie życie. Trudno jest w recenzji oddać kwintesencję tej książki. Może wydawać się albo banalna albo zbyt wzniosła czy filozoficzna. Ale tak nie jest. Autorowi udało się stworzyć nietuzinkową powieść, w której kryje się wiele życiowej mądrości oraz uniwersalnych wartości. Mimo ciężkiego tematu i przytłaczającego smutku bijącego z powieści, książkę czyta się zaskakująco szybko. „Koniec samotności” porusza, ale i niesie za sobą mądrość zmuszającą do refleksji.

Copyright © 2016 Uwaga czytam , Blogger