27 lipca

Recenzja: Czarna Madonna - Remigiusz Mróz

Recenzja: Czarna Madonna - Remigiusz Mróz

Obok tej gorącej (a zarazem mroźnej) premiery nie można było przejść obojętnie tego lata. Budowana przez wiele tygodni atmosfera tajemniczości i odsłanianie skrawków tajemnicy kawałek po kawałku sprawiły, że jeszcze na żadną książkę nie czekałam z tak wielką ekscytacją. Efektowny marketing, okrzyknięcie Remigiusza Mroza nowym Kingiem, aż w końcu kontrowersyjna okładka „Czarnej Madonny” zdają się robić wszystko, aby sięgnąć po najnowszą powieść Remigiusza Mroza.


Trzeba przyznać, że historia zaczyna się zachęcająco. W tajemniczych okolicznościach ginie samolot, który miał wylądować w Tel Awiwie z 530 pasażerami na pokładzie. Wśród nich jest Aneta, narzeczona Filipa, głównego bohatera „Czarnej Madonny”. Filip otrzymuje znaki, które wskazują na to, że za zniknięciem samolotu kryją się pozaziemskie moce. A kiedy okazuje się, że to nie tylko jedno tak tajemnicze zaginięcie samolotu, były ksiądz stara się rozwikłać tajemnicę, w której jak się wkrótce okaże, istotną rolę odgrywa obraz z wizerunkiem Matki Bożej w wersji nazywanej Czarną Madonną. Co się stało z zaginionym samolotem? Czy jesteśmy świadkami nadchodzącego Sądu Ostatecznego? Czy Apokalipsa według Świętego Jana właśnie się ziszcza? Czy czas ma jakiekolwiek znaczenie w obliczu wieczności? A wreszcie, czy siły zła są silniejsze od sił dobra? Tego dowiecie się sami, jeśli sięgnięcie po „Czarną Madonnę”.

W historii znaczącą rolę odgrywają siły nieczyste, czy mówiąc wprost – demony. I to chyba ten motyw sprawia, że „Czarnej Madonny” można się przestraszyć. W ostatecznym rozrachunku książka nie zniechęciła mnie do latania samolotami, ale sprawiła, że wieczorem gasząc światło czułam się nieco mniej pewnie niż zazwyczaj. Dreszczyk emocji był, ale jak widać nie umarłam ze strachu podczas lektury. Dzięki demonom momentami robiło się również obleśnie (o dziwo nie traktujcie tego jak zarzutu). Ależ te upadłe anioły potrafią sponiewierać człowieka! Uwaga spoiler: Sam i Dean Winchester z serialu „Supernatural” nie raczyli zjawić się, aby uratować sytuację. Może to i dobrze, bo cała historia skończyłaby się po kilkunastu stronach ;-)

Filip jest byłym duchownym. Jak na księdza przystało zna wszystkie modlitwy (również te po łacinie), a także całą historię Kościoła Katolickiego. Jak dla mnie, zna ją trochę zbyt dokładnie. Ponieważ to on jest narratorem w powieści, cała akcja przeplatana jest „świętością”. To najbardziej uduchowiona powieść, jaką czytałam od czasów najgłośniejszych dzieł Dana Browna. Z tym że, o ile w przypadku „Kodu Leonarda da Vinci” symbolika i historia Kościoła, była zgrabnie wpleciona w fabułę, o tyle w przypadku „Czarnej Madonny” przytaczanie różnych faktów związanych z religią wydaje się być nienaturalne. Oczywiście widać duży wkład pracy włożony w wyszukanie, opracowanie i wykorzystanie religijnych faktów historycznych do nadania wiarygodności stworzonej historii. Ja rozumiem, że specyfika gatunku, po jaki eksperymentalnie sięgnął Mróz tego wymaga, ale czytając byłam trochę przytłoczona nadmiarem tego wszystkiego. Do tego dochodzi jak dla mnie zbyt częste cytowanie fragmentów Nowego Testamentu oraz wszelkich możliwych modlitw. Mimo demonów, po lekturze czuję się uświęcona. Ta książka jest tak „święta”, że uznawanie jej jako kontrowersyjną ze względu na motyw Matki Boskiej na okładce wydaje się być dość absurdalne.

Przedstawiona historia wciąga, a podczas lektury bardzo chce się dowiedzieć co będzie dalej. Mróz jak zawsze bardzo dobrze budował napięcie, sprawiając, że pochłaniałam rozdział za rozdziałem. Mam więc mieszane uczucia względem „Czarnej Madonny”. Z jednej strony książka zapewniła mi kilka naprawdę emocjonujących wieczorów, z drugiej zaś sama historia była trochę jakby zbyt dziwna. Do tego wszystkiego rozwiązanie tajemnicy skrywanej w „Czarnej Madonnie” okazało się dla mnie zbyt pokrętne. Niby wszystko zostało wytłumaczone, jednak dla mnie cała historia koniec końców wydaje się być zbyt przekombinowana. Jak to na Mroza przystało nie brakuje elementu zaskoczenia. Tym razem zaskoczenie to, zamiast wprawić mnie w zachwyt sprawiło, że poczułam lekkie uczucie rozczarowania. Z całą stanowczością powiem, że „Czarna Madonna” nigdy nie będzie moją ulubioną powieścią. O wiele lepiej Mróz sprawdza się w innych gatunkach.

PS I jeszcze jedno: porównywanie Remigiusza Mroza do Kinga, to naprawdę marketingowy chwyt poniżej pasa. Ze szkodą dla wszystkich.
PPS Blurb książki kłamie. A tego nie lubię.

18 lipca

Recenzja: Lokatorka - JP Delaney

Recenzja: Lokatorka - JP Delaney
Czy pustka może być lekarstwem na traumę? Możesz wprowadzić się do olśniewającego, supernowoczesnego i ekstremalnie minimalistycznego apartamentu, jeśli tylko zgodzisz się na spełnienie szeregu warunków dotyczących użytkowania wnętrza i poddania się jego minimalistycznemu klimatowi. Odważysz się? A zatem zacznij od wymienienia listy rzeczy, bez których nie możesz żyć. A potem zasiądź do lektury „Lokatorki” JP Delaney i zastanów się jeszcze raz, czy na pewno tego chcesz.

Jeden apartament i dwie historie. Przeszłość przeplata się z teraźniejszością. Pierwsza była Emma, która po włamaniu do starego mieszkania stara się uporać z traumą i strachem. Wraz z chłopakiem przeprowadzają się do minimalistycznego mieszkania – arcydzieła architektonicznego. Parę przekonuje nowoczesny wystrój i bezpieczeństwo mieszkania, o które dba zaawansowane technologicznie specjalne programowanie zintegrowane z aplikacją na smartfona. Kolejna jest Jane, która po przeżytej traumie – urodzeniu martwego dziecka stawia na „nowy początek” w nowym, pięknym wnętrzu. Dwie z pozoru zupełnie różne historie, jednak coś je łączy. Kiedy Jane zaczyna dociekać, kim była poprzednia lokatorka jej mieszkania, akcja na dobre zaczyna się rozkręcać.

Lokatorka” to trzymający w napięciu thriller psychologiczny. Naprzemienna narracja dwóch bohaterek – lokatorek naprawdę ma sens w przypadku tej książki. Na przemian poznajemy perspektywę dwóch kobiet – jednej z przeszłości, drugiej z teraźniejszości. Miejsce akcji pozostaje niezmienne. Dreszczyku emocji dodaje myśl, że każdy zakątek tego pięknego wnętrza kryje w sobie jakieś tajemnice. Krótkie rozdziały trzymają w napięciu i sprawiają, że książkę czyta się niezwykle szybko. Autor dość dobrze oddaje sposób myślenia obu bohaterek, ich problemy i niekiedy spaczony ogląd rzeczywistości – jak to przystało na dobry thriller psychologiczny. Z każdym rozdziałem zbliżamy się nieco bardziej do odkrycia tajemnicy, a kiedy to się staje, może nie ma wielkiego zdumienia, ale wszystko zamyka się w zgrabną całość. Do mnie trafiła ta historia, bardzo podobało mi się też uchwycenie roli technologii w kształtowaniu poczucia bezpieczeństwa, a także obsesyjne dążenie do perfekcji.

Pamiętacie poprzednią recenzję, w której pisałam o „Bad mommy. Zła mama”? Nie sposób nie porównywać tych książek. Zbieżność gatunkowa i czasu premiery sprawiły, że obie pozycje wspięły się na szczyty list bestsellerów. Co je łączy? Przeprowadzka, motyw macierzyństwa, socjopaci, problemy psychiczne i pierwszoosobowe narracje. Jeśli miałabym jednoznacznie ocenić, która z tych książek jest lepsza, byłoby to bardzo trudne. Choć postać psychopatki jako głównej bohaterki „Bad mommy. Zła mama” wydaje mi się lepiej skonstruowana, a jej historia bardziej realna, o tyle „Lokatorka” może się poszczycić lepszym tłem: niezwykły apartament, wszechobecna technologia i tajemniczy Gospodarz – oprogramowanie, które dostosowuje funkcje mieszkania do nastroju i potrzeb mieszkańców. No czyż nie brzmi to niezwykle? No i jednak rozwiązanie tajemnicy z „Lokatorki” jest dla mnie znacznie lepszym zakończeniem, niż propozycja Pani Fisher w „Bad mommy. Zła mama”. Tak czy owak polecam lekturę obu i wyrobienie sobie własnego zdania na temat tego, która z nich jest lepsza. A może już czytaliście obie? Jeśli tak, to koniecznie dajcie znać, która podobała Wam się bardziej!

09 lipca

Recenzja - Bad mommy. Zła mama - Tarryn Fisher

Recenzja - Bad mommy. Zła mama - Tarryn Fisher

Zastanawialiście się kiedyś nad tym jak łatwo jest być stalkerem w dobie mediów społecznościowych? Nad tym jak rozwój technologiczny ułatwia życie psychopatom? Nie? To sięgnijcie po „Bad mommy. Zła mama” – najnowszą powieść Tarryn Fisher.

Wyobraź sobie, że wiedziesz sobie spokojne życie. Masz męża, śliczną córeczkę i jesteście po prostu szczęśliwi. Masz swój styl, lubisz nietuzinkowe elementy wyposażenia wnętrz, masz swoje ulubione restauracje, zajęcia i swój własny pomysł na instagramowy profil. Drobnostki, prawda? A gdyby tak Twoja nowa sąsiadka, z którą się zaprzyjaźniłaś kawałek po kawałku skradała małe cząstki Twojego życia kopiując je i przywłaszczając? W którym momencie poczujesz się niekomfortowo? W takie tarapaty wpakowała się Jolene. Do sąsiedniego domu wprowadza się tajemnicza Fig. Nowe sąsiadki szybko zaprzyjaźniają się… tylko czy ta przyjaźń jest bezpieczna? Dokąd to wszystko zmierza?

„Bad mommy. Zła mama” ma dość ciekawą konstrukcję. Na powieść składają się trzy części opisujące wydarzenia z perspektywy głównych bohaterów. Autorka stworzyła bardzo dobry portret psychologiczny psychopatki, niezłą postać socjopaty oraz obraz kobiety, której życie mocno się skomplikowało. Niestandardowym rozwiązaniem jest rezygnacja z przeplatania się narracji pomiędzy rozdziałami na rzecz skumulowanych części. Według mnie większe napięcie udałoby się zbudować, gdyby rozdziały te przeplatały się ukazując co rusz różny punkt widzenia i porządkując kolejność wydarzeń. Opis wydarzeń ukazany z perspektywy Fig jest niesamowicie ciekawym studium psychologicznym, podobnie jak druga część ukazująca logikę działania socjopaty. Trzecia część – historia opowiedziana z perspektywy Jolene okazała się trochę rozczarowująca. Myślę, że po trochę na zasadzie kontrastu względem wcześniejszych rozdziałów, a trochę przez zakończenie, które było mocno średnie. Ja czekałam na fajerwerki a dostałam co najwyżej zapalone zimne ognie.

Duży plus dla Tarryn za osadzenie akcji w bardzo realistycznej rzeczywistości co spotęgowało wrażenie, że taka historia mogłaby się przydarzyć każdemu z nas. Tak, tu i teraz. Wplecenie w akcję mediów społecznościowych, sposobów wykorzystywania Facebooka, Instagrama i innych aplikacji to sposób na zarysowanie cech naszego pokolenia cyfrowych nomadów, którzy za pośrednictwem sieci komunikują się i kształtują swój wizerunek. Być może opisana historia poniekąd będzie ostrzeżeniem względem nie tylko tego co publikujemy w sieci, ale także wysyłamy za pośrednictwem Internetu.

Bad mommy. Zła mama” to dobry thriller psychologiczny. Uwaga wciąga - całą książkę przeczytałam w jeden dzień. Krótkie rozdziały, trzymająca w napięciu akcja i chęć odkrycia jak zakończy się ta historia sprawiają, że trudno się oderwać od lektury. I choć poznawszy zakończenie nie zemdlałam z wrażenia, to sama lektura była naprawdę dobra.

01 lipca

Recenzja: Dzień dobry, północy – Lily Brooks-Dalton

Recenzja: Dzień dobry, północy – Lily Brooks-Dalton


Po książkę sięgnęłam zauroczona przepiękną okładką i obietnicą poznania zupełnie nowego oblicza samotności człowieka. Niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nigdy nie ocenia książki po okładce. Na tej gwiazdy mienią się i błyszczą robiąc na odbiorcy nieziemskie wrażenie. Gwiazdy są tutaj nieprzypadkowe. „Dzień dobry, północy” to przeplatające się dwie historie wybitnych w swoich dziedzinach badaczy kochających gwiazdy.

Augustine całe życie poświęcił badaniom gwiazd. Jego ostatnia placówka naukowa znajduje się na kole podbiegunowym, gdzie zostaje zupełnie sam, ponieważ odmawia wyjazdu podczas ewakuacji pozostałych członków ekipy. Sully bada kosmos, jest astronautką, członkinią załogi powracającego na Ziemię pojazdu kosmicznego. Załoga nie może nawiązać łączności z centrum kontroli lotów. Na ziemi, w cywilizowanym świecie dzieje się coś tajemniczego, niezbadanego, nie wiadomo czy ludzkość wyginęła, ani co się stało. Bohaterowie zaczynają przypuszczać, że są ostatnimi ludźmi na naszej planecie. W różny sposób odczuwają samotność i próbują sobie z nią radzić.

Książka jest pełna retrospekcji, w których poznajemy ważne momenty z życia bohaterów. Augustine, który zrezygnował z odczuwania emocji, w całości poświęcił się nauce i odkrywaniu tajemnic gwiazd. Samotna starość na odludziu skłania go do refleksji nad sensem tego wszystkiego. Dla niego to czas podsumowań i rozliczenia się z samym sobą. Z kolei członkowie załogi historycznej wyprawy w kosmos na ziemi zostawili swoje dotychczasowe życie. Niektórzy mieli rodziny, inni ambitne plany. Zostawili to, aby spełnić marzenie o byciu astronautą, badać wszechświat i zapisać się na kartach historii. Kiedy dociera do nich, że być może nie mają do czego wracać ich wyuczona samokontrola oraz przygotowania do stresujących sytuacji i długotrwałej izolacji okazują się nieskuteczne. W obliczu przenikliwego poczucia osamotnienia wszystko zaczyna tracić sens. Bo jeśli nie mają do czego wracać, to na co to wszystko?

Pomysł na książkę to według mnie strzał w dziesiątkę. Ukazanie problemu dotkliwej samotności w ten sposób, to z pewnością coś nowego i niestandardowego. Ja rozumiem, że istotą tej książki są odczucia i postawy jej bohaterów, a nie akcja i tło wydarzeń, jednak mi osobiście zabrakło wyjaśnienia tego, co tak naprawdę się stało ze światem, jaki znamy. Autorka nasyciła swoją opowieść długimi opisami, które bardzo spowalniały akcję. Ponieważ ja zdecydowanie lubię, gdy w książce dużo się dzieje, momentami bywałam znudzona lekturą. „Dzień dobry, północy” to bardzo spokojna i melancholijna powieść pełna przejmujących rozważań o tęsknocie, niespełnieniu, a także o tym co w życiu okazuje się najważniejsze. 
 
Tylko proszę, nie zrozumcie mnie źle, bo to całkiem dobra książka. Przedstawione historie bohaterów to piękny i zarazem smutny obraz naszych czasów, w których przedkłada się wartość poznawczą nad spełnieniem w życiu prywatnym. Ukazuje, że w tym ogromnym wszechświecie miłość do gwiazd może przesłonić wszystko inne. Uważam, że choć to nie jest typ lektury, którą czyta się z wypiekami na twarzy i niecierpliwym oczekiwaniem na to co będzie dalej, to warto odkryć co splata losy Augustina i Sully.

19 czerwca

Recenzja: Prokurator - Paulina Świst

Recenzja: Prokurator - Paulina Świst

Sięgając po „Prokuratora” - debiutancką powieść autorki skrywającej się pod pseudonimem Paulina Świst spodziewałam się czegoś na pograniczu „50 twarzy Greya” i thrillera prawniczego w stylu Remigiusza Mroza. Po lekturze stwierdzam, że jest to osadzony w świecie prawniczym romans z wątkami kryminalnymi.

Ona – młoda pani adwokat, on – obrotny prokurator. Nieoczekiwanie ich drogi się krzyżują. To oczywiście miała być przygoda na jedną noc (ostry seks po pijaku), jednak jak zwykle nic nie przebiega w życiu zgodnie z planem. Okazuje się, że oboje zaangażowani są w tę samą sprawę. Ona jest obrończynią znienawidzonego brata przyrodniego, on oskarżycielem. Jak możecie się spodziewać, to nieco komplikuje sprawę. 

Cieszę się, że w „Prokuratorze” nie chodzi tylko o epatowanie erotyzmem, ale także o dynamiczne poprowadzenie akcji i doprowadzenie jej do niezłego finału. Poza tym, „Prokurator” to także ciekawe przedstawienie świata śląskiej palestry.

Lektura „Prokuratora” była fajną weekendową rozrywką. Różne gatunki i kategorie książek mają według mnie realizować odmienne cele. W przypadku „Prokuratora’ nie oczekiwałam, że książka ta zmieni moje życie, pozwoli na odkrycie czegoś nowego, nieznanego. Po prostu chciałam się dobrze bawić i czerpać przyjemność z lekkiej i wciągającej lektury. I miałam czego chciałam. „Prokurator” wciąga od pierwszych rozdziałów. Emocje wzmaga sposób prowadzenia narracji - naprzemiennie rolę narratora przejmuje pani adwokat i pan prokurator. Choć z początku akcja nie posuwa się zbyt mocno do przodu, pikantne opisy i tak przyciągają odbiorcę, do tego dochodzi śmiała erotyka i zabawne (choć czasem prostackie) dialogi. Naprawdę chce się czytać. Ale uprzedzam, że język jest bardzo prosty, jak na świat elokwentnych prawników może nawet zbyt prostacki, co nieco drażniło, ale nie odbierało przyjemności lektury. Dla tych, którzy w „Prokuraturze” szukać będą wyłącznie ostrego seksu: uwaga zaspoileruję, że mniej więcej w połowie ten typ akcji trochę siada na rzecz wątku kryminalnego.

Jeszcze jedna ważna rzecz odnośnie „Prokuratora”! Akcja powieści toczy się na Śląsku. Bardzo lubię, gdy polscy pisarze wykraczają poza oklepaną i opisaną pincet razy Warszawę. Mój lokalny patriotyzm został połechtany uwzględnieniem mojego regionu. Część akcji toczy się nad jeziorem Turawa nieopodal Opola (na moim instagramie np. tutaj lub tutaj). I właściwie tylko w ten sposób w „Prokuratorze” znalazłam spodziewanego Remigiusza Mroza, który jak pewnie wiecie jest Opolaninem, a akcja „Behawiorysty” nieprzypadkowo rozgrywa się w Opolu i na Opolszczyźnie. Zdecydowanie więcej tu „50 twarzy Greya” - nie zabrakło nawet bezpośrednich odwołań do tego bestsellera.

16 czerwca

Recenzja: Niemka - Armando Lucas Correa

Recenzja: Niemka - Armando Lucas Correa

Chwytająca za serce historia, dzięki której poznałam kolejne oblicze wojny. To zadziwiające jak wiele powieści można napisać na temat II Wojny Światowej, za każdym razem odkrywając inny skrawek tej tragicznej przeszłości. „Niemka” przedstawia problem uciekających z Niemiec uchodźców, niewystarczająco niemieckich, niechcianych i pozostawionych właściwie bez wyboru oraz postawy Zachodu (Kuby, USA) w odpowiedzi na trudną sytuację uciekających z Niemiec Żydów.  

Niemka” to powieść, w której przeszłość przeplata się z teraźniejszością, a fikcja z faktami historycznymi. To dwa światy widziane oczami dziecka. Swoją koszmarną rzeczywistość u progu II Wojny Światowej przedstawia Hanna, dwunastoletnia „Niemka”. Jej historie przeplatają się z opowieściami dwunastoletniej Anny, mieszkanki współczesnego Nowego Jorku. Hanna zmuszona do ucieczki z kraju, wraz z rodzicami wsiada na pokład transatlantyku St. Louis, który ma przewieźć niemieckich uchodźców na Kubę. Anna nigdy nie poznała ojca, który zginął przed jej narodzinami pamiętnego 11 września 2001 roku. Jej dzieciństwo zostało skradzione jeszcze zanim przyszła na świat, a codzienność koncentruje się wokół opieki nad depresyjną matką, która nigdy nie pogodziła się ze śmiercią ukochanego mężczyzny. Ucieczką Anny są prowadzone w wyobraźni rozmowy z ojcem. Co je łączy? Jak przeplatają się losy tych dwóch narratorek? To powinniście odkryć sami.

Fabuła koncentruje się wokół historycznego rejsu transatlantyku St. Louis zmierzającego na Kubę z prawie tysiącem Żydów na pokładzie. „Niemka” okazała się niezwykłą okazją, aby nie tylko przeżyć emocjonalną przygodę w historii stworzonej przez autora, ale także aby dowiedzieć się o dramacie, jaki przeżyli Żydzi zmuszeni do ucieczki z hitlerowskich Niemiec oraz wczuć się w ich sytuację. I to pomimo przedstawienia tych wydarzeń z perspektywy dwunastolatki! Nadając bardziej uniwersalną wartość tej powieści można również stwierdzić, że książka ta prezentuje problem uchodźców ogółem, także tych współczesnych, choć w tym przypadku podchodziłabym do tego z dużą rezerwą. „Niemka” stała się pretekstem do odkrycia i zgłębienia przeze mnie nowego faktu historycznego, o którym (przyznaję bez bicia) wcześniej nie słyszałam. O problematycznym rejsie St. Louis możecie poczytać więcej np. tutaj. Sporą wartością historyczną było również zarysowanie sytuacji politycznej na Kubie, zmieniającej się przez kolejne dziesięciolecia, w szczególności rewolucji kubańskiej i jej wpływu na życie mieszkańców.

Pomysł przedstawienia historii z perspektywy dziecka uważam za bardzo udany. To poruszający, czasami może banalny, ale bardzo emocjonalny obraz wydarzeń. Może się wydawać, że momentami książka jest infantylna, ale świadczy to tylko i wyłącznie o tym, jak dobrze autor wczuł się w prowadzoną w powieści narrację. Przyznam, że urzekła mnie historia małej niemieckiej Żydówki, to piękna historia utraconego życia. Może autor nie do końca wykorzystał potencjał kryjący się pod postacią współczesnej Anny, a finał historii nie trafił do mnie, ale i tak uważam, że „Niemka” to niezwykła książka, która powinna trafić w gusta zarówno młodego jak i starszego odbiorcy. 


PS.  Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Czarna Owca, ale to nie koniec wrażeń! Niedawno autor - Armando Lucas Correa docenił m.in. moje zdjęcie na swoim koncie na Instagramie: zobaczcie sami :-) 

08 czerwca

Recenzja: I tak dalej – Wiktor Orzeł

Recenzja: I tak dalej – Wiktor Orzeł

Wszyscy umrzemy. Jak to mawia klasyk (i ja) „wszystko się ułoży, gdy się człowiek w grobie położy”. Ale to, jak przejdziemy przez życie jednak też ma znaczenie. Alkohol, narkotyki, przypadkowy seks, destrukcyjne dążenie do samozniszczenia, a przede wszystkim rezygnacja, zagubienie i samotność składają się na „I tak dalej”, która określona została ‘fascynującym szkicem socjologicznym młodych Polaków’. Czy słusznie?

Karol, główny bohater „I tak dalej” to porzucony, zajęty sobą i odcinający się od otoczenia przedstawiciel młodego pokolenia. Ucieka w alkohol, narkotyki i obleśnie sponiewierane melanże. Nic w jego życiu nie układa się zgodnie z planem. Kolejne dramaty na jego życiowej drodze, zerwane więzi emocjonalne z otoczeniem, samotność, brak pracy, a przede wszystkim brak pomysłu na siebie i choćby odrobinę pozytywnego spojrzenia w przyszłość (a raczej jakiejkolwiek myśli o przyszłości) sprawiają, że Karol tkwi w zawieszeniu. Żyje, ale co to za życie w tak absurdalnie zupełnej rezygnacji.

Na pozór jest to krótka i banalna historia, w której rzeczywistość przeplata się z narkotykowo-alkoholowym hajem. Pierwszoosobowa narracja sprawia, że nie do końca wiemy co dzieje się naprawdę, a co jest narkotycznym wytworem wyobraźni Karola. Główny bohater spożywa wszystkiego za dużo, dotyka go zbyt wiele dramatów, a akcja wydaje się być po prostu zapiskami zapijaczonego narkomana szlajającego się po najpodlejszych zakamarkach Krakowa, który nie radzi sobie z życiem. ALE dostrzegam w niej drugie dno. Bo „I tak dalej” nie tylko skłania ku refleksji nad tym co ważne w życiu, jak nie dać się zwariować i czy rezygnacja i obojętność jest lepsza od bólu i cierpienia. To także studium nad brakiem sensu w życiu i wypełnianiem go pustką.

Jeżeli jednak przedstawiony obraz ma być szkicem socjologicznym młodych Polaków, to ja chyba jestem już bardzo stara! A tak poważnie, to uważam, że poruszenie problemu zagubienia młodych ludzi w tej płynnej i trudnej rzeczywistości społecznej jest ważne, ale (może jestem naiwna) problem z jakim boryka się Karol dotyczy niewielkiego odsetka naszego społeczeństwa. Chociaż może nie do końca? Tak czy owak, nawet jeśli nie jest to powszechne zjawisko, nie mamy milionów młodych ludzi, którzy nie radzą sobie z otaczającą rzeczywistością i prześlizgują się przez dorosłość (dość nieudolnie), to ważne okazuje się uchwycenie ich perspektywy. I tym jest dla mnie „I tak dalej”. Autor w zadziwiająco dosadny i dokładny sposób oddaje punkt widzenia osób takich jak Karol.

„I tak dalej” to dobrze napisana historia, w której powaga i smutek przeplatają się z humorem i surrealistycznym obrazem rzeczywistości. Na fabułę składają się wydarzenia ważne i poważne jak również absurdalne i beztroskie. Niby krótka historia, a potrafi wprowadzić czytelnika w niemałą konsternację. Po przeczytaniu ostatniego zdania, byłam w stanie tylko stwierdzić „Aha. Ale że jak to? Takie zakończenie?”. 
Copyright © 2016 Uwaga czytam , Blogger