20 września

Nikt nie idzie – Jakub Małecki

Nikt nie idzie – Jakub Małecki

Wiecie co jest fajnego w blogowaniu o książkach? To, że dzięki propozycjom od wydawnictw czasami trafiam na takie perełki jak „Nikt nie idzie”. W życiu nie pomyślałabym, że tak bardzo spodoba mi się ta książka, że zostanie w mojej głowie na dłużej. Niepozorna, niezbyt długa. A jednak potrafi zrobić na odbiorcy piorunujące wrażenie.

Olga jest trochę rozbitkiem w tym skomplikowanym, współczesnym świecie. Niby młoda, zdolna i ambitna, a jednak nie do końca potrafi znaleźć dla siebie miejsce na ziemi. Poznajemy ją po urywkach z życia, niby przypadkowych, a jednak niezwykle znaczących. Pewnego dnia spotyka niepełnosprawnego mężczyznę (chłopca? młodzieńca?) w niezwykle trudnym dla niego momencie. Coś każe jej nawiązać z nim kontakt, zaopiekować się przypadkowo spotkanym Klemensem. Kim jest ten młodzieniec oraz jaka jest jego historia dowiadujemy się z rozdziałów poświęconych jemu i jego rodzinie. Istotne momenty z życia obojga bohaterów, naładowane niezwykłym ładunkiem emocjonalnym, doprowadzają nas do tego dziwacznego „tu i teraz”.

Gdy zaczynałam czytać tę lekturę, poczułam ukłucie rozczarowania, gdy okazało się, że nie jest o tym, o czym pomyślałam, że jest na podstawie opisu z okładki. Wiecie:
ona samotna, on samotny i zamknięty we własnym świecie. Ich losy przetną się ponownie na skrzyżowaniu ulic w chwili tragicznego zdarzenia
oraz obietnica buzujących wielkich emocji sugerowały, że to będzie smutna historia o trudnej miłości. Ale to zupełnie nie tak. Choć rzeczywiście buzowały wielkie emocje, a i nieszczęśliwej miłości nie zabrakło, to zupełnie nie w ten sposób, którego się spodziewałam. To nie była kolejna banalna historia o miłości, to skomplikowany twór, który zmuszał czytelnika do czynienia wielu domysłów, przeżywania trudnych chwil razem z opisywanymi postaciami.

Mimo, że szybko okazało się, że nie takiej historii się spodziewałam, coś kazało mi czytać dalej. Był to kunszt z jakim Jakub Małecki pisze o emocjach, o zdawałoby się losowych scenach z życia przypadkowych postaci. Wydaje nam się, że to tylko sztuka dla sztuki. A jednak wszystko nabiera sensu, z rozsypanych kawałków układanki dochodzimy do tego, co chciał nam przekazać autor. Zachwyciło mnie to, w jak subtelny sposób Małecki wplata w fabułę tak wiele trudnych tematów, między innymi: niepełnosprawność, samotność, poszukiwanie własnej ścieżki, radzenie sobie ze stratą, czy branie odpowiedzialności za decyzje podjęte w przeszłości. Poznajemy bohaterów w obliczu trudnych momentów życiowych, które odbiły niejedno piętno na ich życiu i poprowadziły ścieżką, której się pewnie nie spodziewali. A wszystko to wplecione w taką do bólu realistyczną współczesność. To nostalgiczne historie z życia wzięte, które są idealne na długie jesienne wieczory skłaniając do refleksji. 

Wiecie co jest najtrudniejsze w tej lekturze? Świadomość, że „takie rzeczy po prostu się zdarzają...”. Mimo, że to historie zupełnie obcych ludzi, z którymi nawet nie musimy się w żaden sposób utożsamiać, to „Nikt nie idzie” ma pewien uniwersalny wymiar, który sprawia, że każdy odbiorca znajdzie w niej swoje głęboko skrywane obawy. Zabierając się za tę książkę miejcie świadomość, że historia w niej opowiedziana zostanie z Wami na dłużej.

15 września

W żywe oczy – JP Delaney

W żywe oczy – JP Delaney


Pamiętacie jedną z głośniejszych premier ubiegłego roku w dziedzinie thrillerów psychologicznych? „Lokatorka” zrobiła naprawdę dużą furorę. Od niedawna w księgarniach dostępna jest nowa powieść autora ukrywającego się pod pseudonimem JP Delaney. „W żywe oczy” to kolejny emocjonujący thriller, który choć trochę mało realistyczny, wciągnął mnie i zapewnił doskonałą rozrywkę na kilka wieczorów.

Claire to niezwykle uzdolniona aktorka. Studiuje aktorstwo na jednej z lepszych amerykańskich uczelni. Do Stanów przyjechała z Wielkiej Brytanii chcąc zerwać z niewygodną przeszłością. Nie ma jednak zielonej karty, a co za tym idzie trudno jej zdobyć środki niezbędne do utrzymania się w Nowym Jorku. Kiedy ze względów formalnych trudno jej znaleźć prawdziwą rolę w filmie, sztuce, albo chociaż teledysku, decyduje się na współpracę z firmą prawniczą specjalizującą się w sprawach rozwodowych. Wykorzystując swoją urodę i grę aktorską demaskuje niewiernych mężów.

Zasady są proste: nawiąż rozmowę, nie bądź za szybko bezpośrednia. To on musi złożyć jednoznaczną propozycję. Wszystko komplikuje się, gdy ma zdemaskować tajemniczego profesora Patricka Foglera. Podczas pierwszego spotkania ten nie ulega pięknej nieznajomej. Claire pierwszy raz w swojej „karierze” dostaje kosza. Aby odkryć sekrety profesora będzie musiała odegrać swoją rolę życia… czy aby na pewno istnieją sekrety warte takiej ceny? Decydując się na wykonanie tego zadania, aktorka godzi się na wiele poświęceń. Zgadza się na to, aby grać swoją rolę 24 godziny na dobę, myśleć i zachowywać się jak odgrywana postać bezustannie, aż cel zostanie osiągnięty. Czy nie jest to jednak zbyt duże igranie z ogniem?

Co do zasady bardzo lubię pierwszoosobowe narracje w powieściach. Pozwalają nam poznać tok myślenia bohaterów i zrozumieć ich tok postępowania. Claire czasami wydaje się, że jej życie to film, dlatego jej narrację przecinają fragmenty scenariuszy, w których dopowiada sobie co musieli powiedzieć inni, gdy jej nie było w pobliżu. W przypadku „W żywe oczy” poczułam się jednak trochę oszukana, bo nasza bohaterka igra z nami. Niby to ona prowadzi narrację, niby wiemy o niej wszystko, a jednak kolejne zwroty akcji wprawiają nas w coraz większą konsternację. Co jest prawdą, a co grą? Co dzieje się naprawdę, a co nasza bohaterka sobie tylko wyobraża?

Liczba zwrotów akcji jakie funduje nam autor (i stworzona przez niego bohaterka) sprawia, że ilekroć wydaje się, że udało się rozgryźć tę historię, wszystko obraca się o 180 stopni i na nowo trzeba rozpracowywać bohaterów. I to właśnie cenię w tym gatunku. To pierwsza moja lektura, w której motyw aktorstwa odgrywa tak wielką rolę. W fabułę wplecione są różne podejścia do wykonywania tego zawodu. Poznajemy także jak wygląda aktorskie „życie od kuchni”. I choć Claire godzi się na odegranie roli, która nijak nie wpisuje się w zwyczajne aktorstwo, to ten aspekt był bardzo interesujący.

Na wstępie wspomniałam, że fabuła jest niezbyt realistyczna. I właściwie to jedyny zarzut, jaki mogę mieć wobec tej lektury. Nie będę rozwijać tego wątku, bo nie da się tego zrobić nie zdradzając fabuły. Niemniej jednak, doceniam oryginalność pomysłu na tę historię i nietuzinkowe jej opowiedzenie.

01 września

Naturalista – Andrew Mayne

Naturalista – Andrew Mayne



Dziś razem z „Naturalistą” udajmy się do lasu.. poszukajmy trochę trupów! Zabił je niedźwiedź, a może ktoś próbuje wrobić niewinne zwierzę? Odpowiedzi poszukuje pewien profesor bioinformatyki, którego studentka padła ofiarą mordercy, co do którego nie możemy być pewni nawet gatunku! Jakie tajemnice skrywa w sobie natura? „Naturalista” to w końcu jakiś powiew świeżości w thrillerach wydawanych w ostatnim czasie.

Profesor Theo Cray zostaje zatrzymany jako podejrzany o morderstwo swojej dawno niewidzianej studentki. Wszystko wskazuje jednak na to, że samotna wycieczka do lasu Juniper zakończyła się atakiem niedźwiedzia. Policja szybko zamyka sprawę a odpowiednie służby organizują polowanie na oskarżonego (biedny misiek!). Dociekliwość badacza każe jednak Theo sprawdzić kilka kwestii… i coś mu w tym wszystkim nie pasuje. Co rusz podsuwa policji nowy trop, nowe dowody jednak wszyscy mają go za szaleńca. I być może mają rację? Theo korzystając ze swojej wiedzy naukowej i napisanego przez siebie programu komputerowego rusza śladem mordercy. Tylko kim, a raczej czym on jest?

Theo to typowy szalony naukowiec. Rzuca wszystko co dla niego istotne i rusza śladem mordercy. Jego niebywała inteligencja pomaga mu odnajdywać kolejne zwłoki. Potrafi zobaczyć coś, co dla innych nie ma żadnego znaczenia. Widzi powiązania, tam gdzie inni widzą chaos. Kojarzycie serial „Kości”? Uwielbiałam go oglądać ze względu na jajogłowych, którzy potrafili wyciągać wnioski na podstawie tak (wydawałoby się) absurdalnych danych, że miałam wrażenie, że to raczej czary i magia niż dochodzenie. Tam, intelektualiści byli doceniani przez organy ścigania, w przypadku Theo nikt nie chciał go słuchać. Tylko szaleniec zdecydowałby się podjąć śledztwo na własną rękę rezygnując z dotychczasowych osiągnięć i ryzykując własne życie.

Książkę czyta się bardzo szybko. Ma krótkie rozdziały i pierwszoosobową narrację, która pozwala nam poznać motywacje i tok myślowy naukowca (to jest naprawdę super! Czytając opis wydarzeń opisany z innej perspektywy naprawdę wiele byśmy stracili). Fajnie tak wczuć się w bycie wybitnym naukowcem, który ma wszystkie cechy typowe dla tego typu ludzi: profesor Theo Cray jest bardzo inteligentny, totalnie zafiksowany na punkcie swoich badań, potrafi wykorzystać swoją wiedzę w innych dziedzinach, ale jest też nieco nieporadny społecznie. Ale mimo świadomości tego wszystkiego, mimo szczegółowego przedstawiania swojego toku myślowego, w niektórych momentach trudno było mi zrozumieć decyzje podejmowane przez naukowca.

Samo rozwiązanie tajemnicy było zadowalające, ale sposób dojścia do niego nieco mnie rozczarował. Według mnie zadziało się trochę zbyt wiele. Finałowe sceny trochę odrealniły dla mnie całość. Chyba pierwszy raz w życiu uważam, że tego wszystkiego było… za dużo. Pewnie dla większości będzie to atut, bo jedno jest pewne nie będziecie się nudzić. Ale to moje jedyne zastrzeżenie, a książkę naprawdę warto przeczytać.

Mam świadomość, że „Naturalista” nie jest książką dla każdego. Jeśli jednak nie zraża was motyw nauk ścisłych, które przewijają się w fabule, to bardzo zachęcam do sięgnięcia po tę lekturę. To będzie niesamowita podróż po lasach amerykańskiego stanu Montana. Odkrycia, których dokonacie wraz z głównym bohaterem nieraz wprawią Was w zdumienie. I mam tu na myśli nie tylko rozwiązanie zagadki morderstw, do których doszło na przestrzeni kilkudziesięciu lat, ale także niesamowite fakty naukowe, które być może kiedyś pomogą Wam dokonać własnych niecodziennych odkryć.

Copyright © 2016 Uwaga czytam , Blogger