13 stycznia

Podpalacz – Wojciech Chmielarz

Podpalacz – Wojciech Chmielarz



Kiedyś spontanicznie sięgnęłam po „Żmijowisko” Wojciecha Chmielarza... i przepadłam. To była jedna z najlepszych książek przeczytanych w ubiegłym (2018) roku. Wtedy usłyszałam, że autor ten ma na swoim koncie całkiem przyjemną serię o charyzmatycznym komisarzu, niejakim Jakubie Mortce. Moim pierwszym skojarzeniem był komisarz Forst – barwny i niesforny bohater stworzony przez Remigiusza Mroza. Trudno mi zatem nie porównywać tych dwóch postaci i serii. Uczciwie trzeba jednak przyznać, że Mortka wygrywa z Forstem.

Podpalacz” to pierwsza część serii o komisarzu Mortce. Przenieśmy się na chwilę do mroźnej, ośnieżonej Warszawy. Policja otrzymuje zgłoszenie, że w spalonym domu znaleziono ciało. Wkrótce okazuje się, że mamy do czynienia z seryjnym podpalaczem, który grasuje w stolicy i dokonuje kolejnych przestępstw. Komisarz Jakub Mortka zmagający się właśnie z własnymi problemami osobistymi (rozwód, problemy finansowe i mieszkaniowe) musi się zmierzyć z serią podpaleń. Jak odkryć kto za tym wszystkim stoi, jeśli głównym problemem jest znalezienie jakiegokolwiek motywu działania?

Niby „Podpalacz” to po prostu dobry kryminał policyjny. W rzeczywistości jednak należą się wielkie wyrazy uznania dla autora za to, jak dobrze udało mu się stworzyć realistyczny obraz stołecznej policji. W końcu trafiłam na literackiego polskiego komisarza, który ma swój kodeks etyczny, stara się postępować zgodnie z zasadami (z naciskiem na stara się, nie mówię, że zawsze się udaje) i musi walczyć z wszechobecną urzędniczą machiną. Ot, po prostu poczciwy i sprawiedliwy glina, ambitny, choć trochę nieporadny życiowo. W prowadzone sprawy angażuje się całym sobą, na tyle mocno że cierpi na tym jego życie prywatne. Jak każdy człowiek ma swoje wady i zalety, co sprawia, że jest jakiś taki bardziej ludzki, realny. O wiele łatwiej jest mi uwierzyć w jego istnienie niż w to, że gdzieś po świecie kręci się zakopiański komisarz Forst.

Zagadka będąca głównym elementem fabuły jest dość zgrabna i co ważne, nie przekombinowana (tak, porównuję to z komisarzem Forstem spod pióra Mroza). Historia polowania na podpalacza wciąga. Co rusz mamy zwroty akcji, które rzucają nowe światło na prowadzoną sprawę. Co ważne, autorowi udaje się zaskoczyć czytelnika proponując nieszablonowe zakończenie. Całość opowiedziana jest przystępnym językiem. Kilka razy na moich ustach gościł uśmiech w reakcji na błyskotliwe dialogi i pewien ciekawy nurt muzyczny, który odgrywa niemałą rolę w całej tej historii ;-)

Tak jak na wstępie wspomniałam, „Podpalacz” to pierwszy tom serii. Ja jestem już po lekturze kolejnej części, czyli „Farmy lalek”. Ale o tej pozycji może opowiem innym razem.

06 stycznia

W czepku urodzone – Weronika Nawara

W czepku urodzone – Weronika Nawara


Mam wrażenie, że ostatnio mamy do czynienia z pewną modą na książki dotyczące środowiska medycznego. Czasami głos zabierają dziennikarze obserwujący funkcjonowanie szpitala i służb ratunkowych (np. świetny dziennikarz wcieleniowy Paweł Reszka i jego Mali bogowie 1 i 2), czasami są to sami lekarze (np. Adam Kay w swojej książce „Będzie bolało”). Tym razem za sprawą Weroniki Nawary głos zabierają przedstawiciele środowiska pielęgniarskiego.

Chyba nikt nie ma wątpliwości co do tego, że pielęgniarstwo to niezwykle trudny i odpowiedzialny zawód. Jednocześnie społeczeństwo ma skłonności do umniejszania roli pielęgniarek, a pacjenci niejednokrotnie okazują niewdzięczność i sprawiają problemy. Mimo to one dzielnie realizują swoją misję okupując to niejednokrotnie własnym zdrowiem i kiepskimi relacjami w życiu prywatnym. Książka pomaga zrozumieć na czym polega praca pielęgniarek, poznać blaski i cienie pracy w tym zawodzie. Opisywane przez przedstawicielki (i przedstawicieli, bo choć pielęgniarstwo zdominowane jest przez kobiety, nie zabrakło męskiego głosu) tej profesji doświadczenia ukazują ich codzienność, trudności wynikające ze specyfiki pracy pielęgniarki, ale i chwile dzięki którym wciąż widzą w tym wszystkim sens. Cytowane wypowiedzi pozwalają na odczarowanie zawodu pielęgniarki, ale także ukazują ich trudną sytuację (np. niskie zarobki, niedobory kadrowe). Choć można odnieść wrażenie, że książka ta pisana jest przez pielęgniarki i dla pielęgniarek, to uważam, że jest to ważny głos w dyskusji na temat kondycji naszej służby zdrowia.

Weronika Nawara dopiero rozpoczyna swoją drogę w tym zawodzie. Choć to ona wskazana jest na okładce jako autorka, książka ta ma wielu autorów, ponieważ składa się właściwie z samych cytatów, a komentarzy autorki jest w niej jak na lekarstwo (nomen omen). Dzięki bezpośredniemu przytaczaniu wypowiedzi osób, z którymi rozmawiała autorka udało się zachować pewną naturalność, jednak mi zabrakło pełniejszej i spójnej narracji ze strony autorki. Owszem, dostrzegam starania nadania jakiegoś porządku przytaczanym cytatom poprzez wprowadzenie tematycznych rozdziałów, ale według mnie to za mało. Autorka na równi ze swoimi indagowanymi opowiada o swoich doświadczeniach i spostrzeżeniach, ale brakuje pełniejszej syntezy, bardziej obiektywnych wniosków wynikających z przytaczanych odpowiedzi.

Nie zrozumcie mnie źle, bo „W czepku urodzone” to bardzo interesująca lektura, poruszająca ważny i ciekawy temat, wnosząca sporo nowej wiedzy do mojego życia i uświadamiająca jak dużą rolę w szpitalnej machinie odgrywają pielęgniarki. Wątpliwości budzi we mnie natomiast sama struktura książki i wkład autorki w jej napisanie. Czy można powiedzieć, że ktoś napisał książkę, która w 90% składa się z samych cytatów, które nie są interpretowane ani analizowane? Nie przeczę, że samo dotarcie do pielęgniarek i pielęgniarzy, którzy zgodzili się poświęcić czas na rozmowę z autorką było dużym wysiłkiem, ale przetworzenie zgromadzonego materiału to oddzielna kwestia. Nie sztuką jest stworzyć książkę dokonując selekcji wypowiedzi innych osób, ważne jest aby jeszcze dokonać ich analizy i przedstawić wnioski z nich wynikające. Podsumowania – odezwy do pielęgniarek, które kończą rozdziały, to jednak za mało. Cytaty powinny służyć raczej obrazowaniu tego, co autor chce przekazać odbiorcom, a nie być bytem samym w sobie. Tutaj proporcje zostały wyraźnie zachwiane – zdecydowanie za mało (jak na książkę) głosu zabierała sama autorka.

I mimo że trochę narzekam, to uważam, że warto sięgnąć „W czepku urodzone”, choćby po to aby uświadomić sobie, jak wielką pracę wykonują pielęgniarki i najzwyczajniej w świecie po prostu je docenić, a mając z nimi styczność okazać im wdzięczność.

08 grudnia

Dzieci księży. Nasza wspólna tajemnica – Marta Abramowicz

Dzieci księży. Nasza wspólna tajemnica – Marta Abramowicz


Autorka „Zakonnice odchodzą po cichu” wydała nową książkę. Tym razem postanowiła skupić się na dzieciach księży. Kiedy pierwszy raz (a było to w czerwcu 2017 roku na festiwalu książki w Opolu) usłyszałam jakim tematem postanowiła zająć się autorka, bardzo się ucieszyłam. Nie ukrywam, że po „Zakonnicach...” moje oczekiwania względem nowego reportażu były ogromne. Autorka próbowała zrozumieć co czują dzieci i matki księży oraz ich pozycję w społeczeństwie.

Marta Abramowicz na wstępie wspomina, że materiały do książki zbierała przez dwa lata, że dotarła do bardzo wielu osób, które znają przypadki księży, którzy złamali celibat i pełniąc posługę kapłańską mają dzieci. Jednocześnie tłumaczy, że „problem” ten jest powszechnie znany, ale stanowi temat tabu i bardzo trudno było skłonić do rozmów matki, dzieci księży, czy samych kapłanów. Ja mam jednak wrażenie, że autorce brakło determinacji. Na książkę składa się dosłownie kilka historii o dzieciach księży, a bardziej o matkach dzieci księży. Przy czym historie te są trochę… nijakie. Gołym okiem widać, że do książki zostały wprowadzone jedyne zgromadzone historie (na których publikację autorka zyskała zgodę), nie zaś te, które najlepiej odzwierciedlałyby istotę problemu lub ukazywałyby różne przejawy problemu, a przede wszystkim różne perspektywy. Przytoczone historie to jednak i tak najmocniejsza część tej książki. W momencie, kiedy dopiero co zaostrzył się mój apetyt i chciałam poznać kolejną historię okazało się, że… to już wszystkie opowieści, które udało się zgromadzić autorce. Mniej więcej w połowie książki kończy się wszystko to, co w niej najlepsze. Całe mięso zostało rzucone, dalej mamy już tylko okruchy.

W drugiej części autorka przytacza przeprowadzone przez siebie wywiady ze specjalistami (antropolożką, historykiem, byłym księdzem), które są raczej naukowymi dywagacjami nijak niepowiązanymi z opowiadanymi historiami. Czarę goryczy przelało jednak przeprowadzone przez autorkę badanie ankietowe… wśród studentów (głównie psychologii i socjologii, co już zupełnie wypacza wyniki). Może Was nie będzie to raziło, ale włączyło się moje zboczenie zawodowe i muszę to napisać: po raz kolejny autorka poszła po najmniejszej linii oporu. Naprawdę? Badanie ankietowe wśród trzech grup wykładowych ma nam powiedzieć cokolwiek o analizowanym problemie i pozwolić na diagnozę postaw wobec celibatu? Szczególnie, jeśli pytamy o to przyszłych socjologów i psychologów, którzy nie są reprezentatywną grupą, ze względu na inną wrażliwość społeczną. Jeśli autorce zależało na poznaniu opinii młodego pokolenia i miała ograniczone możliwości powinna pokusić się chociaż na przeprowadzenie badania na losowej próbie studentów jednej, czy dwóch uczelni (naprawdę można to zrobić nie wydając ani złotówki, mi do pracy magisterskiej jakoś się udało).

Nie sposób nie porównać „Dzieci księży...”, do „Celibatu. Opowieści o miłości i pożądaniu” Marcina Wójcika. Jeśli pamiętacie moją recenzję (a jeśli nie, to można ją przeczytać tutaj), byłam pod ogromnym wrażeniem tego, z jaką rzetelnością i obiektywizmem podszedł do tematu autor. Podczas gdy Marcin Wójcik starał się ukazać wielowymiarowość problemu, różne perspektywy oraz wiarygodne statystyki, Marta Abramowicz (mam takie wrażenie) poszła trochę na skróty i jedynie pokazała nam malutki fragment układanki. A szkoda, bo podjęła się naprawdę ciekawego tematu.

Z bólem serca to piszę, ale „Dzieci księży...” to chyba największe rozczarowanie tego roku. Po „Zakonnicach...”spodziewałam się, że nowa książka utrzyma poziom, tymczasem otrzymałam naprawdę słabą książkę. Jeśli interesuje Was temat celibatu, to zdecydowanie bardziej polecam wspomniany wcześniej reportaż Marcina Wójcika. O  posiadania dzieci przez księży, i reakcjach władz kościelnych na takie „wpadki” więcej dowiecie się z „Celibatu”, niż z „Dzieci księży”.

18 listopada

Cud grudniowej nocy - Magdalena Majcher

Cud grudniowej nocy - Magdalena Majcher


Jeśli macie ochotę na wprowadzenie siebie w świąteczny nastrój, to najnowsza powieść Magdaleny Majcher jest ku temu świetną okazją. Tym bardziej, jeśli nie lubicie typowych, często banalnych, świątecznych lovestory. Autorka przyzwyczaiła nas do tego, że w opowiadanych przez siebie historiach porusza trudne tematy. I choć książka przepełniona jest nostalgią i skłania do refleksji, to jednocześnie pełna jest ciepła i pomaga przypomnieć sobie co w świętach jest najważniejsze.

Jedna rodzina, dwa pokolenia, pięć kobiet. Każda z nich skrywa zupełnie inne troski i zmartwienia. Jest grudzień, trwa przedświąteczne szaleństwo. Każdy przygotowuje się do świąt na swój sposób. Dla jednych oznacza to gruntowne porządki, i szykowanie świątecznego menu, dla innych kupowanie prezentów albo zadbanie o to, aby każdy kąt mieszkania odpowiednio (czyt. świątecznie) prezentował się na Instagramie. Ale nie wszyscy czują magię świąt. Magdalena, jak co roku, zadbała o to, aby tę magiczną wigilijną noc spędzić w pracy. Teresa z kolei zmęczona corocznym stresem związanym z organizowaniem świąt pragnie świętego spokoju. Jej siostra, Maria marzy za to o czymś dokładnie odwrotnym: aby w końcu zgromadzić rodzinę przy wigilijnym stole. Tymczasem Kamila i Kinga mierzą się z własnymi, niespodziewanymi problemami. Czy zdarzy się tytułowy cud grudniowej nocy i każda z bohaterek odnajdzie szczęście w te święta?

Często bywa tak, że spoglądając na życie innych, nawet z naszego najbliższego otoczenia, wydaje nam się, że wiodą idealne życie. Tymczasem każdy skrywa jakieś sekrety. Niektórymi nieszczęściami żyje cała rodzina, ale ile smutków kryje się za drzwiami mieszkań, z dala od czujnego oka otoczenia? Historie bohaterek pokazują jak trudno jest zachowywać pozory szczęścia, ale także jak odnaleźć szczęście i nauczyć się dalej żyć po stracie. Przede wszystkim jednak pomagają na nowo odkryć, co tak naprawdę jest najważniejsze w świętach i jaka siła tkwi w rodzinie.

Magdalena Majcher w swojej świątecznej powieści porusza problemy, które są tak uniwersalne i ponadczasowe, że każdy odnajdzie coś dla siebie. Jednocześnie jednak osadza akcję w znanym nam świecie pełnym pompowanej przez marketing świątecznej gorączki trwającej już od listopada, idealnego świata Instagrama i innych mediów społecznościowych, czy niezobowiązujących relacji prosto z Tindera przy jednoczesnym odwołaniu do tradycji pielęgnowanej przez starsze pokolenie, czyli świąt okupionych szałem sprzątania, gotowania i dbania o to, aby wszystko przebiegło idealnie. A przecież w świętach nie jest najważniejsze to, aby spełniać oczekiwania innych, ale żeby spędzić je z tymi, z którymi chcemy. Bo na tym polega cud grudniowej nocy. Bo wigilia to najbardziej magiczny dzień całym roku. I choć w głębi duszy wie o tym każdy z nas, to warto sięgać po takie książki jak ta, aby sobie to na nowo uświadomić. Żeby usiąść i zastanowić się, co dla nas jest najważniejsze w świętach.

I pozwólcie, że zakończę cytatem:
W ten dzień chcemy wszyscy razem usiąść przy stole. Na chwilę zapomnieć o kłopotach. Wspólnie celebrować świąteczny czas, bo przecież cudem jest, że udało nam się znowu spotkać przy choince. Może nie w tym samym gronie, bo życie pisze różne scenariusze, ale nadal razem.

PS. Napisałabym, że to idealny pomysł na świąteczny prezent, ale uważam, że powinno ją się przeczytać przed świętami. Jednak jeśli robicie prezenty na Mikołajki to będzie to świetny prezent dla każdej kobiety ;-)

04 listopada

Karuzela – Paulina Świst

Karuzela – Paulina Świst


Ostry seks. Ostry język. Ostra jazda” - Paulina Świst pozostaje wierna swojej pisarskiej dewizie i wraca do nas z czymś nowym. I bardzo się cieszę, bo to już sprawdzony sposób na sukces, a „Karuzela” - pierwszy tom nowej serii zdaje się to potwierdzać.

Kilku znajomych prawników postanawia rozkręcić karuzelę podatkową, czyli z prawniczego na nasze: zarobić grube miliony na przekrętach dotyczących vatu. Wśród wspólników są Oni. Przyjaźnią się od czasów studenckich. Oboje tkwią w bezsensownych małżeństwach. Ola żyje z mężem hazardzistą, Piotrek z żoną chorą psychicznie. Obrzydliwie bogaci, ale sfrustrowani swoimi małżeństwami szukają pocieszenia w zdecydowanie milszym towarzystwie. W końcu rodzi się między nimi uczucie. Wszystko świetnie się układa, ale do czasu. Coś poszło nie tak, ktoś ich zdradził i doniósł do organów ścigania. Olka trafia do więzienia. Kto doniósł? Czy dla prawniczki istnieje jeszcze jakiś ratunek? Być może, bo do akcji wkraczają doskonale znane nam z wcześniejszych książek autorki Kinga i Lilka.

Mam wrażenie, że z każdą kolejną książką Paulinie wyostrza się poczucie humoru. Dialogi między głównymi bohaterami są bezbłędne. Czytasz i się śmiejesz, nie ma innej opcji. Potoczny język, odniesienia do kultury masowej i jej aktualnych trendów (nawet radiowy hit znany z „weź nie pytaj, weź się przytul” został wpleciony w dialog między Olą a Piotrkiem) sprawiają, że jak zwykle książka tej autorki stanowi świetną rozrywkę i miłą odskocznię od tego, co czytam zazwyczaj. Ale ważna jest też fabuła. Choć jest to naprawdę krótka książka, to dzieje się sporo. I nie mam tu na myśli wyłącznie scen erotycznych. Uczciwie trzeba przyznać, że fabuła nie jest skomplikowana ani przesadnie rozbudowana. Otrzymujemy za to krótką, ale pokręconą historię niezłych łobuzów. No bo jak to tak, prawnicy? Tacy (delikatnie rzecz ujmując) nieuczciwi, z kryminalistami się dogadują? No niezły obraz prawniczego świata przedstawia nam wciąż nie ujawniająca swojego prawdziwego nazwiska autorka reprezentująca środowisko, o którym takie niegrzeczne rzeczy pisze.


Jeszcze jedno, przypominam, że książki Pauliny Świst to ten rodzaj literatury, który ma służyć czystej, prostej rozrywce. Nie oczekujcie więc wzniosłego języka, czy wyrafinowanej kompozycji. Jeśli rażą cię przekleństwa, albo potoczny język raczej nie sięgaj po tę książkę. Tym, którzy czytali poprzednie książki Pauliny Świst powiem tyle: autorka trzyma poziom i korzysta ze sprawdzonych w poprzednich książkach rozwiązań, jak choćby oddanie głosu obojgu głównych bohaterów ;-)

04 listopada

Czarownice nie płoną – Jenny Blackhurst

Czarownice nie płoną – Jenny Blackhurst


Czy tylko ja uważam, że dzieci w horrorach są najbardziej przerażające? Gdy sięgnęłam po thriller psychologiczny „Czarownice nie płoną” zamiast starać się jak najszybciej rozwiązać zagadkę tajemniczych zdarzeń, do których zaczęło dochodzić w małym prowincjonalnym miasteczku, gdy pojawiła się w nim Ellie, ja dałam się wciągnąć w grę, która niejednokrotnie przyprawiała mnie o dreszcze.

Kiedy cała rodzina Ellie ginie w pożarze domu, jedenastoletnia dziewczynka trafia do rodziny zastępczej mieszkającej w Lichocie. Mniej więcej w tym samym czasie do swojego rodzinnego miasta wraca Imogen – psycholożka, która chce rozpocząć nowe życie. Za wszelką cenę chce pomóc dziewczynce poradzić sobie ze stratą, samotnością oraz odnaleźć w nowej sytuacji. Nie może być przecież tak, że o wszelkie zło oskarża się małą, bezbronną dziewczynkę, która boryka się z traumą po stracie całej rodziny. Dziwnym trafem jednak, złe rzeczy dzieją się tym, którzy w jakikolwiek sposób narażą się Ellie. Czy to możliwe, aby dziewczynka siłą woli robiła krzywdę innym? I czy miała coś wspólnego z pożarem, w którym zginęła jej rodzina?

To jest naprawdę mroczna historia. Cały świat wykreowany przez autorkę tworzy klimat jak z horroru. Mamy tu małe miasteczko w którym każdy zna każdego i żadna tajemnica się nie uchowa, nawet jego nazwa (Lichota) jest przygnębiająca. Trudne do wyjaśnienia zdarzenia, dziwne wypadki i przypadki, czytając łatwo odnieść wrażenie, że zło czai się tuż za rogiem. Do tego dochodzi smutna mała dziewczynka, która nie potrafi zdobyć akceptacji rówieśników. W całej urzędniczej machinie nieco po macoszemu potraktowano jej przypadek, a przecież niemal na jej oczach zginęła cała rodzina. Jest samotna i szuka za wszelką cenę akceptacji oraz kogoś, kto byłby do niej przychylnie nastawiony. No i jest jeszcze Imogen, psycholożka borykająca się z własnymi problemami, pełna wątpliwości i determinacji by pomóc dziewczynce. Młoda kobieta robi wszystko co w jej mocy, walczy o normalne warunki sprzyjające rozwojowi Ellie. Aby to się udało musi jednak zmierzyć się z demonami przeszłości, które zostawiła opuszczając Lichotę wiele lat wcześniej. Jej zaangażowanie znacznie wykracza poza standardy zawodowe, ale może tylko tak da się pomóc Ellie?

Autorka nie tylko stworzyła niesamowity klimat, ale także poruszyła istotne tematy takie jak brak akceptacji otoczenia, czy wpływ dysfunkcyjnej rodziny na dorosłe życie osób, które nie zaznały ciepła domowego ogniska. Żal mi serce ściskał gdy rozdział po rozdziale odkrywałam z czym na co dzień musi borykać się Ellie. Autorka bardzo dobrze przedstawiała perspektywę dziewczynki – co prawda nie była to narracja pierwszoosobowa, ale oddawała sposób myślenia dziecka. I choć bulwersowało mnie to, z jaką reakcją otoczenia spotykała się Ellie, muszę przyznać, że i mnie przerażała.

Zwykle w thrillerach najważniejsze jest dla mnie rozwiązanie zagadki. „Czarownice nie płoną” są tu poniekąd wyjątkiem. Oczywiście, że byłam ciekawa jak to się wszystko skończy, nawet częściowo przewidziałam finał, ale o wiele bardziej doceniam tym razem klimat, który sprawił że wielkie emocje towarzyszyły aż do ostatniej strony. „Czarownice nie płoną” to jeden z lepszych thrillerów tego roku, to historia która przeraża, bulwersuje, czasem wywołuje współczucie, czasami gniew. Jedno jest pewne, to jedna z tych książek, która zostaje w głowie na dłużej i skłania do zastanawiania się, jak dalej potoczyły się losy dziewczynki i całej Lichoty.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Albatros.


30 października

Lissy – Luca D’Andrea

Lissy – Luca D’Andrea


Istota zła”, czyli debiutancka powieść Luci D’Andrei ujęła mnie majestatem gór, ukazaną siłą natury i klimatem, który udało się stworzyć w tamtej historii. I oto autor powraca z kolejną powieścią, której akcję osadza gdzieś tam za górami, za lasami, za siedmioma wodami. Czy tak nie zaczynają się baśnie? Owszem. Czy „Lissy” jest czymś, co mogłoby się wpisać w ramy tego gatunku? Może poniekąd jest, ale bliżej jej do mrocznej opowieści typu „Jaś i Małgosia” braci Grimm niż do współczesnych disneyowskich cukierkowych bajek. Przede wszystkim jednak „Lissy” to naprawdę mroczny thriller. Po raz kolejny autor funduje nam międzygatunkową niespodziankę, którą niezwykle trudno zamknąć w jednej szufladzie.

Przenieśmy się w okolice Tyrolu lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Marlene ma misternie uknuty plan. Chce zerwać ze swoim dotychczasowym, dostatnim życiem u boku męża zbira. Podejmując decyzję o wcieleniu planu w życie, szybko rozbija się on o rzeczywistość. Oczywiście, że coś poszło nie tak. Na skutek nieoczekiwanych zdarzeń, Marlene ze swojej pięknej rezydencji trafia do bardzo skromnej pustelni położonej wysoko w górach. Jej gospodarz, Simon Keller obejmuje bohaterkę troskliwą opieką. Pomiędzy nimi nawiązuje się pewna nić porozumienia, choć jak się wkrótce okaże, każde z nich skrywa pewne tajemnice. Ona poszukiwana jest przez męża, który wydał na nią wyrok śmierci – zlecając poszukiwania tajemniczemu Zaufanemu Człowiekowi „pociągnął za spust”. Simon z kolei z oddaniem pielęgnuje swoje dzieci (świnie) oraz kontynuuje rodzinne tradycje przepisywania Biblii. No i jest jeszcze Lissy. Kochana Lissy, mała Lissy. Lissy, która wciąż jest głodna (na samo jej wspomnienie przechodzą mnie dreszcze!).

Autor prowadzi wielotorową narrację. Oprócz dwóch najważniejszych perspektyw ukazujących akcję poszukiwania żony przez Herr Wegenera oraz poczynania Marlene i Simona ukrytych w niemalże odciętej od świata pustelni, mamy okazję podróżować w czasie. Poznajemy wówczas istotne fakty dotyczące zdarzeń minionych, które wywarły istotny wpływ na głównych bohaterów. Poznając przeszłość Marlene, Simona Kellera oraz Herr Wegenera doszłam do przekonania, że to właśnie ludzie i ich dramaty są kluczowym elementem tej historii. Każdy z nich ma inną historię, każde z nich przeżyło całkiem sporo w swoim życiu. I każde z nich postradało zmysły na swój własny, oryginalny sposób. Autor kreuje postacie bardzo kompleksowo, to nie są przypadkowi ludzie, ale skomplikowane konstrukcje psychiczne. Wszystko co dzieje się w ich głowach wynika z wcześniejszych doświadczeń, które raz po raz autor przedstawia nam wtrącając opowieści dotyczące przeszłości bohaterów.

Muszę przyznać, że motyw poszukiwań Marlene w ogóle nie zrobił na mnie wrażenia i mógłby w ogóle nie pojawić się w tej powieści. Jednak to, co wydarzyło się tam wysoko w górach, w tej małej i mrocznej pustelni szokowało i przerażało jednocześnie. Kochana Lissy, mała Lissy. Kim jest? Czego chce? Gdzie kryje się prawdziwe zło? I czy da się coś z tym wszystkim zrobić, aby wszyscy żyli długo i szczęśliwie?

Muszę przyznać, że „Lissy” to jedna z bardziej oryginalnych propozycji wśród thrillerów psychologicznych. Autor prowadzi z nami grę, trochę nas oszukuje próbując sprowadzić nas na manowce mamiąc nam oczy poszukiwaniami prowadzonymi przez tajemniczego Zaufanego Człowieka, podczas gdy zło przybrało zupełnie nieoczekiwaną postać. Poza tym, odwołanie się do motywów baśniowych, o których nie bez powodu wspominałam na początku to coś, czego zupełnie nie spodziewałam się w tego typu powieści. Największą jednak tajemnicę skrywa Lissy... ale jaką musicie odkryć sami.

Copyright © 2016 Uwaga czytam , Blogger