10 grudnia

Recenzja: Jak zawsze - Zygmunt Miłoszewski

Recenzja: Jak zawsze - Zygmunt Miłoszewski

Ile razy zastanawialiście się nad tym, co by było, gdyby tak cofnąć czas? Jak potoczyłyby się Wasze losy? Ba! Jak potoczyłaby się historia, gdyby coś kiedyś zadziało się inaczej? A gdybyś u kresu życia, mając te osiemdziesiąt parę lat, mógł cofnąć się pięćdziesiąt lat wstecz, do swoich najlepszych lat młodości i dostać szansę, aby przeżyć swoje życie raz jeszcze? Czy wszystko potoczyłoby się JAK ZAWSZE?
Jak zawsze” Zygmunta Miłoszewskiego to moje pierwsze spotkanie z tym autorem. Co prawda od dawna mam chrapkę na poznanie jego najsłynniejszej serii z Teodorem Szackim, ale jeszcze jakoś się to nie zdarzyło. Może to i dobrze, bo podobno to zupełnie inny rodzaj literatury, a zatem udaje mi się uniknąć porównań. Próba zgłębienia tajników nowego dla niego gatunku okazała się niezwykle owocna. A dzieło, które stworzył to świetna tragikomedia ironiczno-romantyczna.
Główni bohaterowie przeżywają właśnie 50 rocznicę swojego pierwszego stosunku. W tajemniczych okolicznościach oboje dostają jeszcze jedną szansę – cofają się do roku 1963, do alternatywnej wersji Warszawy. Jeszcze raz stają przed życiowymi wyborami, przed jeszcze jedną szansą przeżycia swojego. To wszystko ma miejsce w niby tej samej, ale zupełnie innej polskiej rzeczywistości. Jestem zafascynowana pomysłem na tę powieść. Co byłoby gdybyśmy po wojnie nie znaleźli się w bloku wschodnim? Jak ukształtowałyby się losy milionów Polaków, gdyby nie czasy PRL, puste półki i walka o każdy towar? Gdyby dano nam wolność wyboru i dobrobyt, idealne warunki do intensywnego rozwoju i sojuszu z Zachodem? Jak jako Polacy wykorzystalibyśmy daną nam szansę? Między innymi do takich refleksji skłania lektura „Jak zawsze”.
Jak zawsze” to również intrygująca podróż po Warszawie, jakiej nie znamy. Jest rok 1963, ale stolica znacząco różni się od tego, jak zapamiętali ją główni bohaterowie. Chodzą tymi samymi ulicami, ale widzą zupełnie inne miasto, choć niektóre dzielnice i ulice funkcjonują w swojej „tradycyjnej” formie. W alternatywnej Warszawie roku 1963 na inne elementy kładziony jest nacisk, powstają inne obiekty i pomniki. Brakuje wizytówki Warszawy – Pałacu Kultury i Nauki. Nawet gdyby fabuła była słaba, to warto byłoby przeczytać tę książkę dla samym opisów tego miasta.
Na uwagę zasługuje też genialne poczucie humoru i sposób poprowadzenia narracji. W pierwszej osobie historię opowiada Grażyna – (prawie) 80-latka w ciele niespełna 30-letniej kobiety próbująca odnaleźć się świecie, w którym role przypisane kobiecie znacząco różniły się od obecnych obyczajów. Grażka ma naprawdę fajne poczucie humoru, do tego jej przemyślenia bardzo trafnie oddają obraz nas samych – współczesnych ludzi, a przede wszystkim naszą polską mentalność. Zdradzę jeszcze, że bohaterka bez ogródek opowiada o swojej seksualności, co czasami bawi, a czasami również jest pretekstem do refleksji o nas samych. Rozdziały opowiadane przez Grażynę przeplatane są przez tradycyjną, 3-cio osobową narrację ukazującą perspektywę Ludwika – mężczyzny, z którym spędziła ostatnie 50 lat. I w tym przypadku historia pełna jest trafnych i ironicznych opisów odnoszących się do dawnych i aktualnych czasów.
Najważniejsze jest to, że „Jak zawsze” to bardzo trafny obraz nas – Polaków. Kim jesteśmy jako naród, jakie wartości wyznajemy i co jest naszą największą wadą narodową? W sposób lekki i przystępny Pan Miłoszewski prezentuje to ze świetnym, ironicznym poczuciem humoru. „Jak zawsze” to nie tylko doskonała rozrywka, ale także punkt zaczepienia dla dalszych rozważań. Lubię, kiedy literatura, powiedzmy „rozrywkowa”, niesie za sobą jakieś większe przesłanie.

Ja jestem zachwycona tą powieścią. „Jak zawsze” ujmuje oryginalnym pomysłem na podróż w czasoprzestrzeni do alternatywnej przeszłości narodu polskiego. Autor bawi się przy tym formą oferując nam świetną rozrywkę połączoną z lekcją o nas samych. Książka choć zabawna i dowcipna skłania do wielu refleksji nad współczesnym człowiekiem oraz nad naszymi cechami narodowymi. 

26 listopada

Recenzja: Czasami kłamię - Alice Feeney

Recenzja: Czasami kłamię - Alice Feeney

Dobry thriller, to dla mnie przede wszystkim zaskakujące zwroty akcji i napięcie towarzyszące nam przez całą lekturę. „Czasami kłamię” - debiutancka powieść Alice Feeney spełnia te kryteria idealnie. Sięgając po tę książkę niejednokrotnie otworzycie usta ze zdziwienia, jak bardzo pokręcona jest historia dwóch sióstr: Amber i Claire.

Amber jest w śpiączce. Utraciła zupełną kontrolę nad własnym ciałem, a jednak jej umysł pracuje na najwyższych obrotach. Rozdział po rozdziale, bohaterka odkrywa przed sobą samą i przed czytelnikiem dni poprzedzające wypadek samochodowy, któremu uległa w święta Bożego Narodzenia. Historię te przeplatają migawki teraźniejszości, przy szpitalnym łóżku czuwają mąż i siostra, pacjentkę odwiedza również tajemniczy mężczyzna, którego podświadomie boi się Amber. Właściwą fabułę przeplatają zapiski z pamiętnika 10 letniej dziewczynki ukazując genezę zdarzeń, do których dochodzi tu i teraz. Już samo to wydaje się nieco poplątane, czyż nie? A teraz dołóżmy do tego fakt, że Amber czasami kłamie. Co jest prawdą, a co nie? Komu wierzyć i czyją stronę wybrać? A przede wszystkim.. o co w tym wszystkim chodzi? To skomplikowane, ale dopiero czytając tę książkę odkryjecie jak bardzo.

Na uwagę zasługuje przede wszystkim pomysł przyjęcia pierwszoosobowej narracji osoby, która niemal całkowicie odcięta jest od zewnętrznego świata. Nie może otworzyć oczu, nie panuje nad swoją fizjologią, przy życiu podtrzymują ją maszyny, ale jest tutaj z nami. Ona słyszy, ale nie jest w stanie nawiązać kontaktu ze światem zewnętrznym. A więc tylko leży, myśli i czuje. To zaskakujący pomysł, ale moim zdaniem bardzo udany. Szokującym doznaniem było również odkrywanie szczegółów relacji pomiędzy siostrami. Autorka mistrzowsko zbudowała historię Amber i Claire. Za każdym razem, kiedy wydawało mi się, że trochę rozumiem o co w tej relacji chodzi, okazywało się, że to szalona gra. A przecież Amber czasami kłamie…

Akcja w „Czasami kłamię” toczy się błyskawicznie, właściwie każdy rozdział przedstawia nam jakiś nowy ważny element układanki. To bardzo zawiła i nieprzewidywalna układanka. Na pewno czytając książki tego typu, podobnie jak ja, próbujecie przewidzieć zakończenie, przechytrzyć autora, aby móc z dumą (i rozczarowaniem) oznajmić, że przejrzeliście go na wylot. W tym przypadku historia jest tak pokręcona i szokująca, że po prostu nie da się przewidzieć jak potoczy się akcja. Nawet jeśli będzie Wam się wydawało, że wiecie, do czego to wszystko zmierza, na koniec i tak szczęka uderzy wam o podłogę, gdy poznacie finał. To jedna z najbardziej pokręconych i zaskakujących książek, jakie czytałam w ostatnim czasie.


Przyznaję, że pojawiały się momenty, w których dochodziłam do wniosku, że autorka przesadziła, że to, do czego dochodzi w tej historii to już za daleki odlot. Chociaż z drugiej strony, te wszystkie zdarzenia składają się na historię, która na długo zapada w pamięć. Bo choć już na początku wiemy, że książka ta skrywa pewne tajemnice, to nie sposób przewidzieć, że to tylko wierzchołek góry lodowej. Ja polecam gorąco tę lekturę. Fakt, że akcja toczy się w okolicach Bożego Narodzenia sprawia, że jest to idealny czas na jej lekturę! 

19 listopada

Recenzje: Większość bezwzględna - Remigiusz Mróz

Recenzje: Większość bezwzględna - Remigiusz Mróz

W kręgach władzy w końcu mogę nazywać moją ulubioną serią Remigiusza Mroza! A jest to możliwe z dwóch powodów: po pierwsze, nareszcie doczekałam się premiery Większości bezwzględnej – drugiego tomu z serii, który sprawia, że Wotum nieufności nie jest już niezależną powieścią. Po drugie, jestem po jej lekturze i… och, co to było!?! Akcja w drugim tomie nie zwalnia, wręcz przeciwnie, dzieje się o wiele więcej, a Remigiusz zdecydował się na kilka bardzo odważnych rozwiązań.

Nie będę zdradzać zbyt wielu tajników fabuły, bo książka ta jest kontynuacją wydarzeń z Wotum nieufności (uwaga, jeśli nie czytaliście jeszcze pierwszej części, nie czytajcie opisu wydawniczego, bo jest tam mega spoiler – dla mnie nie do wybaczenia). Akcja zaczyna się miesiąc po finale pierwszego tomu. W kręgach władzy trwa kryzys, afera goni aferę, a niedługo w Polsce ma odbyć się międzynarodowy szczyt. Pojawią się doniesienia o rzekomym zagrożeniu terrorystycznym, w sejmie panuje zamęt, powstają układy i układziki, politycy sięgają po różnego rodzaju manipulacje i pakty, aby tylko osiągnąć swoje cele. A wszystko to osadzone jest w realiach naszego polskiego systemu prawnego. Ja jestem zachwycona!

Już przy Wotum nieufności wspominałam, jak fascynujący świat polskiej polityki wykreował autor. W Większości bezwzględnej ten świat wciąż jest tak samo interesujący, wciąż cechuje się dużym realizmem (w końcu po polskich politykach można się spodziewać wszystkiego!). Po lekturze drugiego tomu, muszę stwierdzić, że choć stworzona przez Remigiusza seria zalicza się do gatunku political fiction, nie sposób nie dostrzegać inspiracji z prawdziwej sceny politycznej. Już w pierwszym tomie widziałam pewne podobieństwo Hauera do jednego z polityków (w którym się utwierdzam), w tej części pojawia się Zwornicki, którego też trudno nie powiązać z jednym z obecnych posłów. Doceniam również wszystkie postacie stworzone przez Remigiusza na potrzeby serii, a także fakt, iż autor nie pozwala nam się nudzić wprowadzając nowe osoby, które wpływają na rozwój akcji razem z poznaną w pierwszym tomie grupą.

W drugim tomie dostrzegam dodatkowo wartość edukacyjną. O ile na przykład w serii z Chyłką, Remigiusz pozwala sobie na sporo odstępstw od przepisów polskiego prawa, o tyle w przypadku Większości bezwzględnej odnoszę (mam nadzieję słuszne) wrażenie, że poruszamy się w meandrach prawdziwego prawa. Lektura pozwala zagłębić się w zawiłości polskiej konstytucji, dopatrzyć się jej słabości i wielości możliwości interpretacyjnych. Gdybym była na studiach, książka ta z pewnością pozwoliłaby mi lepiej przyswoić wiedzę z prawa konstytucyjnego ;-) Ale nie obawiajcie się! To, że jest wiele odniesień do naszej Konstytucji wcale nie jest nudne! Wręcz przeciwnie, nadaje powieści jeszcze większego realizmu.

Nie sposób również nie wspomnieć o zakończeniu. Remigiusz Mróz przyzwyczaił nas już do zaskakujących finałów, ale tym razem zdecydował się na coś, czego nawet po nim się nie spodziewałam. Wciąż jestem w szoku. Jestem ciekawa, w jaki sposób autor dalej pokieruje akcją w tej alternatywnej polskiej rzeczywistości politycznej. Ma teraz duże pole do popisu. Choć przy wydarzeniach, które się tam dzieją jakoś łatwiej jest spoglądać na niewinne igraszki naszych prawdziwych polityków.


PS. Nie jestem aktualnie pewna, czy bardziej nie mogę się doczekać kolejnego tomu, czy serialu jaki powstaje na podstawie serii! Chyba jednak z większym utęsknieniem czekam na Władzę absolutną...

07 listopada

Recenzja: Komisarz - Paulina Świst

Recenzja: Komisarz - Paulina Świst


Tajemnicza Paulina Świst powraca z nową książką! Nie tak dawno głośno było o „Prokuratorze”, debiutanckiej powieści autorki, w której wkroczyliśmy w świat śląskiego półświatka. Gorący romans Kingi i Zimnego zaostrzył apetyt na więcej. I oto jest ona, kontynuacja zatytułowana „Komisarz”. Czego możemy się spodziewać w nowej powieści?

W „Komisarzu” Kinga i Zimny ustępują miejsca Zuzannie i Wyrwie. Zuzanna to typowa córeczka tatusia. Tylko, że tym tatusiem jest jeden z najważniejszych śląskich biznesmenów. Zuza całe życie trzymana była w złotej klatce, wychuchana i oderwana od prawdziwego życia. Radosław Wyrwa to komisarz gliwickiej policji, którego mieliśmy okazję poznać w „Prokuratorze”. Otrzymuje on zlecenie rozpracowania zorganizowanej grupy przestępczej zajmującej się handlem ludźmi. Jego ścieżki krzyżują się z Zuzanną, której komisarz musi zapewnić ochronę. W rozwiązanie sprawy powiązanej ze śląską mafią angażują się dobrze znani z „Prokuratora” Kinga Błońska i prokurator Zimnicki. Pojawiają się także inne (lubiane i nielubiane) postaci z poprzedniej powieści autorki.

Tym razem narracja prowadzona jest przez Zuzannę i Wyrwę. Bardzo lubiłam poznawać punkt widzenia Kingi i Zimnego w „Prokuratorze”, ale cieszę się, że autorka odsunęła te postacie na drugi plan. Ciągnięcie ich wątku miłosnego zakrawałoby na telenowelę. Myślę, że rozwiązanie zastosowane przez Paulinę to dobry kompromis. Lubiana para została, ale pierwsze skrzypce grają zupełnie nowe osoby.

Akcja w nowej powieści Pauliny Świst nie zwalnia tempa. Co do wątków miłosnych i erotycznych, to muszę stwierdzić, że w „Prokuratorze” było goręcej. Zuzanna dopiero odkrywa czego tak naprawdę chce od życia, jest nieco nieporadna i trochę mdła. Nie budzi takiej sympatii jak Kinga, główna bohaterka Prokuratora. Namiętnych scen nie ma wiele, a jeżeli już są, to nie jest to już „ostry seks i ostra jazda” jak szumnie głosi opis na okładce. Nie mówię, że to źle. Przynajmniej odrzucamy porównania do „50 twarzy Greya”. Mam wrażenie, że tym razem autorka większą uwagę zwraca na wątki kryminalne, prowadzona sprawa zajmuje zasłużoną ilość miejsca w fabule. Jeśli miałabym porównać wątki kryminalne, to Komisarz wygrałby z Prokuratorem. Prowadzona sprawa jest dużo bardziej złożona i ciekawa. Wątki poboczne z obu części przeplatają się i zazębiają odkrywając przed czytelnikiem kolejne fakty. Przestępcza i mafijna śląska rzeczywistość wykreowana przez autorkę już niedługo nie będzie kryła przed nami żadnych tajemnic. A może to dopiero wierzchołek góry lodowej? Tak czy owak, może to stanowić dobrą podstawę dla kolejnych części!

Świat stworzony przez Paulinę Świst w jej powieściach zaczyna mi się podobać. Nie żebym lubiła mafijnych gangsterów i szemrane interesy, ale to nie jest po prostu tropiony złoczyńca, ale cały system naczyń połączonych, który chętnie będę rozpracowywała razem z (być może nowymi) bohaterami w kolejnych częściach, które mam nadzieję powstaną.


Jedno się nie zmieniło w stosunku do „Prokuratora” - zabierając się za „Komisarza” spodziewajcie się wciągającej lektury, którą trudno będzie odłożyć na półkę nieprzeczytaną. Szybka i trzymająca w ciągłym napięciu akcja sprawia, że nawet się nie obejrzycie, a dotrzecie do zaskakującego zakończenia, jakie przygotowała dla nas autorka.  

01 listopada

Recenzja: Ciemna strona. Mud Vein – Tarryn Fisher

Recenzja: Ciemna strona. Mud Vein – Tarryn Fisher



„Ciemna strona. Mud Vein” to najnowsza powieść Tarryn Fisher, autorki takich bestsellerowych powięsci jak „Margo” i „Bad mommy”. Każda kolejna książka tej autorki to podróż po ludzkiej psychice, to skomplikowane osobowości i nietuzinkowe pomysły na wciągające historie. Jej książki to także utrzymująca w ciągłym napięciu narracja, która sprawia, że trudno oderwać się od lektury. Co tym razem oferuje nam autorka w „Ciemnej stronie”?

Popularna pisarka (główna bohaterka i narratorka) budzi się uwięziona w obcym domu na krańcu świata. Została porwana, ale porywacz się nie ujawnia. Senna musi odkryć czy i w jaką grę została wciągnięta, a przede wszystkim gdzie w jej przeszłości kryją się wskazówki pozwalające na rozwikłanie tajemnicy. Może nie brzmi to jakoś oryginalnie, ale zapewniam Was, że Tarryn Fisher nie raz zaskoczy tym, w jaki sposób pokierowała akcją w tej książce. Czuć w tej historii powiew świeżości, autorka odchodzi od utartych schematów i wciąż poszukuje nowych sposobów na to, aby wgnieść czytelnika w fotel. Tym razem muszę przyznać, że jej się to udało. Choć początkowo nie byłam przekonana do fabuły „Ciemnej strony”, to jako całość tworzy przyprawiającą o dreszcze historię. Chwała Tarryn za to, że w końcu udało jej się nie zepsuć dobrego pomysłu na powieść słabym zakończeniem!

Jak na Tarryn Fisher przystało, w „Ciemnej stronie” nie brakuje skomplikowanych konstrukcji psychologicznych. Po raz kolejny stworzeni bohaterowie stanowią najmocniejszy punkt tej książki. Czytając powieści autorki ma się wrażenie, że normalni ludzie nie istnieją, że każdy kryje jakąś swoją ciemną stronę. To właśnie w tych mrocznych zakamarkach kryje się prawda o nas samych. I być może to nadaje powieści uniwersalny charakter. Choć może trudno jest zrozumieć skomplikowaną psychikę głównej bohaterki i jej wybory, a w jej przeszłości kryje się za dużo „wszystkiego”, to ja uwierzyłam, że gdzieś kiedyś na tym świecie mogłaby żyć taka Senna Richards. Jedyne do czego mogę się przyczepić to okładkowa informacja o tym, że jest to „mroczna, hipnotyzująca historia, która może się przydarzyć każdemu”. W to akurat trudno uwierzyć, jak dla mnie taka kompilacja zdarzeń nie może się zdarzyć. Chociaż kto wie…

Ciemna strona” to zaskakujący thriller psychologiczny ze skomplikowanym wątkiem romantycznym. To książka, która wciąga i sprawia, że zatracamy się w lekturze. Uważam, że to bardzo mądra książka, która pozwoli spojrzeć we własną przeszłość w poszukiwaniu swojej ciemnej strony. Każdy z nas skrywa coś, co wpływa na to jacy jesteśmy dziś i jak postrzegamy świat. Problem pojawia się gdy ciemna strona zaczyna rządzić człowiekiem. Tak czy owak.. wszyscy umrzemy, pytanie tylko kiedy i co uda nam się przeżyć przed tym ostatecznym końcem.

Najnowszą powieść Tarryn Fisher polecam na długie zimowe wieczory. Przygotujcie się na skomplikowane osobowości i niestandardowe zwroty akcji, a także na śnieg, dużo śniegu. Według mnie to najlepsza z czytanych przeze mnie powieści tej autorki.


24 października

Recenzja: Siewca wiatru – Maja Lidia Kossakowska

Recenzja: Siewca wiatru – Maja Lidia Kossakowska

Tym razem nie opowiem Wam o żadnej wydawniczej nowości. W moje ręce trafiła bowiem anielska fantastyka, którą można już chyba włączać do kanonu polskiej fantastyki. Zapraszam Was do Królestwa Niebieskiego, krainy miodem i mlekiem płynącej… ale czy na pewno tak wygląda Niebo?

Jeżeli jesteście znudzeni wizją Królestwa Niebieskiego, w którym małe, tłuste aniołki przepasane prześcieradłem, z aureolką i harfą siedzą na chmurkach, delektują się wieczną radością i szczęściem kąsając co lepsze kąski i popiją boski nektar… to mam dla Was coś odpowiedniego! Maja Lidia Kossakowska stworzyła niesamowity świat, w którym Pana nie ma, a w niebiosach panuje chaos. Ale burdel w tym niebie! Cóż za nieokrzesane anioły i archanioły zabrały się za wprowadzanie swoich porządków w Królestwie?!

Pozostawione same sobie, niepilnowane i obdarzone wolną wolą zastępy niebieskie nijak mają się do naszych wyobrażeń o aniołach i archaniołach. Nic co ludzkie nie jest im obce. Zdarza im się przeklinać (wcale nie tak rzadko), pić alkohol, a nawet bywać w burdelach. A do tego wszystkiego potrafią kochać i nienawidzić. Pan milczy, a archaniołowie podzielili się władzą w Królestwie próbując utrzymać nieobecność Pana w tajemnicy. Tymczasem Cień jest coraz bliżej. Siewca Wiatru (Antykreator) nadchodzi, ale kto stawi mu czoła? I jak, skoro Daimon – Niszczyciel Światów, Abbadon bez dotknięcia Pana jest bezradny?

Chociaż klimat bitew, walki dobra i zła, brutalnych wojen to niezupełnie moje klimaty, to Kossakowska ujęła mnie kreacją bohaterów i genialnie skonstruowanym światem. Wśród głównych bohaterów nie mogło zabraknąć Archaniołów: Gabriela (vel Gabrysia, Dżibrila), Michała (Michasia, Michalea), Razjela, czy Rafaela. Pojawia się nawet Lucyfer (ksywa Lampka), który jest zszokowany jego wygnaniem z Królestwa. Oczywiście jest i wspomniany wcześniej Daimon Frey – główny bohater powieści. Powiedzieć, że stworzone postaci są charakterne, to mało. Wszyscy mają bogate osobowości, własne poczucie humoru i swój specyficzny sposób postrzegania rzeczywistości. Anielscy przyjaciele chodzą na piwo do tawerny „Pod Gorejącym Krzewem”, a na Ziemi mają swoje ulubione miejsca.

Mimo że książka traktuje o wydarzeniach dramatycznych i ostatecznych, wprowadzone przez autorkę dialogi bywają bardzo zabawne. Właściwie to one sprawiają, że nawet gdy fragmentami sama fabuła nie porywa jakoś specjalnie, to toczące się w Królestwie (i trochę poza nim) rozmowy wciągały i zmuszały do dalszej lektury. Niejednokrotnie podczas lektury głośno się zaśmiałam, a przyznam, że rzadko mi się to zdarza.

- Puść trony! - Utknęły! - Chalkedry? - Walczą ze smokami! - Kurwa! - Kurew też nie mam! - wrzasnął wściekle Gabriel, a oko zachrzęściło i zamarło. - Fajnie – mruknął Pan Zastępów.


Co do świata, a właściwie wszechświata razem z niebem i piekłem, bytem i nicością, dziełem stworzenia… i tak dalej – to co stworzyła Kossakowska jest po prostu idealne. Liczne odwołania do kultury, a także określenia biblijne zaadaptowane na potrzeby powieści nadają pewnego realizmu (a pamiętajmy, że to wciąż fantastyka!). Ponadto, stworzony świat jest wielowymiarowy, a my podczas lektury odkrywamy jego kolejne mroczne i niemroczne zakamarki. Ale żeby poczuć klimat tego świata, „Siewcę Wiatru” trzeba po prostu przeczytać!

15 października

Recenzja: Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu - Marcin Wójcik

Recenzja: Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu - Marcin Wójcik

Po dzisiejszej recenzji mogą zabrzmieć głosy oburzenia, bo dziś o wcale nie łatwym temacie jakim jest celibat w Kościele Katolickim. Marcin Wójcik, absolwent Papieskiej Akademii Teologicznej, a przede wszystkim bardzo dobry reporter, pokusił się o zgłębienie bardzo śliskiego tematu. I przyznam, że podszedł do niego bardzo rzetelnie.

„Celibat. Opowieści o miłości i pożądaniu” to zbiór historii ukazujących różne podejście do kwestii czystości i wstrzemięźliwości polskich duchownych. Historie przeplata spora dawka faktów dotyczących historii celibatu. Mam wrażenie, że każdy ksiądz (czy kandydat na duchownego) inaczej definiuje to, czym tak naprawdę jest ten celibat i z tą swoją definicją kroczy przez życie duchowne. Dopiero gdy pojawiają się zgrzyty pomiędzy własną definicją, oczekiwaniami Kościoła i własnym postępowaniem pojawiają się problemy.

Choć autor przyznaje, że w książce możliwe było ukazanie tylko pewnej części Kościoła, to uważam, że całkiem dobrze udało mu się ukazać wielowymiarowość problemu celibatu. Opowiedziane historie odwołują się do różnych doświadczeń, innych postaw i „wykroczeń”. Cieszę się, że Pan Marcin Wójcik nie ograniczył się do opisania kilku historii księży mających nieślubne dzieci, ale zahaczył również o temat homoseksualizmu, pedofilii, uzależnień, przemocy. Co ważne, ukazano także perspektywę księży, którzy z pełnym poświęceniem zgadzają się na celibat i trwają w nim, walcząc ze swoimi słabościami. Poznajemy nawet przykład z Kościoła Prawosławnego, gdzie celibat nie obowiązuje.

Duży szacunek dla autora za umiejętność bezstronnego podejścia do tematu. Pan Wójcik starannie prowadzi narrację, ale nie ocenia i nie wydaje wyroków. W niejednoznacznych sprawach przedstawia stanowisko wszystkich stron i pozostawia czytelnikowi możliwość oceny zgodnie ze swoim sumieniem.Tam gdzie to możliwe prosi o zabranie głosu ekspertów (w tym seksuologa Zbigniewa Lwa-Starowicza!).

Chce się rzec, że za sprawą autora docieramy do najmroczniejszych zakamarków Kościoła Katolickiego. Jeśli przytaczane w książce statystyki nie kłamią, to 60% księży jest lub było w związku z kobietami. Jeśli dołożyć do tego trudne do oszacowania statystyki dotyczące homoseksualizmu w seminariach i wśród duchownych w ogóle, to… no cóż, nie są to żadne zakamarki, a wielkie jasno oświetlone sale.

Początkowo miałam wrażenie, że książka ta w żadnym wypadku nie jest atakiem na Kościół jako instytucję, bo opisywane historie dotyczą indywidualnych jednostek. Przecież człowiek to słaba istota i ma prawo do błędów. Ale im dalej w las tym ciemniej. Po skończonej lekturze nie mam pretensji do księży, którzy postanowili ułożyć sobie życie zakładając rodziny. Jednego nie potrafię przeboleć – zamiatania pod dywan problemów i postawy władz kościelnych w sytuacjach gdy innym działa się krzywda (sprawy dotyczące pedofilii, czy wykorzystywania seksualnego). Sięgając po lekturę „Celibatu” poznacie historie miłosne, które w żaden sposób nie bulwersują (no, przynajmniej mnie… póki nikogo nie ranisz rób sobie co chcesz księże!), ale poznacie również opowieści, po których jestem głęboko rozczarowana postawą Kościoła. No cóż, takie historie i tak prędzej czy później wypływają, nawet jeśli Kościół odwraca oczy. A niestety odwraca je bardzo często, a do tego mocno je zaciska. 

Może i książka ta nie omawia nowego zjawiska, no bo kto nas nie słyszał w swoim otoczeniu o księdzu, który ma nieślubne dziecko, albo zrzucił sutannę dla kobiety/mężczyzny. Takie zdarzenia są już tak powszechne, że nie wywołują większych kontrowersji. Mimo to, bardzo się cieszę, że powstał ten reportaż, a także że po niego sięgnęłam, bo to bardzo interesująca i wciągająca lektura, która skłania do refleksji, że tak naprawdę w obecnej sytuacji nie ma dobrego rozwiązania. Same problemy z tym celibatem, ale czy bez niego byłoby łatwiej? 


Copyright © 2016 Uwaga czytam , Blogger